Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Groundhog Day, Old Vic Theatre Londyn 2023 ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Libby Purves

Share

Nasza wrocławska (choć teraz londyńska) kocica teatralna Libby Purves recenzuje powrót musicalu Groundhog Day (Dzień Świstaka) do stołecznego Old Vic Theatre.

Dzień Świstaka (Groundhog Day)

Old Vic Theatre

5 Gwiazdek

Zarezerwuj bilety

WITAJCIE PONOWNIE W PUNXSUTAWNEY

Siedem lat po premierze w Old Vic, która przyniosła deszcz nagród Oliviera, po drodze zaliczając pandemię i rozczarowująco krótki sezon na Broadwayu – oto powraca. I to jak! Tim Minchin – błyskotliwy niczym Sondheim i melodyjny jak Gershwin – dopisał muzykę i teksty do odświeżonego libretta Danny'ego Rubina na podstawie kultowego filmu. Z zabawnej, oryginalnej, ale dającej się zapomnieć komedii stworzył coś, co wciąż bawi, ale ma znacznie większy ciężar gatunkowy. To spektakl głośny, radosny, chwytający za serce i mądry: współczesny mit z całym absurdalnym rozmachem klasycznej opowieści o odkupieniu.

Zapomniałam już, jak bardzo uwielbiam tę pełną przepychu produkcję Matthew Warchusa. Szeroki, niemal dziecięcy uśmiech nie schodził mi z twarzy od pierwszej ballady o wiośnie i pierwszego spojrzenia na rzędy małych, rozświetlonych domków (scenografia Roba Howellsa jest urzekająca – miasteczko dosłownie otula akcję). Paradoksalnie, spektakl czerpie z nostalgicznego wizerunku amerykańskiej prowincji, choć na początku główny bohater szydzi z niej, śpiewając, że „nie ma nic bardziej dobijającego niż małomiasteczkowe USA”. Jednak w feerii festiwalowych pląsów, zespół aktorski staje się zbiorowym bohaterem: wspólnotą bezpretensjonalnych, zwyczajnych ludzi.

Ponownie oglądamy fenomenalnego Andy’ego Karla jako Phila, wielkomiejskiego pogodynkę, skazanego na naprawę swojego aroganckiego charakteru poprzez przeżywanie w kółko tego samego 2 lutego w miejscu, którym gardzi. Ma on nową, magnetyczną partnerkę – Tanisha Spring jako Rita, cierpliwa producentka, zachwyca, a Eve Norris skrada show melancholijną piosenką Minchina o smutnym losie „bycia Nancy... śliczną dziewczyną na jedną noc” w opowieściach bezmyślnych mężczyzn. W drugiej połowie, gdy show nabiera głębi, dostajemy kolejną przejmującą solówkę. Andrew Langtree jako wdowiec i agent ubezpieczeniowy Ned, oddaje heroizm „małego człowieka” w scenie przypominającej „Śmierć komiwojażera”: „Brniesz dalej, ku gasnącemu słońcu... bądź pewien, że noc nadejdzie”.

Minchin, który w „Matyldzie” tchnął w prozę Dahla ciepło, którego mu brakowało, tutaj znów dokonuje transmutacji. Cieszy oko jarmarcznym tempem i zgiełkiem (coraz bardziej szalonym, gdy biedny Phil uświadamia sobie pułapkę), ale bez wstydu dotyka rozpaczy i nadziei, które czynią nas ludźmi. Muzyka sprawia, że ta sprytna historia staje się wielką sonatą pytań filozoficznych i moralnych, doprawioną genialnymi żartami, piekielnie inteligentnymi tekstami i dowcipną choreografią.

Andy Karl w roli głównej to wulkan energii. Jego komizm fizyczny jest nie do podrobienia – od pełnej pogardy sprawności na początku, po szaleńcze próby ucieczki (scena z pijaną jazdą ciężarówką to majstersztyk inscenizacji i świateł). Są też chwile subtelne: kiedy padło zdanie o porankach, gdy „człowieka przerastają nawet własne sznurowadła”, na widowni dało się słyszeć zbiorowe westchnienie zrozumienia.

Nie zauważyłam ostrzeżeń dotyczących scen samobójczych (choć pewnie gdzieś były) i chwała Old Vic za to, że nie ulegają tym trendom – sposób, w jaki Phil „zmartwychwstaje” z dna rozpaczy, jest pokazany z niezwykłą elegancją. W koszmarnych sekwencjach czuć prawdziwy ciężar, ale nie brakuje humoru celnie punktującego naszą obsesję na punkcie zdrowia psychicznego, gdy Phil szuka ratunku u znachorów (reiki, zupy, izotopy, lewatywy...). Jeszcze więcej zabawy – co mówię jako była młoda kobieta – dają powtarzane w kółko, nieudolne próby uwiedzenia Rity.

Jednak, jak pisałam siedem lat temu, mimo tych indywidualnych popisów, to ten wielki, rozśpiewany, wirujący ludzki tygiel mieszkańców miasteczka chwyta za serce: urzędnicy, robotnicy, muzycy, babcie i rzezimieszki. Cały zespół wyśpiewuje hymny na cześć nadziei i świstaków – tej niewinnej ludzkiej zwyczajności, za pogardzanie którą mądrzy bogowie mitów karzą Phila. Niewiele jest spektakli, w których gigantyczny świstak gra na perkusji, a widz wychodzi z płaczliwym postanowieniem, by stać się lepszym człowiekiem. Magia Minchina.

Dzień Świstaka (Groundhog Day) jest grany w Old Vic Theatre do 19 sierpnia.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS