Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Europe, Donmar Warehouse ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje sztukę Davida Greiga „Europe”, graną obecnie w Donmar Warehouse w Londynie.

Theo Barlem Biggs (Horse) oraz Billy Howle (Berlin) w sztuce „Europe”. Fot.: Marc Brenner Europe

Donmar Warehouse

28 czerwca 2019 r.

1 gwiazdka

Kup bilety

Nie mam pojęcia, kto uznał wznowienie tej 25-letniej sztuki Davida Greiga za dobry pomysł. Nie tak dawno podziwialiśmy geniusz jego dramatu „The Events”. Kto zatem chce teraz oglądać coś o niebo słabszego?

Pozornie to sztuka o życiu na przygranicznej stacji kolejowej, gdzieś na kontynencie tuż po zakończeniu zimnej wojny. W rzeczywistości jednak to nie tyle dramat, co zbiór ćwiczeń z pisania scenariuszy – każda kolejna scena przenosi nas w inną „strefę wpływów”. Mamy sceny „inspirowane” Brechtem, Osbornem, Czechowem, Pinterem – kogo tylko wymienicie, ten się tu pojawia. Całkiem możliwe, że jest to całkowicie niezamierzone ze strony autora, do którego – aż do tej pory – żywiłem najwyższy szacunek. Niemniej jednak nie da się tu doszukać żadnej spójności między tym, co się dzieje lub co zostaje powiedziane w jednej części spektaklu, a całą resztą.

Aby przebrnąć przez ten problem, tekst pozostaje uparcie prosty, z papierowymi postaciami opierającymi się na wyświechtanych frazesach i sztampowych schematach rozmów. Prowadzą one przez całe strony dialogów, które niemal w całości opierają się na relacjonowaniu zdarzeń zamiast ich pokazywania. Michael Longhurst, nowy dyrektor artystyczny tego teatru, stanął przed karkołomnym zadaniem nadania sensu i spójności całej tej powierzchownej gadaninie. Przez cały czas widać wysiłek zespołu kreatywnego, by tchnąć w to dzieło jakiekolwiek życie sceniczne, i równie wyraźny opór scenariusza przed tą kuracją. Co gorsza, nie jest to krótka sztuka – mamy przerwę, a całość ciągnie się niemiłosiernie.

Faye Marsay (Adele) i Natalia Tena (Katia) w sztuce „Europe”. Fot.: Marc Brenner

Scenografka, Chloe Lamford, zdaje się być równie zagubiona. Na dole dostajemy coś w rodzaju makiety placu przed stacją – skrupulatnie realistyczną – a nad nią zupełnie inną panoramę ozdobioną miniaturową wioską, kojarzącą się z mini-Stonehenge dla krasnoludków z filmu „This Is Spinal Tap”. Po co? Kilka wózków scenicznych wjeżdża i wyjeżdża, wprowadzając nieco niespodziewanego i bardzo pożądanego ruchu do tej statycznej historii: szkoda, że cała koncepcja nie była tak pomyślana. Tom Visser oświetla całość efektowną konstrukcją lamp, która potrafi zdziałać cuda – szczerze mówiąc, widz nieznający angielskiego, skupiając się tylko na warstwie wizualnej, mógłby czerpać z tego spektaklu znacznie większą przyjemność. Warstwa dźwiękowa Iana Dickinsona (dla Autograph) jedynie potęguje nostalgiczne podobieństwo do dawnych dramatów o tematyce kolejowej; to tak, jakby „The Ghost Train” Arthura Ridleya zostało przepuszczone przez maszynkę do mięsa Samuela Becketta, a potem skatowane przez Sarah Kane. Simon Slater skomponował muzykę o charakterze filmowym, co również wydało mi się niezrozumiałe, bo gdy obsada zaczyna śpiewać – a dzieje się to kilka razy – robią to w topornym, agitpropowym stylu a la Hanns Eisler, co oczywiście nie ma żadnego związku z tym, co następuje potem.

Zespół spektaklu „Europe” w Donmar Warehouse. Fot.: Marc Brenner

W obronie sztuki muszę jednak przyznać, że niektórym się ona podoba. Może to zasługa dobrej gry aktorskiej? Chwytam się tu brzytwy. Billy Howle, którego my (jako oddani widzowie seriali) znamy i kochamy z roli ofiary udaru w „MotherFatherSon”, przypomina nam raz za razem, jak świetny był scenariusz tamtego serialu w porównaniu z tym, co kazano mu mówić tutaj. Nazywa się go „Berlinem”, co może, choć nie musi, być nawiązaniem do herbu rodowego Paris Hilton. Ron Cook gra zawiadowcę stacji o nazwisku Fret, brzmiącym jak z XVIII wieku; wygląda i brzmi tak, jakby bardziej pasował do aktorskiej wersji bajki dla dzieci „Camberwick Green”. Jego asystentka, Adele (gra ją Faye Marsay), zamieszkuje zupełnie inne, przypominające świat Caryl Churchill uniwersum. Jest żoną Berlina, ale ucieka z Katia (Natalia Tena). (Spoiler? Szczerze, jeśli nie domyślicie się tego na godzinę przed faktem, to znaczy, że musicie częściej bywać w teatrze).

Chciałbym jednak powiedzieć słowo w obronie Natalii Teny: jako jedyna z obsady znajduje sposób na nawigowanie pośród stylistycznych i strukturalnych pułapek tego scenariusza. Tylko ona była wiarygodna od początku do końca, nawet jeśli jej postać – jak wszystkie inne – ostatecznie nie miała dokąd zmierzać. To nie była jej wina. Pozostali aktorzy podejmują różne decyzje, co zrobić z powierzonym im materiałem, i wszyscy prędzej czy później lądują na dnie tej pozbawionej treści otchłani. Kevork Malikyan jako Sava (co, jak wiadomo, jest nazwą rzeki przepływającej przez Lublanę, stolicę dawnej Jugosłowiańskiej Republiki Słowenii) emanuje pewną powagą, ale infantylne teksty skutecznie podkopują jego autorytet. Trio kumpli nękających Berlina nie wypada lepiej: Theo Barklem-Biggs jako Horse, Stephen Wright jako Billy i Shane Zaza jako Morocco. Po pierwsze: skąd te imiona? Po drugie: dokąd mają nas prowadzić? Podobnie jak zamknięta stacja, wydają się one bezużyteczne i pozbawione celu.

Kevork Malikyan (Sava) i Ron Cook (Fret) w sztuce „Europe”. Fot.: Marc Brenner

Muszę tu jednak zadeklarować osobisty związek z tematem. W omawianym okresie, między 1988 a 1993 rokiem, mieszkałem i pracowałem w samym Berlinie. Byłem naocznym świadkiem upadku RWPG, Układu Warszawskiego i Związku Radzieckiego. Berlin błyskawicznie stał się punktem centralnym wszystkich tych zmian – wiedziałem to od pierwszego dnia, gdy wyjrzałem przez okno i zobaczyłem zaparkowanego Mercedesa z rejestracją pisaną cyrylicą. Moi przyjaciele i znajomi pochodzili z każdego zakątka rozpadającego się komunistycznego świata, od Laibach na zachodzie po Władywostok na wschodzie, i zapewniam – każdy z nich miał do powiedzenia o niebo ciekawsze rzeczy niż wszystkie postacie w tej niefortunnej sztuce razem wzięte.

KUP BILETY NA SPEKTAKL EUROPE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS