WIADOMOŚCI
RECENZJA: Duncton Wood, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Duncton Wood. Fotografia: Darren Bell Duncton Wood
Union Theatre
30 maja 2015
4 gwiazdki
Kiedy po raz pierwszy ogłoszono, że powstaje musicalowa wersja „Duncton Wood”, ogarnął mnie lęk. Ta cudownie dziwna i fantastyczna powieść Williama Horwooda z 1980 roku o życiach, miłościach i bitwach kretów zamieszkujących tunele, niemal bezbronnych wobec tyranii krwiożerczego Mandrake'a niszczącego ich tradycje i religię Kamienia, cieszy się ogromnym uznaniem. Ale to przecież rzecz o kretach. Kretach, które rozmawiają, walczą, modlą się, leczą i łączą w pary. To złożona opowieść o wierze, miłości i władzy, która wymaga od czytelnika wyobraźni, by traktować te fantastyczne elementy z pełną powagą.
Jak to wystawić na scenie? W stylu „Cats”? W obcisłej lycrze z futrzanymi wykończeniami i wielkimi perukami? A może w duchu „Króla Lwa”, z ludźmi-marionetkarzami? Czy może w pełnych, futrzanych kostiumach zwierząt? Jak przekonująco pokazać nagie krety (w książkach nie nosiły przecież ubrań, nie przypominały postaci z „O czym szumią wierzby”), nie wywołując przy tym salw śmiechu?
Odpowiedź, jak się okazuje i jak to często bywa, tkwi w nieszablonowym myśleniu; w podejściu pełnym inwencji i inspiracji. Przestrzeń Union Theatre została przekształcona w mroczne, złowrogie miejsce – z przebłyskami zieleni i migoczącym światłem lasu, przywołanym za pomocą prostych tkanin i wiszących materiałów. Oświetlenie jest genialne, kreując zarówno całkowitą ciemność, jak i jej bardziej subtelne odcienie. Od samego początku czuć aurę niesamowitości, a w miarę rozwoju akcji, styl gry i prezentacji czerpie garściami z rytuałów druidzkich i pogańskich.
Twórcy nie próbują maskować ludzkiej natury aktorów; raczej kreują i podtrzymują poczucie obcowania z kretami poprzez błyskotliwą choreografię, stylizowany ruch i specyficzne, wręcz zmysłowe detale – widok dwóch kretów obwąchujących się z czułością lub ciekawością jest w pełni przekonujący. Eklektyczne kostiumy dopełniają całości. Widz błyskawicznie przenosi się na niebezpieczne i obce terytorium Duncton Wood i ani razu podczas wieczoru, w którym uczestniczyłem, nikt nie zaśmiał się w niewłaściwym momencie. Napięcie jest wyczuwalne przez cały czas, a cisza hipnotyzuje widownię podczas tej intrygującej, nieziemskiej opowieści.
To bogata w detale, świetnie obsadzona i z miłością zainscenizowana premierowa produkcja „Duncton Wood” w reżyserii Michaela Strassena (muzyka i teksty: Mark Carroll, libretto: James Peries na podstawie książki Horwooda). Strassen ma pierwszorzędne wsparcie w całym zespole kreatywnym: Josh Sood jako kierownik muzyczny, Jean Gray jako scenografka, Tim Deiling jako reżyser światła, Michael England odpowiedzialny za orchestracje i David Steadman za aranżacje wokalne. Każdy wykonał tu tytaniczną, wzorcową pracę.
Muzyka i teksty Carrolla mają wielką siłę i stanowią kręgosłup całego przedstawienia. To nie jest przypadek historii, do której „doklejono” piosenki. Tutaj muzyka jest integralna, podkreśla charakter postaci i bieg zdarzeń. Usłyszymy piękna ballady i potężne hymny wyśpiewane z pasją przez całą obsadę. Partytura, momentami sielska i hipnotyzująca, jest jednocześnie łagodna i zaskakująca; w połączeniu z bardzo przyziemnymi, konkretnymi tekstami daje efekt wiejski, pogański i eteryczny. Sood pewnie prowadzi zespół, dzięki czemu piękno harmonii i melodii wybrzmiewa w pełni.
Szesnastoosobowa obsada jest wyjątkowa i – z jednym małym zastrzeżeniem – znakomicie i przekonująco uosabia mieszkańców Duncton Wood. Mamy tu kilka wybitnych kreacji.
Oli Reynolds (Cairn) i James Sinclair (Stonecrop) są fantastyczni jako kreci bracia, którzy jak to rodzeństwo, kłócą się i walczą, ale są sobie bezgranicznie oddani. Poczucie braterskiej więzi jest tu uderzające. Cairn w wykonaniu Reynoldsa to najlepiej napisana postać w obsadzie, a jego delikatny romans z Rebeccą (Amelia-Rose Morgan) został pokazany z wielkim wyczuciem. Ich słodkie duety, „I Wonder” i „Moonshine”, są wykonane po mistrzowsku, co czyni tragedię, która ich spotyka, tym bardziej poruszającą.
Rebecca w interpretacji Morgan to postać złożona: córka tyrana, strażniczka tradycji, otwarta na miłość, brutalnie traktowana przez ojca, a jednocześnie naturalna uzdrowicielka i namiętna partnerka. Morgan spójnie łączy te cechy. Z kolei Josh Little prezentuje postać Brackena, bohatera tej opowieści, w sposób czysty, a zarazem surowy. To rola bardzo fizyczna i zaangażowana, w której aktor nie boi się pokazać niepewności, wewnętrznego bólu i moralnych dylematów swojego bohatera. Głos Little’a jest czysty i bogaty, i choć czasem sięga rejestrów nieco wysokich jak na niektóre partie, oglądanie go i słuchanie to czysta przyjemność: solo „Too Much Time” w pierwszym akcie to prawdziwy majstersztyk, podobnie jak duet z Rebeccą w akcie drugim, „Maybe I’m Wrong”.
Trevor Jones wykonuje świetną robotę w podwójnej roli Hulvera i Boswella. Z niezwykłą sprawnością różnicuje te postaci; jako Boswell jest niemal nie do poznania, mimo braku charakteryzacji czy rekwizytów. To po prostu wyborne aktorstwo, poparte gładkim barytonem i świetną dykcją. Anthony Cable jako złowrogi Mandrake jest niezwykle przekonujący i również dysponuje znakomitym głosem.
Ciepłą, bardzo macierzyńską uzdrowicielkę Rose gra z wielką finezją i idealnym umiarem Anna Stolli. W nienachalny sposób sprawia, że magiczne aspekty fabuły stają się wiarygodne (co łatwo mogłoby otrzeć się o śmieszność). Stolli ma urzekający głos i jest kluczową postacią w najbardziej wzruszającym momencie spektaklu.
Solidne kreacje stworzyli również Robert Dalton (Burhead), Rachel Flynn (Caron) i Sinead O’Callaghan (Rue), a w utalentowanym zespole wyróżniają się Nadia Eide, Myles Hart i Hugo Joss Catton.
Głównym czarnym charakterem nie jest tu jednak Mandrake. Ten tytuł przypada Rune’owi – śliskiemu, cynicznemu manipulatorowi, który ponad wszystko ceni własną władzę. Thomas Thoroe wygląda w tej roli uderzająco i przyjmuje idealnie makiaweliczny styl; bez trudu radzi sobie z wyzwaniami wokalnymi, a jego ciepły głos świetnie niesie się w przestrzeni teatru. Jednak jego sposób podawania dialogów jest momentami zbyt przerysowany (campowy), by postać była tak przerażająca, jak mogłaby być.
Jedyne zastrzeżenie do dzieła dotyczy sposobu, w jaki tekst traktuje tło problemów kretów. Przydałoby się wyraźniejsze naświetlenie różnic między plemionami, idei religii Kamienia czy wzrostu potęgi Mandrake'a. Te koncepcje są tak obce, że nawet znajomość powieści nie zawsze pomaga. Niemniej, jeśli widz skupi się na tekstach piosenek i dialogach, świat wykreowany przez Strassena zaczyna układać się w logiczną całość.
To złożone, dopracowane i dojrzałe dzieło. Strassen zebrał świetną obsadę i przy skromnych zasobach stworzył w pełni wiarygodny, magiczny i nieco przerażający świat. Jego „Duncton Wood” jest piękne, olśniewające i uwodzicielskie.
To jedna z najlepszych produkcji nowego musicalu, jaką Union Theatre widział w ostatnich latach.
„Duncton Wood” można oglądać w Union Theatre do 20 czerwca 2015 r.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności