WIADOMOŚCI
RECENZJA: Hecuba, White Bear Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Hekuba
White Bear, Kennington
18.07.15
3 gwiazdki
Eurypides wciąż traktowany jest po macoszemu w wielu kręgach w porównaniu ze swoimi starszymi kolegami z wielkiego triumwiratu greckich dramaturgów – Ajschylosem i Sofoklesem. A jednak pod wieloma względami jego sztuki przemawiają do naszej ponowoczesnej wrażliwości bardziej bezpośrednio niż niezwykle zawiłe, surowe i wielowarstwowe analizy dylematów jednostki i wspólnoty zawarte w Orestei czy cyklu tebańskim. Świadomy wybór wątków pobocznych pozwala mu skupić uwagę na postaciach, często kobiecych, które zazwyczaj są marginalizowane lub ignorowane w wielkich widowiskach polityczno-wojennych. Jego wybór dylematów badających ekstremalne stany emocjonalne i wybory bez wyjścia wydaje się bliższy realiom wielu zakątków współczesnego świata niż niejedna sprawnie napisana sztuka z ubiegłego stulecia. Choć nie wierzymy już dosłownie – jak on – w Eumenidy czy Furie jako realne siły sprawcze, to dramatyczne tropy zemsty i niezawinionego cierpienia, sięgającego niewyobrażalnych granic, są dziś przygnębiająco znajome, tak samo w wiadomościach, jak i na deskach teatru. Z tych wszystkich powodów nowa inscenizacja Hekuby jest bardzo wyczekiwana i nie może nie poruszać, nawet jeśli towarzyszy jej równoległe opowiedzenie tej historii we współczesnym kostiumie, co momentami wchodzi w paradę oryginałowi.
Eurypides zaczyna swoją opowieść w punkcie, w którym tradycyjne przekazy zazwyczaj się kończą – od upadku Troi i ostatecznego rozliczenia między greckimi zwycięzcami a ocalałymi Trojanami. Skupiamy się na królowej Hekubie, teraz już wdowie po Priamie, pogrążonej w żałobie po stracie większości dzieci i zniszczeniu miasta, któremu wraz z mężem przewodniczyła przez dekady. W gruncie rzeczy to dwie historie w jednej, skupione wokół desperackich prób ratowania dwójki pozostałych przy życiu dzieci: Polikseny i Polidofosa. Pierwsza z nich ma zostać złożona przez Greków w ofierze z ludzi, by zrównoważyć ofiarę z Ifigenii przed wypłynięciem; drugiego Hekuba powierza opiece sąsiedniego króla, Polymestora, by chronić go przed niebezpieczeństwem. Nie trzeba dodawać, że wszystkie plany ratunku zawodzą. Zawiłości fabuły są w pewnym sensie mniej istotne niż prawdy psychologiczne, które odsłania dramaturg. Przypomina nam, że stary banał, jakoby cierpienie i żałoba uszlachetniały duszę, to smutne i złudne myślenie życzeniowe. W rzeczywistości to, co spotyka Hekubę – cierpienie absolutne – prowadzi do rodzaju szaleństwa i rozpadu osobowości, który czyni wszelkie ramy moralne bezużytecznymi. Zostajemy z pytaniem, jak możemy oceniać kogoś, kto musiał znieść niewyobrażalną stratę wszystkiego, co cenne, a następnie dopuszcza się czynów, które świat normalnie uznałby za zbrodnie. Granice i swoista „etykieta” zemsty, jej wpływ na społeczność, ofiary i sprawcę, były kluczowymi tematami dla Greków – i niestety pozostają nimi w naszym świecie, nie wymagając przy tym wielkiej transpozycji.
Jednak twórcy obecnej inscenizacji, autor Chris Vlachopoulos i reżyser Justin Murray, uznali, że Hekuba wymaga uwspółcześnienia dla dzisiejszego widza. W podstawowe historie wpleciono więc dwie równoległe wersje, przenoszące akcję w realia współczesnej klasy robotniczej. W pierwszym wątku Hekuba, przemianowana na Willow, walczy z cięciami budżetowymi i biurokracją, by zapewnić opiekę medyczną i operację swojej śmiertelnie chorej córce. W drugim dowiaduje się, że jej syn, którego uważała za bezpiecznego, został zatrzymany podczas demonstracji i śmiertelnie rażony paralizatorem. Staje przed dylematem, jak zareagować, gdy staje oko w oko z policjantem odpowiedzialnym za jego śmierć. Czteroosobowa obsada, grająca wiele ról, przeplata te historie przy użyciu minimum rekwizytów, a gdy aktorzy nie grają, pozostają na scenie, cicho składając paski gazet w papierowe łódki.
Choć w samym pomyśle na aktualizację nie ma nic złego, w trakcie spektaklu granice między dwoma obrazami zacierały się w dezorientujący sposób, ze szkodą dla obu. W efekcie trudno oprzeć się wrażeniu, że każda z tych wersji wypadłaby lepiej osobno – czy to czysty Eurypides, który w zasadzie nie wymagałby wielu poprawek, czy wersja uwspółcześniona, która zyskałaby więcej oddechu i miejsca na pełnowymiarowy rozwój postaci. Co więcej, między tekstami występują asymetrie, które zamiast zacieśniać więzi między historiami, osłabiają zamierzone paralele. W wersji greckiej przez cały czas mamy świadomość królewskiej godności Hekuby, nawet w obliczu nadchodzącego obłędu; to ona wciąż w kluczowy sposób kształtuje jej postępowanie. W przeciwieństwie do tego, potoczny kontekst nowej wersji traci ten wymiar, przez co działania Willow są do pewnego stopnia trudniejsze do wyjaśnienia i uwiarygodnienia. Co więcej, nieuchronnie dochodzi do konfliktu stylów retorycznych między wyniosłym, hieratycznym tonem pierwszej inkarnacji a bardziej szorstkim, bezpośrednim buntem drugiej. Punktem kulminacyjnym sztuki wciąż pozostaje kunsztowny opis godnego oporu Polikseny wobec oprawców w momencie składania ofiary – scena ta wyraźniej niż jakakolwiek przemoc ukazana bezpośrednio na scenie sprawiła, że publiczność wstrzymała oddech.
Mimo zastrzeżeń co do spójności całości, wielkie uznanie należy się obsadzie za wyobraźnię i intensywność przekazu. Lucinda Lloyd jako Hekuba/Willow daje przejmującą i bezlitosną kreację, trafnie kontrastując obie bohaterki. Ben Scheck w rolach obu synów oraz jako Polymestor/policjant tworzy wyraziste postacie o szerokim wachlarzu emocjonalnym i dużej dynamice fizycznej. Roisin Keogh gra córki z poruszającą powściągliwością, która stanowi skuteczną przeciwwagę dla nieustępliwego gniewu Lloyd – jedne z najlepszych fragmentów nowej wersji to właśnie sceny matki z córką. Isobel Wolff w szeregu mniejszych ról świetnie radzi sobie z tekstem i precyzyjnie różnicuje postacie. Catharsis Theatre słynie z kładzenia nacisku na ruch sceniczny, co bez wątpienia jest mocną stroną tej produkcji. White Bear to maleńka przestrzeń, ale dzięki płynności akcji i sprawnej reżyserii mimo ograniczeń nie wydawała się ciasna. W efekcie sztuka, która mogłaby być dość statyczna i deklaratywna, toczyła się bez żadnych longueurs. Wiele kluczowych momentów zostało oddanych fizycznie równie mocno, o ile nie mocniej, niż w samym tekście. Choć efekt końcowy nie był wolny od problemów, dramat trzymał widzów w napięciu do samego końca, co jest świadectwem talentu wykonawców.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności