WIADOMOŚCI
RECENZJA: John and Jen, Union Theatre ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
John and Jen
Union Theatre
12 września 2016
4 Gwiazdki
Amerykanie potrzebują sentymentu. To truizm często powtarzany w kontekście amerykańskiego dramatu i czynnik, który komplikuje wiele transferów tamtejszego teatru, telewizji czy filmu na rynek brytyjski, gdzie zazwyczaj panuje podejście bardziej ironiczne, a nawet twarde. Z pewnością ma to wpływ na odbiór tego skądinąd subtelnego i elegancko napisanego musicalu kameralnego. W tym tygodniu Union Theatre gościł przez 6 dni pomysłowy młody zespół z Liverpoolu, MOD Theatricals, z ich inteligentną i czułą inscenizacją dwuosobowego dzieła Andrew Lippy i Toma Greenwalda. James Lacy i Sharon Byatt wcielili się w tytułowe postacie w giętkiej i angażującej reżyserii Sama Donovana – pełnowymiarowym debiucie musicalowym MOD. Spektakl był już wystawiany w maju tego roku w tymczasowo niemającym siedziby Lantern Theatre, a znaczna część zespołu towarzyszyła produkcji przy tym przeniesieniu do Londynu.
Lacy i Byatt są wspaniale dobrani i grają z synchronizacją, która sama w sobie jest zachwycająca. On to utalentowany aktor o świetnym głosie i doskonałym dorobku, w tym wielu rolach w Union; Byatt również dysponuje ogromnym doświadczeniem, nie tylko z West Endu, wykazując się nienagannie czystą i subtelną frazacją. Donovan wywodzi się głównie z teatru dramatycznego i tak też podszedł do tej pracy: widać jednak, że rozkoszuje się bardziej „show-biznesowymi” momentami scenariusza. Punktem kulminacyjnym produkcji jest parodia telewizyjnego reality show, w której bohaterowie wychodzą ze swoich ról oraz z klaustrofobicznego domu, który ich otacza (a wręcz więzi), i przyjmują wcielenia o szerszym horyzoncie wyobraźni.
Sugeruje to, moim zdaniem, potencjał tego utworu, którego autorzy zdają się nie wykorzystywać w pełni: kiedy postacie mogą „odgrywać” swoje historie, gdy widz fizycznie widzi, co się z nimi dzieje, rodzi się silne poczucie zaangażowania w ich losy. Z drugiej strony, kiedy bohaterowie opowiadają nam o wydarzeniach z przeszłości, angażujących inne osoby, których nigdy nie poznamy, siła dramatyczna słabnie. Ponieważ większość sztuki poświęcona jest opowiadaniu historii „z drugiej ręki”, temperatura emocjonalna na widowni bywa niższa niż zazwyczaj. Donovan wstrzykuje w każdą scenę tyle dynamizmu, ile tylko zdoła, ale często odnosi się wrażenie, że próbuje wykrzesać akcję z fundamentalnie statycznych sytuacji.
Do tego dochodzi kwestia muzyki Lippy i tekstów Greenwalda (obaj są współautorami libretta). Potrafią one być bystre, cięte i pełne wyrazu. Jednak zdarzają się też obszerne fragmenty, w których wpadają w konwencjonalne schematy harmoniczne i rytmiczne oraz generyczne teksty, co nie ułatwia zadania dwójce aktorów dźwigających na barkach cały dramat. To wyłącznie zasługa Jamesa i Sharon, że potrafią sprawić, iż tak bardzo zależy nam na Johnie i Jen, nawet gdy materiał, z którym pracują, nie czyni tego zadania prostym.
Aktorzy mają też świetne wsparcie: George Francis to kierownik muzyczny o niezwykłych umiejętnościach, co tym bardziej godne uwagi, że fachu uczył się niemal wyłącznie w praktyce. Jego trio grało przepięknie przez cały wieczór, zapewniając pełną słyszalność aktorów przy zachowaniu dynamiki dźwięku. Pomogło w tym również nietypowe dla Union zastosowanie nagłośnienia w rękach Thomasa Evansa. Sean Gibbons przygotował realistyczną scenografię i kostiumy, a Oliver Bush odpowiadał za wspaniałe światła.
MOD Theatricals podczas swojej pierwszej wizyty w Londynie zaprezentowali się z jak najlepszej strony. Jestem pewien, że jeszcze o nich usłyszymy. Wypatrujcie ich, a gdy tylko pojawi się ich nazwisko: nie pytajcie, po prostu rezerwujcie!
DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O UNION THEATRE
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności