WIADOMOŚCI
RECENZJA: Di, Viv i Rose, Vaudeville Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fot.: Johan Persson Di and Viv and Rose
Vaudeville Theatre
26 stycznia 2015
4 Gwiazdki
W pierwszym akcie radosna Rose kupuje za grosze trzy duże, żółte miski. Wraca do domu, który dzieli z koleżankami ze studiów, Di i Viv, i z dumą je rozpakowuje. Dopiero gdy stawia je na blacie, zdaje sobie sprawę, że mają pewną wadę – nie stoją stabilnie. Chwieją się i kiwają, puste w środku. Ale pomysłowa Viv używa Blu-Tacku, by unieruchomić każdą podstawę, a energiczna Di napełnia je cydrem. Dzięki pomocy trzech przyjaciółek te wybrakowane, puste naczynia stają się użyteczne. Później, w akcie drugim, lata po tym, jak trio przestało ze sobą mieszkać, te głupie, kiwające się miski stają się przejmującym symbolem dawnych czasów, gdy życie trzech przyjaciółek było prostsze.
W rzeczywistości te żółte miski reprezentują oczywiście te kobiety. Kiedy poznajemy każdą z nich, żadna nie jest do końca „sprawna”, nie funkcjonuje prawidłowo jako człowiek i jest niemal, jeśli nie całkowicie, pusta. Ale dzięki wsparciu pozostałej dwójki każda staje się silniejsza, stabilniejsza i gotowa na wyzwania. Stawiają czoła swoim wadom, patrzą, jak ich przyjaciółki pomagają im wyjść na prostą i idą dalej – produktywne i pełne nadziei, prowadząc pełne, choć nieoczekiwane czy wręcz chaotyczne życie.
Di and Viv and Rose, sztuka napisana przez kobietę (Amelię Bullimore), wyreżyserowana (z polotem i wprawą) przez kobietę (Annę Mackmin), z choreografią kobiety (Scarlett Mackmin) i z udziałem trzech kobiet (Samanthy Spiro, Tasmin Outhwaite i Jenny Russell), jest właśnie wystawiana w Vaudeville Theatre. Obecność tak wielu kobiecych twórczyń w jednej produkcji na West Endzie jest wystarczającym powodem do świętowania, ale Di and Viv and Rose zasługuje na uznanie pod wieloma względami. Bullimore wnikliwie obserwuje swoje bohaterki i jak każdy dobry dramaturg zajmujący się sprawami domowymi i osobistymi, odkrywa kolejne warstwy życia każdej z nich, niekoniecznie linearnie, docierając do samego sedna. To nie jest sztuka tylko dla kobiet, ale jest to sztuka o kobietach. Jednak przede wszystkim to opowieść o przyjaźni – tej wieloletniej i trwałej.
Jest zabawnie, miejscami wręcz niedorzecznie, z ogromną dawką serca, a wszystko to zszyte nićmi rozpaczy, tragedii i konfrontacyjnych kłótni, na jakie mogą sobie pozwolić tylko prawdziwi przyjaciele. Dialogi Bullimore są żywe i cięte; światy i klasy społeczne zderzają się na polu bitwy, jakim potrafią być studia wyższe, gdy różnice zostają ujawnione, przedyskutowane i zaakceptowane. Każda z bohaterek jest świeża, wyrazista i bardzo autentyczna. Poczucie rodzącej się i ewoluującej przez dekady więzi oddano z błyskotliwą dbałością o szczegóły.
Mało prawdopodobne, by powstała lepsza inscenizacja tej sztuki; trzy główne gwiazdy zostały obsadzone idealnie, a każda z nich sprawia, że jej postać wykracza poza ramy tekstu.
Russell jest kluczem do tego tria jako radosna, spragniona miłości i chwytająca życie garściami, a przy tym mimowolnie irytująca Rose. Bezbłędnie portretuje nieustępliwe cechy Rose, które napędzają jej pasję do gotowania, wścibstwo i hulaszczy tryb życia studentki próbującej uciec od rodziny. Nie sposób nie widzieć w niej bliskiej nam wszystkim dziewczyny – z dobrego domu, lojalnej i do bólu szczerej. Mimo wad, nie można jej się oprzeć. Russell emanuje radością – długo nie zapomnę widoku, gdy leży na kanapie, chłodząc wentylatorem swoje zmęczone „strefy intymne”.
Outhwaite jest w wyśmienitej formie jako archetypowa wysportowana lesbijka, której mama przysyła ciasta i paczki, nie wiedząc, że córka jest orientacji homoseksualnej. Jest bezpośrednia i opanowana, a kiedy jej świat się zawali, ból jest wyraźny, dotkliwy i ukazany z wielką wrażliwością. Jej mowa pogrzebowa w drugim akcie jest wyjątkowo dobra, to hit wieczoru. Niesamowicie smutna, ale nie sentymentalna – Outhwaite sprytnie i przekonująco pokazuje, co oznacza strata przyjaciela na całe życie.
Spiro jest cierpka, kolczasta, intelektualna i powściągliwa; to ambitna, rozpaczliwie samotna dusza, która znajduje ukojenie i ratunek u swoich nieoczywistych współlokatorek. Jej fryzury i stroje są fantastyczne (świetna robota Paula Wicks'a), a ona sama nasyca najtrudniejszą z trzech postaci głębią i zrozumieniem. Jej finałowa scena z Outhwaite ma w sobie niezwykłą moc.
Dwa, może trzy razy ton sztuki zmienia się w mgnieniu oka, ale nigdy nie wydaje się to wymuszone – autorka i obsada w pełni wykorzystują każdy taki zwrot. Te trzy utalentowane aktorki z łatwością radzą sobie z cięższymi tematami w drugim akcie. Akt pierwszy skupia się bardziej na szansach i możliwościach – akt drugi traktuje o konsekwencjach i przemijaniu.
Pierwszy akt z założenia ma być zabawniejszy i w dużej mierze się to udaje. Drugi akt, choć wyraźnie mroczniejszy, wciąż bawi – ale też konfrontuje i druzgocze. Jest tu sporo rozproszonej tragedii, szczególnie w drugiej części, a niektóre wydarzenia wydają się niespójne z cechami charakteru tak starannie budowanymi wcześniej. Ale przecież życie bywa niespójne i niesprawiedliwe, a sztuka Bullimore i jej bohaterki odzwierciedlają tę prawdę.
W drugim akcie jest niezwykła scena, w której Spiro przez dłuższy czas śmieje się bez opamiętania. W końcu zaraża śmiechem również Outhwaite – ponieważ postacie są tak dobrze nakreślone, ten zatykający dech w piersiach, niepohamowany i absurdalny śmiech jest zaraźliwy i zrozumiały. W gorszym wykonaniu ta scena mogłaby polec, być niemal torturą dla widza. Jednak aktorki tak skutecznie pozwoliły nam zrozumieć te trzy skrajnie różne, a jednak splecione ze sobą życiorysy, że scena ta rezonuje szczerością. Mało kto nie był kiedyś w takiej sytuacji; jeszcze mniej osób potrafiłoby zagrać to, co osiąga tutaj Spiro.
Scenografia Paula Willsa najlepiej sprawdza się w scenach w domu przyjaciółek; fragmenty w Nowym Jorku i na stacji kolejowej wypadają nieco słabiej. Czuć też, że część intymności uleciała w przenosinach z mniejszej przestrzeni Hampstead Theatre, gdzie wcześniejsza wersja sztuki święciła triumfy w 2013 roku.
To rzadka przyjemność widzieć trzy aktorki tak wspaniale ze sobą współpracujące; ich ludzkie podejście i poczucie humoru sprawiają, że uwaga widza ani na chwilę nie słabnie, a uśmiech (czy to radosny, czy gorzki) nie schodzi z twarzy. Obsadzenie aktorek wyraźnie starszych niż postacie w pierwszym akcie początkowo wydaje się dziwne, ale to słuszna decyzja – ciekawie obserwuje się efekt, jaki wywiera to na rozwój akcji. W jakiś sposób wizja bohaterek z „wtedy” jest zawsze obecna, nawet w scenach z „teraz”, co stale przypomina nam, że nasze obecne „ja” jest produktem naszej przeszłości. Jesteśmy tym, czym się staniemy.
A prawdziwi przyjaciele zawsze będą przy nas. Bez względu na wszystko.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności