Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Henryk V, Temple Church ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Andrew Hodges i Freddie Stewart. Fotografia: Scott Rylander Henryk V

Temple Church

24/08/15

Wyobrażam sobie, że większość bywalców teatrów ma wyraźne wspomnienia z momentu, gdy po raz pierwszy zetknęli się z inscenizacją Henryka V. Za każdym razem, gdy słyszę aktora zaczynającego „O, dajcie muzę ognia!”, natychmiast wracam myślami do zachwytu z dzieciństwa, kiedy po raz pierwszy zobaczyłem film Oliviera... ten panoramiczny najazd kamery na tudorowski Londyn, żwawą muzykę Waltona będącą rycerskim pastiszem i pierwszy widok słynnego „drewnianego O”. Dla innych może to być bardziej błotnista, choć wciąż heroiczna filmowa wersja Kennetha Branagha lub antywojenna produkcja Hytnera i Lestera sprzed dekady. Mało kto z nas podchodzi do tej sztuki bez zestawu uprzedzeń i trzeba odwagi reżysera, który postanawia znaleźć sposób na powiedzenie czegoś nowego o dziele, które wszyscy myślimy, że znamy na wylot. A jednak właśnie to udało się osiągnąć grupie Antic Disposition oraz reżyserom Benowi Horslenowi i Johnowi Risebero w jednym z najbardziej imponujących wznowień Szekspira, jakie widziałem w ostatnich latach. Dokonali tego przede wszystkim poprzez rozpoznanie i włączenie do swojej wizji niejednoznaczności leżących u podstaw sztuki, dzięki czemu nie jest ona ani uproszczoną celebracją, ani odrzuceniem wojny, lecz uświadomieniem sobie, że wojna jest nierozerwalną częścią ludzkiej kondycji. Kluczowa dla szczodrobliwości umysłu Szekspira jest zdolność tej sztuki do ukazania fascynacji wielką polityką przy jednoczesnym przedstawieniu konsekwencji tych decyzji dla zwykłego człowieka i kobiety tak samo jak dla króla – całej tej pompy i litości, cienkiej linii strachu między klęską a triumfem, przetrwaniem a śmiercią.

Andrew Hodges, Alex Hooper, Freddie Stewart i James Murfitt. Fotografia: Scott Rylander

Sceneria Temple Church, z jej rezonującymi warstwami angielskiej historii, nie mogła być bardziej sprzyjająca. Obok grobowców templariuszy i baronów, którzy wymusili podpisanie Magny Carty, scena została ustawiona w układzie poprzecznym (traverse) między kościelnymi ławami. Na podwyższeniu, otwartym na obu końcach, rozrzucono skrzynie z amunicją i środki medyczne. Wchodzą dwaj żołnierze w mundurach z czasów I wojny światowej – jeden Francuz, drugi Anglik. Potem francuska pielęgniarka. Następują znajome trudności w komunikacji, kończące się wręczeniem przez angielskiego żołnierza egzemplarza sztuki Szekspira francuskiemu koledze. Znajdujemy się w alianckim szpitalu polowym w Azincourt za linią frontu, a oba oddziały zgadzają się wystawić przedstawienie dla zabicia czasu. Zanim jednak dotrzemy do prologu, akordeon i pianino wprowadzają pieśń George'a Butterwortha do słów A.E. Housmana „The lads in their hundreds” – i tak na szczyt natchnionej retoryki Szekspira nakłada się kolejna przejmująca warstwa rycerskiego żalu, napisana tuż przed Wielką Wojną. Było to tak trafne pod tyloma względami – dramatycznym, estetycznym i historycznym – że wywołało u mnie ten sam dreszcz intelektualnej przygody, który pamiętam z filmu Oliviera sprzed lat. Nie mogę bardziej pochwalić sposobu, w jaki poprowadzono sekwencję otwierającą.

I tak przeszliśmy do samej sztuki, ale zanim omówię zalety inscenizacji, warto podkreślić, że nawiązania do I wojny światowej pozostają stałym punktem odniesienia. Kolejne kompozycje do tekstów Housmana w stylu muzycznym epoki edwardiańskiej przerywają akcję, by wydobyć emocje w kluczowych momentach, a doświadczenie niedawnego konfliktu poruszająco i trafnie wkrada się w spektakl – jak choćby w chwili, gdy Bardolph zostaje stracony za plądrowanie, a grający go aktor pada w ataku drgawek. Bardzo rzadko się zdarza, by zespół tak gruntownie zintegrował nową koncepcję ze sztuką Szekspira – zbyt często jest to tylko pusty gest – ale tutaj dbałość o szczegóły jest niezwykle imponująca i pomysłowa, a jednocześnie współgra z duchem oryginału.

Jak to zwykle bywa w przypadku tego zespołu, mamy do czynienia z wyrównanym, wysokim poziomem zarówno ról indywidualnych, jak i gry zbiorowej. Przejścia między scenami są doskonale poprowadzone i mimo ograniczonej przestrzeni, reżyserzy wykorzystali ją bardzo elastycznie, przy minimalnym, lecz pomysłowym użyciu rekwizytów (np. pudełko bandaży zamiast piłek tenisowych, foremki do ciasta jako korony itp.). Zastanawiałem się, jak poradzą sobie z wielką sceną bitwy, ale i tu rozwiązanie przyniósł scenariusz ramowy w postaci nagłego ostrzału artyleryjskiego poza sceną, kolejnej pieśni Housmana i sygnału trąbki... chwila została uchwycona i zaznaczona bez konieczności jej dosłownego pokazywania.

Freddie Stewart i Louise Templeton. Fotografia: Scott Rylander

Ograniczenia recenzji nie pozwalają mi w pełni docenić szeregu znakomitych występów, w których wielu aktorów wcielało się w kilka ról. Dość powiedzieć, że zarówno sceny polityczne, jak i komediowe wypadły równie dobrze, co w przypadku tej sztuki wcale nie jest regułą. Nie nużyły też nacjonalistyczne przepychanki między żołnierzami, co czasem się zdarza. Tekst był dobrze podawany i wsparty płynnym ruchem scenicznym, zwłaszcza w scenach nocy przed bitwą, gdzie męskie koleżeństwo i podszyta żartami nerwowość oryginału idealnie splotły się z nowoczesną oprawą.

Prawdziwą przyjemnością było zobaczenie, dla odmiany, rodzimych użytkowników języka francuskiego w rolach francuskiej rodziny królewskiej: stanowiło to autentyczną, wiarygodną polityczną przeciwwagę dla sił angielskich, a rywalizacja między Delfinem a Konstablem została zarysowana w sposób rzadko spotykany. Katarzyna w wykonaniu Floriane Andersen uroczo bawiła się grami językowymi, które przygotował dla niej Szekspir, i była godną partnerką dla Henryka V (Freddie Stewart) w scenie zalotów.

Rola Stewarta posiadała wiele cech niezbędnych do sukcesu w tej kreacji. Był naturalnie autorytarny w scenach politycznych i publicznych, a w scenie zalotów łączył kokieterię, humor i niezdarność w równych, zachwycających proporcjach – bez wątpienia posiada tę „odrobinę słodyczy”. W scenie kłótni incognito z Williamsem (Alex Hooper), kluczowej dla każdej inscenizacji tej sztuki, pewnie kontrolował ton, a przed wojskiem wiarygodnie roztaczał coś więcej niż tylko „blask Harry’ego w mroku nocy”.

Mam jednak pewne zastrzeżenie co do jego interpretacji słynnych monologów – zastrzeżenie, które odnosi się szerzej do sposobu, w jaki obecnie podawane są szekspirowskie partie popisowe. O ile naturalizm na scenie potrafi zdziałać wiele, nie sprawdza się on w tych kunsztownych popisach retorycznych, które są jawną krystalizacją konkretnych emocji, a nie ich opisem. Naturalistyczne podejście kończy się krzykliwością, monotonią i brakiem autentycznej siły przekazu. Aktor musi interpretować i kształtować te stylizowane przemowy niczym utwory muzyczne, wciągając widza w sferę swojej poufności. Choć rozumiem niechęć młodszych aktorów do celebrowania „pięknego głosu” w manierze Oliviera czy Gielguda, można to wciąż robić bez fałszowania reszty charakterystyki postaci. Starsi aktorzy w zespole – na przykład Geoffrey Towers (Exeter) i Louise Templeton (Pani Żwawo) – wskazali właściwą drogę; w szczególności Templeton po mistrzowsku i wzruszająco oddała śmierć Falstaffa, po prostu podążając za naturalnym rytmem tekstu, a nie forsując go. Czasami, jak powiedział Jonathan Bate: „Kluczem do sztuki dramatycznej jest nieszczerość”. Sztuczność można przekuć w sztukę, a publiczność z radością zamieszka w tej wyjątkowej przestrzeni razem z tobą...

To tylko drobne zastrzeżenie do w pełni pochłaniającego wieczoru teatralnego, który skłonił wielu z nas na widowni do ponownego przemyślenia tej pozornie najbardziej znanej ze sztuk. Mam nadzieję, że będą mieli okazję, tutaj lub gdzie indziej, wznowić tę znakomitą reinterpretację jednego z największych osiągnięć Szekspira. Gdy obsada maszerowała w formacji w ciemne zakamarki Temple Church w stronę leżących posągów rycerzy, nie sposób było ich już oddzielić od długiej tradycji rycerskiej, ciągnącej się od „Opowieści Rycerza” Chaucera, przez kroniki Szekspira, aż po skazaną na zagładę piechotę Housmana:

„Niosą z powrotem czysty do mincerza ten ludzki kruszec.

Chłopcy, co zginą w swej chwale i nigdy nie zaznają starości”.

Henryk V jest wystawiany w Temple Church do 5 września

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS