WIADOMOŚCI
RECENZJA: King John w Shakespeare's Globe ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Król Jan
Shakespeare's Globe Theatre
10 czerwca 2015
5 Gwiazdek
William Szekspir napisał dziesięć kronik o burzliwych losach monarchii panujących nad Anglią: Ryszard II, Henryk IV (część 1 i 2), Henryk V, Henryk VI (część 1, 2 i 3), Ryszard III, Henryk VIII oraz Król Jan. Ten ostatni tytuł, powstały najprawdopodobniej po Ryszardzie II, a przed pierwszą częścią Henryka IV, wystawiany jest niezwykle rzadko, przynajmniej w porównaniu z pozostałymi. Mogłoby to sugerować, że sztuka ta ma swoje „problemy”. Ale czy rzeczywiście tak jest?
Sądząc po sile inscenizacji Jamesa Dacre’a, granej obecnie w The Globe, odpowiedź brzmi stanowcze „Nie”.
Co zaskakujące, jest to pierwszy raz, kiedy „Król Jan” zagościł w The Globe od czasu jego otwarcia w 1997 roku. Warto było czekać osiemnaście lat. Produkcja Dacre’a tętni energią, z klarownością i humorem opowiada zagmatwaną historię polityczną, a przy tym rozkoszuje się przesadą, jaką niosą ze sobą postacie oraz nagłe zwroty akcji. Nieco przekornie do tekstu Szekspira dodano kwestie z utworu „The Troublesome Reign of King John”, sztuki przypisywanej George’owi Peele’owi. Dodatki te jednak ani nie rażą, ani nie wydają się zbędne; efektem końcowym jest emocjonująca podróż przez niespokojne czasy relacji angielsko-francuskich, ukazana przez specyficzny pryzmat schizmy z Rzymem po Henryku VIII, pełna jadu, zdrady i strategicznych zagrywek.
Nicholas Hytner zauważył niegdyś słynnie, że Szekspir bywa niezrozumiały: „Pierwsze pięć minut jest zawsze najtrudniejsze” – powiedział na festiwalu literackim w Cheltenham w 2013 roku. Produkcja Dacre’a udowadnia, że Hytner się mylił. Niezwykła klarowność dykcji wszystkich aktorów sprawia, że jest to jedna z najbardziej przystępnych inscenizacji szekspirowskich, jakie widzieliśmy w The Globe. Nie chodzi tu tylko o poprawną wymowę; cały zespół żyje tym językiem, wykorzystując go po mistrzowsku, wciągając widzów w krąg swoich powierników i sojuszników. To retoryka w pełnym działaniu.
W miarę rozwoju akcji sztuka wydaje się uderzająco aktualna. Konflikty klasowe, brak poparcia społecznego dla klasy rządzącej, chęć poświęcenia sojuszników dla doraźnych zysków, groźby ze strony bogatych i wpływowych, niepewne przymierza i kruchliwe koalicje; dołóżmy do tego jadowite ataki osobiste i bezwstydne wyrzekanie się ideałów, a otrzymamy nie tylko szkielet „Króla Jana”, ale i zjadliwe podsumowanie brytyjskiej sceny politycznej po ostatnich wyborach.
W programie profesor Leon Black argumentuje, że sztuka zasługuje na większe uznanie:
„Niepowiązana z obiema tetralogiami o Yorkach i Lancasterach, niemająca wiele wspólnego z tym, czego uczymy się o Janie w szkole (Magna Carta nie jest tu nawet wspomniana), wygląda jak zaniedbane przybrane dziecko. Powinna cieszyć się większą uwagą, bo skrywa wspaniałe rzeczy – między innymi niezwykłą różnorodność tonów: patriotyczny, spiskowy, szokujący i groteskowy. Daje reżyserom i aktorom ogromne pole do popisu”.
Profesor Black trafił w samo sedno.
Dacre w pełni wykorzystuje te zmienne nastroje i style, dzięki czemu wieczór staje się żywiołową i angażującą przygodą – czymś na kształt politycznego rollercoastera. To sztuka, w której trudno orzec, kto jest prawdziwym czarnym charakterem – kandydatów do tego miana jest wielu. Jednak największym atutem tej inscenizacji jest fakt, że postaci otrzymują należną im przestrzeń, okazując się bohaterami niezwykle bogatymi i wielowymiarowymi.
Jo Stone-Fewings jest w spektakularnej formie jako tytułowy Król Jan; nigdy nie widziałem go w lepszym wydaniu. Subtelnie przywołuje echa kreskówkowej wersji tej postaci – lwa o aksamitnym głosie Petera Ustinova z Disnejowskiego „Robin Hooda” – będąc jednocześnie przekupnym, kapryśnym, refleksyjnym, majestatycznym, błyskotliwym, żałosnym i groteskowym. Ogląda się go z zachwytem, a jego operowanie głosem o ciemnej barwie jest mistrzowskie – potrafi w mgnieniu oka przejść od jęczliwej komedii do furiackiego gniewu.
Jako całość, jego Jan przypomina nieco „Ryszarda II i pół” – postać zawieszoną gdzieś pomiędzy ekstremami Ryszarda II i Ryszarda III, łączącą cechy obu. A jednak Jan w wydaniu Stone-Fewingsa jest całkowicie unikalny; to punkt osobliwości, który płonie własnym blaskiem. To potężna, wciągająca i w pełni przekonująca kreacja, która na długo wyznaczy standardy dla tej roli.
Małe zastrzeżenie budzi jedynie sposób przedstawienia śmierci Jana. Wydaje się zbyt schludna, zbyt szybka, pozbawiona skali i niezbędnego poziomu makabry. Jan w sztuce zostaje przecież otruty (w rzeczywistości pokonała go dyzenteria). W obu przypadkach nie był to ładny widok. Pozbawienie Stone-Fewingsa sceny upadlającego konania z powodu gnijących od trucizny wnętrzności nieco odbiera blasku jego występowi. Włożył tyle trudu w urealnienie Jana, że końcowy, upiorny rzęch nie powinien kończyć się tak cicho. To jednak mała skaza na doskonałym koncepcie Dacre’a; po prostu szkoda, że nie mogliśmy zobaczyć pełni możliwości aktorskich Stone-Fewingsa w tym finale.
Alex Waldmann wyrasta na coraz wybitniejszego aktora klasycznego. Jako Bękart jest tu wyśmienity – szlachetny duchem, odważny, awanturniczy, pyskaty i zuchwały. Prawdziwy, krnąbrny wojownik. Dokładnie taki, jakiego oczekiwalibyśmy po nieślubnym synu Ryszarda Lwie Serce. Mężczyzna pełną gębą, sprawny w szermierce i śmiertelnie groźny – tak na polu bitwy, jak i poza nim. Żartowniś, ale z pewnością nie pośmiewisko. Waldmann z łatwością zjednuje sobie publiczność, a wzrost znaczenia jego postaci doskonale kontrastuje z upadkiem Jana. To dojrzała, pewna siebie i imponująca rola, a finałowa scena w jego wykonaniu jest przejmująco wzruszająca.
Jako nestorka rodu, Eleonora Akwitańska, Barbara Marten wykazuje się wigorem i lotnością umysłu, które każą się zastanawiać, czy James Goldman nie czerpał inspiracji do „Lwa w zimie” właśnie z Szekspira. Eleonora Goldmana i Eleonora Szekspira mają ze sobą wiele wspólnego, a Marten wykorzystuje każdy kunsztowny szczegół, jaki szekspirowskie pióro oferuje aktorce. Królewska, wyniosła, manipulująca, a przy tym magnetyczna – Marten rozkoszuje się niebezpiecznymi grami, które wszczyna i wspiera. Jej oczy przekazują całe strony tekstu jednym przenikliwym spojrzeniem. To postać z krwi i kości, udowadniająca, jak kapitalna jest to rola dla utalentowanej artystki.
Rola Marten staje się jeszcze bardziej intrygująca dzięki krótkiej scenie, w której gra inną postać – Lady Faulconbridge, matkę Bękarta. Tutaj Marten jest nie do poznania, jakby na scenę weszła inna aktorka. Złamana, pełna żalu, upokorzona – jest w tym genialna. Lady Faulconbridge to ważny tryb w kole fortuny: to ona, mimo straty reputacji, przyznaje, kto jest ojcem Bękarta, i tym samym kieruje syna na drogę, która wyniesie go do godności poza jego najśmielsze marzenia.
Tanya Moodie to wybitna Konstancja, matka Artura (syna zmarłego brata Jana, Gotfryda). Prawa Artura do tronu są być może tak samo silne jak Jana, a Konstancja pragnie jego korony. Moodie potrafi wymieniać cięte riposty z najlepszymi i bez trudu dotrzymuje kroku Marten czy Stone-Fewingsowi. Gra Konstancję przede wszystkim jako matkę, a dopiero potem matkę pretendenta. Stanowi lustrzane odbicie Eleonory, dla której najważniejsza jest władza. Wyraz twarzy Moodie, gdy odbierają jej syna, jest niezwykły – przypomina renesansowe malowidło ukazujące autentyczną rozpacz. Swój lament nad losem syna prowadzi z brutalną, wręcz drapieżną intensywnością.
Jako przebiegły i zdeterminowany kardynał Pandulf, Joseph Marcell lśni niczym klejnot na papieskim pierścieniu. Opanowany w obliczu chaosu, jego podstępny kardynał włada potęgą bez wahania; tu ekskomunika, tam interdykt – wszystko, by utrzymać prymat Rzymu i zrealizować wolę papieża. Fakt, że najbardziej makiaweliczną postacią jest tu duchowny, budzi śmiech, doskonale oddając nastroje epoki Szekspira, co bawi dziś tak samo jak dawniej. W nowoczesnej interpretacji Pandulf mógłby być uosobieniem Unii Europejskiej lub świata wielkiej finansjery: dla jednych wróg, dla innych przyjaciel, zawsze wspierany przez potężne wpływy i kapitał.
Jedna z najtrudniejszych scen sztuki to moment, gdy Hubert (Mark Meadows) ma oślepić Artura (Laurence Belcher) rozżarzonymi prętami, lecz chłopiec odciąga go od tego czynu. Trudno sprawić, by ta scena wybrzmiała odpowiednio, nie wchodząc w niepokojące podteksty. Tutaj jednak, dzięki świetnej grze obu aktorów stawiających na autentyzm i wagę sumienia, wypada ona spektakularnie. Jesteśmy niemal pewni, że chłopiec straci wzrok; potem w pełni rozumiemy odmowę Huberta – co sprawia, że ostateczny los Artura jest porażająco smutny, a nie niedorzeczny.
W obsadzie nie ma słabych punktów. Simon Coates, Ciarán Owens i Daniel Rabin wykonują kawał solidnej, przemyślanej pracy. Podobnie jak Aruhan Galieva w dwóch skrajnie różnych rolach: jako zaskoczona panna młoda, gdy negocjacje skupiają się na jej Blance Kastylijskiej, oraz później jako dziki, osobliwy Piotr z Pomfret, wprowadzający na scenę aurę szekspirowskich czarownic czy wróżbitów.
Oryginalna muzyka Orlando Gougha sprawdza się znakomicie, budując nastrój. Scott Ambler odpowiada za zgrabny ruch sceniczny, a stylizowane sekwencje walk (Rachel Bown-Williams i Ruth Cooper-Brown) robią ogromne wrażenie – w rzeczywistości większe niż jakakolwiek próba dosłownego zainscenizowania starcia. Scenografia Jonathana Fensoma świetnie wykorzystuje przestrzeń teatru, w tym podesty ustawione wśród widzów stojących na dole (groundlings) oraz centralną rampę, po której Artur ostatecznie odchodzi do Boga.
To doprawdy wciągająca, fascynująca i porywająca inscenizacja jednego z „brzydkich kaczątek” Szekspira. James Dacre wraz ze wzorową obsadą udowadniają, że „Król Jan” zasługuje na miano prawdziwego łabędzia.
Spektakl „Król Jan” grany jest w Shakespeare's Globe do 27 czerwca 2015 roku
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności