WIADOMOŚCI
RECENZJA: & Juliet, Shaftesbury Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
rayrackham
Share
Ray Rackham recenzuje & Juliet, musical szafowy z hitami Maxa Martina, grany obecnie w Shaftesbury Theatre.
Miriam Teak Lee oraz zespół & Juliet. Fot. Johan Persson & Juliet
Shaftesbury Theatre
20 listopada 2019
3 Gwiazdki
Co ma począć dziewczyna, gdy jej egocentryczny i, jak sam o sobie mówi, „dupek” kochanek zakochał się w każdej innej dziewczynie w mieście, po czym nagle zmarł, zostawiając ją jedynie w towarzystwie niani i dwojga przyjaciół? Oczywiście, opowiedzieć własną historię – a przynajmniej zdać się na Williama Szekspira i jego żonę Ann Hathaway, którzy drą stary skrypt i zaczynają od nowa.
Cassidy Janson, Melanie La Barrie, Miriam Teak Lee, Arun Blair Mangat. Fot. Johan Persson
& Juliet zaczyna się dokładnie tam, gdzie kończy się Romeo i Julia, ale z jedną kluczową różnicą: Julia nie umiera. Ten prosty zwrot akcji pozwala jej odkryć własną niezależność, kobiecość i relacje z mężczyznami, podczas gdy państwo Szekspirowie głowią się, jak pociągnąć tę nową narrację. Tak jest, & Juliet to potężny teatr w teatrze, w którym postacie z pierwowzoru (a przynajmniej Julia, jej rodzice i Niania) są pionkami w małżeńskiej bitwie na wizje między Szekspirem (granym z trafną arogancją przez niedocenionego tu Olivera Tompsetta) a zdecydowanie bardziej kreatywną Hathaway (fantastyczna Cassidy Janson, która jest sercem tego spektaklu). Co ciekawe, autorzy nowej historii Julii sami wchodzą w role w ramach zgrabnego zabiegu „życie naśladuje sztukę naśladującą życie” – Hathaway ostrożnie wybiera jedną kreację, podczas gdy Szekspir wciela się w całą galerię komicznych postaci drugoplanowych.
Oliver Tompsett jako William Shakespeare. Fot. Johan Persson
Wykorzystując katalog hitów Maxa Martina, mistrza piosenki lat 90. i 2000., & Juliet jest musicalem szafowym (jukebox), który trafia wprost do widzów pamiętających te utwory z radia. Jednak w przeciwieństwie do wielu innych produkcji tego typu, piosenki te – niemal bez wyjątku – brzmią dziś tak samo świeżo i nowocześnie, jak w czasach świetności Britney, Backstreet Boys czy Kelly Clarkson. Orkiestracje są innowacyjne, a kompozycje Martina mają wrodzony teatralny sznyt. Choć niektóre numery pojawiają się z tak uderzającą (i przewidywalną) dosłownością, że publiczność premierowa chichotała z ich dopasowania jeszcze w drugim akcie, to właśnie Janson wygrywa wieczór swoją wersją klasyka Celine Dion „That’s The Way It Is”. Zachwyciła widownię nie tylko niesamowitym wykonaniem, ale i idealnym osadzeniem piosenki w fabule. „Since U Been Gone”, „What Do You Want From Me” oraz „F**kin’ Perfect” (ta ostatnia w brawurowym wykonaniu Melanie La Barrie jako Niani, która kradnie każdą scenę) również wybrzmiewają w pełnej harmonii z akcją.
Jordan Luke Gage i zespół. Fot. Johan Persson
Libretto Davida Westa Reada jest bez wątpienia błyskotliwe i mocno stawia na motyw Julii przejmującej stery nad własnym losem, jednak rzadko kiedy uderza w głębsze tony, opierając się częściej na „pseudosztekspirowskiej” wesołkowatości i momentami słabym humorze (żart o przyjaciółce imieniem Gail wywołał jęk zawodu u niejednego widza). W wielu przypadkach, zwłaszcza pod koniec drugiego aktu, Szekspirowie łopatologicznie tłumaczą nam, dlaczego powinniśmy celebrować niezależność Julii, zamiast pozwolić publiczności dojść do tego wniosku samodzielnie. Niestety nie każdy moment trafia w punkt, choć cieszy widok musicalu szafowego, który jest solidnie skonstruowany – z wyraźnym konfliktem w pierwszym akcie, idealnie umiejscowionym „11 o’clock number”, punktem kulminacyjnym i rozwiązaniem. Szkoda tylko, że show kończy się aż trzema osobnymi finałami – to o przynajmniej jeden za dużo.
David Bedella jako Lance. Fot. Johan Persson
Wyrównany, doskonały zespół prowadzi ktoś naprawdę wyjątkowy. Julia w wykonaniu Miriam-Teak Lee to nie tylko świetna rola, ale prawdziwa trampolina do wielkiej kariery. Lee to utalentowana aktorka komediowa z odpowiednią dozą zadziorności, dysponująca oszałamiającą skalą głosu – jej Julia jest osobą, którą każdy chciałby poznać. Dzielnie wspiera ją Arun Blair-Mangat jako najlepszy przyjaciel May; jego wątek wyoutowanego, ale nieszczęśliwego geja został poprowadzony z wrażliwością i klasą. David Bedella, jako potencjalny, „po-romeowy” teść Julii, szarżuje na scenie i skrada te fragmenty show, których nie zagarnęła jeszcze Niania w wykonaniu La Barrie. Chemia między Bedellą a La Barrie jest elektryzująca.
Cassidy Janson, Miriam Teak Lee i Melanie La Barrie. Fot. Johan Persson.
Trudno nie polubić & Juliet, bo suma jej składowych robi wrażenie. Reżyser Luke Sheppard zebrał idealny zespół, by stworzyć ponadczasowe uniwersum pełne perfekcyjnie wyreżyserowanej fantazji. Całość ma punkowy, miejski sznyt, co jest zasługą kalejdoskopowej scenografii Soutry Gilmour oraz melodramatycznie nowoczesnego podejścia Palomy Young do kostiumów elżbietańskich – gdzie stroje taneczne naturalnie koegzystują z tunikami i gorsetami. Spektakl jest młody, tętniący życiem i zaraźliwie radosny; jakby ktoś spryskał Shaftesbury Theatre neonowym sprayem i zaaplikował mu zastrzyk czystej adrenaliny. W pewnym momencie jedna z postaci wykrzykuje: „zawsze byłem tylko seksownym młodzieńcem z wyrzeźbionym ciałem i nadmiarem emocji” – i w pewnym sensie jest to alegoria całego show. Musical traci nieco impet, gdy odchodzi od błyskotliwej ironii w stronę slapsticku. Choć & Juliet nie zmieni świata, to z pewnością sprawi, że świat się uśmiechnie.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności