WIADOMOŚCI
RECENZJA: Hay Fever, Duke Of York's Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Alice Orr-Ewing, Felicity Kendal i Edward Franklin w spektaklu Hay Fever. Zdjęcie: Nobby Clark Hay Fever
Duke of York's Theatre
7 maja 2015
4 Gwiazdki
„Używa seksu niczym sieci na krewetki”.
Noël Coward z pewnością wiedział, jak pisać barwne, a przy tym niezwykle trafne obelgi. Tą konkretną posługuje się Judith Bliss, główna bohaterka sztuki „Hay Fever” („Życie prywatne”) z 1925 roku – jednej z tych „grzeczniejszych” w dorobku Cowarda – by opisać swoją osobistą zmorę, Myrę Arundel. Robi to tuż przed jej przyjazdem do wiejskiej posiadłości Blissów w Cookson, gdzie Myra ma gościć na zaproszenie syna Judith, Simona. Judith nie znosi Myry, co w rozkoszny sposób ilustruje Felicity Kendal w nowej odsłonie spektaklu w reżyserii Lindsaya Posnera. Przedstawienie, po sezonie w Theatre Royal w Bath i trasie po Wielkiej Brytanii, można teraz oglądać przedpremierowo w Duke of York’s Theatre na West Endzie.
Kendal, słysząc od Simona nowinę o rychłym przybyciu Myry, zastyga na szezlongu, a krew w jej żyłach momentalnie zamienia się w lód. Przez jej oczy, mocno umalowane tuszem, przebiega wyraz dzikiej, wściekłej trwogi przemieszany z kocią bystrością. „Mmhhirrerr” – warczy-mruczy-wzdycha, jednocześnie tęsknie i mściwie. Wypowiadając to jedno słowo, Kendal demonstruje pełną władzę nad postacią Judith, absolutne zrozumienie jej złożoności, sprzeczności i uroku, które wirując, tworzą siłę natury, jaką jest pani Bliss. Nawet jej nazwisko – Bliss (rozkosz) – sugeruje wrodzoną dwoistość tej postaci.
Sztuka Cowarda to misternie skonstruowana, wyważona farsa. Oferuje osiem wspaniałych ról charakterystycznych i nieskończone możliwości wybornej zabawy.
Państwo Bliss wraz z dwójką dzieci, Simonem i Sorrell, mieszkają na wsi, udając wielkie państwo. Ona w zeszłym roku porzuciła karierę aktorską; on pisze pikantne powieści w gabinecie na piętrze. Judith nie lubi wsi, ale lgnie do każdej okazji, by udawać, że jest inaczej – upaja się rolą wiejskiej dziedziczki, pozwalając swojej oddanej garderobianej, Clarze, odgrywać z namaszczeniem rolę wielce cierpiącej służącej.
Każdy z członków rodziny Blissów zaprasza na weekend do domu kogoś bliskiego sercu – nie informując o tym pozostałych. W porównaniu z gospodarzami, czwórka gości (w tym wspomniana „łowczyni” Myra) wydaje się relatywnie normalna, choć i oni reprezentują konkretne typy: femme fatale, ingénue, wysportowany młodzieniec i dystyngowany dżentelmen. W miarę upływu weekendu rodzina Blissów sieje spustoszenie wśród gości, łącząc się z nimi w pary i rozstając z zuchwałą beztroską.
Blissowie uwielbiają kłótnie, przyjęcia, popisy i gierki. Kochają traktować innych jak pionki lub zabawki, trochę jak kot martwą mysz. Jest jednak w ich uczynkach i niegodziwościach pewne zadowolenie i swobodna pewność siebie; bliżej im do Kota z Cheshire niż do Shere Khana.
Felicity Kendal to triumf w roli Judith – musującej, dogadzającej sobie diwy. Jej gardłowy, ochrypły głos; niekończące się zapalanie i gaszenie papierosów; niedbałe, lecz uporczywe odrzucanie rozwichrzonych loków; niewinne oczy połączone z niegrzeczną uwagą i na odwrót – te figlarne spojrzenia i zuchwała pewność siebie, dumna obojętność. Każdy aspekt tego występu jest przez Kendal po mistrzowsku wyważony.
Przez cały czas jej ujmujący styl i wdzięk sprawiają, że wybaczamy jej gburowatość, mimochodem rzucane obelgi czy okrutne spostrzeżenia. Jest taka zapierająca dech chwila, gdy schodzi po schodach, całkowicie ignoruje dwójkę gości (naiwną Jackie i dżentelmena), nakłada ochronne kalosze na efektowne szpilki i dumnie kroczy obok nich, ciągnąc za sobą młodego wielbiciela i ani przez moment nie zaszczycając gości spojrzeniem. To już samo w sobie jest zabawne, ale szczytowy moment następuje później, gdy przyznaje tym samym gościom, że ich widziała i zignorowała. Robi to tak po prostu, od niechcenia, jakby nagle przypomniała sobie, co jadła na śniadanie. W tym bezwstydnym pokazie kobiecej wyższości sprawia, że oni stają się nieistotni, a ona – paradoksalnie – jeszcze bardziej urocza.
Ale Kendal na tym nie poprzestaje. Prowokuje dżentelmena do pocałunku pełnego pożądliwego podziwu, a gdy połknie on haczyk, zatrzaskuje pułapkę, ogłaszając – tonem godnym Medei lub Antygony obwieszczającej coś doniosłego – że mąż musi poznać całą prawdę. Niekończący się głód dramatu i chęć bycia w jego centrum są u Judith krystalicznie czyste i wybrzmiewają w każdym aspekcie tej diamentowej roli Kendal.
Scena płonie, gdy Kendal na niej gości. To rola, w której aktorka powinna lśnić – i tak właśnie się dzieje, z niesłabnącym blaskiem.
Otrzymuje ona również znakomite wsparcie od reszty obsady.
Sara Stewart jest wyśmienita jako soczysta Myra, „pożeraczka męskich serc”, pełna emfaz i dziewczęcej przesady. Jej postawa i sposób bycia są niezwykle pewne i świetnie wyczute. Jest przezabawna zarówno jako drapieżna łowczyni, jak i zszokowany gość. W konkurencji strzelania fochów mogłaby reprezentować kraj na olimpiadzie.
Michael Simkins jest idealny jako skonsternowany dżentelmen – elegancki i dystyngowany, ale gotowy wyjść poza schemat. Jego komediowy kunszt potwierdzają przezabawna próba zobrazowania przysłówka „przymilnie” (cóż, jest nieco zagubiony) podczas salonowej gry oraz perypetie z kruchym barometrem w ostatnim akcie. Sceny z Kendal to czysta radość, podobnie jak nieznośnie długie, niezręczne pauzy, które dzieli ze Stewart w scenie, gdy goście i domownicy gromadzą się w salonie w grobowej ciszy.
Edward Killingback jest niemal bezbłędny jako Sandy – nierozgarnięty bokser, zwabiony na wieś przez Judith. Czyniąc atut z bezmyślnego zauroczenia, Killingback stanowi zachwycający kontrapunkt. Jedynie jego niezbyt wyszukane objadanie się śniadaniem i gwałtowne wyplucie sporej części (jajecznica w pierwszym rzędzie!) nieco raziło i wydawało się bardziej małpie, niż wymagałaby tego postać tego męskiego poczciwca. Celeste Dodwell w roli naiwnej Jackie była odpowiednio krucha i niezdecydowana, choć w jej wybuchach gniewu pobrzmiewała szorstkość, która zdawała się nie na miejscu.
Ta szorstkość była widoczna również w innych momentach i, po namyśle, wydaje się cechą, którą reżyser Posner niesłusznie wprowadził do intrygi Cowarda. W „Hay Fever” nie ma miejsca na brutalność czy twardość. Choć wiatry zmian wieją tu swobodnie, a mówi się jedno, myśląc drugie, cały ton powinien być zabawowy, a nie mściwy; jasny, a nie ponury; wystawny, a nie zgorzkniały. Tymczasem w sposobie gry Simona i Sorrell było zdecydowanie za dużo lęku, wściekłości i jadu. Dzieci wydawały się złośliwe i agresywne – nie w sposób swobodny, elegancki i salonowy, jak zamierzył Coward, ale w sposób wręcz prostacki i głęboko niesympatyczny. Alice Orr-Ewing była tu największą winowajczynią: Sorrell to tylko imię, a nie jej natura; tak jak „Bliss” (rozkosz) jej nie definiuje, tak samo nie robi tego „Sorrel” (szczaw). Kapryśna – owszem; niesympatyczna – nie.
Edward Franklin jako Simon popełnił ten sam błąd co Orr-Ewing, być może idąc za jej przykładem. Trudno było pogodzić „synusia mamusi”, który nazywa Judith „kochanie”, z wrzeszczącym chuliganem skorym do warczenia. Simon to wyborna rola, ale musi tworzyć spójną, czarującą całość.
Oboje młodzi Blissowie mogliby brać przykład z Simona Shepherda. Jako nieco profesorski tatuś, David Shepherd był znakomitą mieszanką porywczości, wielkich gestów i rozbrajającej nijakości. Stanowił idealne Yang dla Yin Kendal i łatwo było uwierzyć, że ta para wytrwała ze sobą i kłóciła się przez dziesięciolecia. Finałowy spór o nazwy ulic w centrum Paryża pozwolił Shepherdowi zabłysnąć w kłótliwym zapamiętaniu, nie tracąc przy tym nic ze swojego uroku.
W nieco niewdzięcznej roli Clary, Mossie Smith sprawiła, że niemal czuło się od niej zapach farby teatralnej i proszku do prania – atrybuty dawnej garderobianej. Posner kazał jej wykonywać kilka dziwnych gestów, zwłaszcza przy trzaskaniu drzwiami, ale Smith nie pozwoliła, by takie detale przeszkodziły jej w zrobieniu dobrego wrażenia.
Peter McKintosh stworzył naprawdę imponującą scenografię – pełną drewna, poziomów i wspaniałego natłoku teatralnych pamiątek oraz innych rekwizytów życia przeżytego w komforcie i z fantazją. Eklektyczne połączenie mebli odzwierciedlało nieuporządkowane podejście Blissów do życia, a przestrzeń gry była obszerna i zaopatrzona w liczne drzwi. Michael Bruce zapewnił doskonałą oryginalną muzykę, która świetnie dopełniała tekst Cowarda.
Oświetlenie Paula Pyanta spisuje się na medal – od poczucia nadciągającej i uderzającej burzy, przez intymność, gdy Judith gra na pianinie i śpiewa francuską piosenkę, aż po powolne wygaszanie pod koniec pierwszego aktu. Cudownie wyczuto też nastrój wieczornej fety w drugim akcie i ostry blask poranka w finałowej scenie śniadaniowej. Wszystko doskonale odmierzone.
To zachwycające ożywienie jednej z najjaśniejszych perełek teatralnych Noëla Cowarda. To komediowe ciasto upieczone z najlepszych składników – a Kendal jest na nim prawdziwą wisienką.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności