Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Coriolanus, Donmar Warehouse ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Koriolan w Donmar Warehouse Coriolanus Donmar Warehouse 1 stycznia 2014

W restauracji Hix Soho, z niezawodnego polecenia Finbara – aspirującego artysty-rzeźbiarza z dyplomem ASP, który serwując potrawy, całkiem nieźle stepuje – wraz z córką skusiłyśmy się na Sussex Pond Pudding. To jeden z tych bogatych, niesamowicie słodkich, syropowatych i absolutnie pysznych angielskich deserów na ciepło, idealnych na mroźny, deszczowy zimowy wieczór, zwłaszcza gdy pływa w śmietanie. W tym przypadku niespodzianką w środku była bergamotka. Delektowanie się tym idealnym deserem sprawiło, że musiałyśmy niemal biec do teatru Donmar, gdzie wystawiana jest właśnie produkcja „Koriolana” w reżyserii Josie Rourke.

Niepotrzebnie się spieszyłyśmy.

Podobnie jak owa bergamotka w puddingu, Tom Hiddleston stanowi centralny punkt tego przedstawienia. Jednak na tym podobieństwa do deseru się kończą.

Hiddleston bywał w Donmarze wzorcowy – był idealnym Kasjem w „Otellu” oraz mistrzowskim, szczegółowym i wręcz definitywnym doktorem Lwowem w „Iwanowie”. W obecnej produkcji bezsprzecznie pozostaje najlepszym aktorem na scenie, ale niestety „wizja” reżyserska Rourke paraliżuje niemal każdy aspekt sztuki Szekspira.

Cokolwiek by myśleć o inscenizacjach Grandage’a czy Hytnera, one niemal zawsze opowiadają historię z pełną klarownością. Może im brakować werwy, wizji czy nawet fundamentu koncepcyjnego, ale pozwalają widzowi zrozumieć fabułę – co się dzieje, dlaczego i w jaki sposób. Jedyną rzeczą naprawdę tragiczną w „Koriolanie” Rourke jest jej wkład: brak zrozumienia, brak jasności i nieumiejętność opowiedzenia historii.

W miarę jak Akt Pierwszy toczy się leniwie naprzód, odnosi się nieodparte wrażenie, że nikt na scenie nie ma pojęcia, co robi ani po co. Puste twarze wpatrujące się w publiczność, kontrintuicyjna inscenizacja, która odziera intymne momenty z ich kameralności, krzyki, wymuszony humor, żałosne wyczucie siły języka – to przykład profesjonalnej produkcji szekspirowskiej w jej najgorszym wydaniu.

Deborah Findlay to wielka aktorka, ale jej Wolumnia jest całkowicie niezrozumiała. Niczym upiorna, nakręcana lalka słania się po scenie i gra przesadnie nadekspresyjnie; ani przez chwilę nie czuć dynamiki walki o władzę, która powinna rozgrywać się między nią a Koriolanem Hiddlestona. Birgitte Hjort Sørensen jako Wirgilia, żona Koriolana, zdaje się uważać, że gra w zupełnie innej sztuce niż reszta obsady – jej maniery i podejście kompletnie nie pasują do całości. Powinna chyba zostać przy serialu „Rząd”. Mark Gatiss jako Meneniusz jest powściągliwy (co jest wybawieniem), ale jego postać i cele w żaden sposób nie tworzą spójnej całości.

W koszyku z napisem „nie do zniesienia” znaleźli się: Elliot Levey jako Brutus (przegadujący rolę, bardziej zainteresowany sobą i brzmieniem własnego głosu niż grą zespołową), Rochenda Sandall jako Pierwszy Obywatel (serio, przestańcie z tym nosowym krzykiem), Helen Schlesinger jako Sicinia (mniejsza o zmianę płci postaci, po prostu graj) oraz Mark Stanley jako Drugi Obywatel (wioskowy głopek). Peter de Jersey nie jest zły jako Kominiusz, ale nie jest też specjalnie dobry.

Hadley Fraser radzi sobie jako Aufidiusz (cóż za broda!), lecz sceny walki wyglądają bardziej na balet niż niebezpieczne starcie wręcz. Brakuje też poczucia, że Aufidiusz i Koriolan to śmiertelni wrogowie, którzy darzą się nienawiścią.

Hiddleston z pewnością ma odpowiednią prezencję, a impuls ekscytacji, jaki generuje przy pierwszym wejściu, jest niemal namacalny. Niektóre monologi podaje znakomicie i jest w pełni oddany próbie uratowania wizji Rourke.

Problem w tym, że ta wizja nie może się udać, bo w istocie jej nie ma. Wszystkie decyzje reżyserskie są nietrafione. Rourke kładzie duży nacisk na moment, w którym Hiddleston bierze prysznic pełen bólu, rozebrany do pasa, prezentując publiczności swoje wyrzeźbione ciało i świeże blizny bitewne po walce z Aufidiuszem. To jeden z tych obliczonych na tani efekt momentów typu „zobaczcie, jak gwiazdor kina się rozbiera”, który z natury budzi zażenowanie, ale który Hiddleston ratuje swoją absolutną pewnością siebie. Sprawia to jednak, że późniejsza odmowa bohatera w kwestii pokazania blizn plebejuszom, którzy domagają się ich widoku, staje się jeszcze bardziej niezrozumiała. Dodając scenę pod prysznicem, Rourke stwarza problem, którego w tekście nie ma, i zaciemnia sedno konfliktu.

Nie mam wątpliwości, że pod okiem dobrego reżysera Hiddleston mógłby być porywającym Koriolanem – ale nie u Rourke. Trzeba było zostać przy deserze w Soho.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS