Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Rycerz Ognistego Pestyla, Sam Wanamaker Playhouse ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Rycerz Ognistego Tłuczka (Knight of the Burning Pestle)

Teatr Sam Wanamaker

28 lutego 2014

4 gwiazdki

Rodgers i Hammerstein twierdzili, że „nie ma to jak kobieta”, i choć mieli rację, to równie wyjątkowym uczuciem jest pójście do teatru na sztukę, o której nie wie się zupełnie nic, i wyjście z niej absolutnie oczarowanym. Jeszcze bardziej ekscytujący jest fakt, gdy dzieje się tak w przypadku utworu napisanego w 1607 roku, „poczętego i zrodzonego” w zaledwie osiem dni przed wiekami.

Tak się właśnie stało dzisiejszego wieczoru w urokliwym Sam Wanamaker Theatre, gdzie olśniewająca, wyważona i perfekcyjnie zagrana produkcja „Rycerza Ognistego Tłuczka” Francisa Beaumonta w reżyserii Adele Thomas bawi publiczność do łez.

Scenariusz jest świeży, zabawny i alarmująco postmodernistyczny jak na tekst powstały tak dawno temu.

Główny koncept opiera się na trupie aktorów, którzy mają zamiar wystawić jedną ze swoich wypracowanych sztuk przed londyńską publicznością. Zaczynają grać, ale wśród widzów znajdują się kłótliwi i głośni krzykacze – ludzie, którzy nie boją się robić rabanu i domagają się rozrywki zgodnej z ich gustem, a nie tej, za którą zapłacili.

Hecklerzy żądają sztuki dla klasy robotniczej i nalegają, aby ich czeladnik (który pracuje u Kupca i – całkiem słusznie – drży przed żoną swojego pryncypała), nieśmiały, lękliwy i lekko kulawy chłopak o imieniu Rafe, dołączył do obsady i robił na scenie to, co mu każą, podczas gdy zaplanowane przedstawienie próbuje toczyć się swoim torem, dostosowując się do chaosu.

Jest to równie kuriozalne, co zabawne. Prawdziwa farsa, ale podszyta szczerym sercem.

W obsadzie nie ma ani jednej osoby, która nie wiedziałaby dokładnie, co ma robić. Każdy aktor jest w pełni kompetentny i całkowicie oddany misji sprawienia, by ten skomplikowany mechanizm zadziałał, a zespół grał do jednej bramki.

Zespół tryska talentem. Trzeba nie lada umiejętności, by przekonująco zagrać „złe aktorstwo” – a ta trupa opanowała to do perfekcji. Często wybucha się śmiechem na całe gardło. W wielu kreacjach widać rysy diwy czy wielkiej gwiazdy, ale nic nie jest przesadzone ani nie pasuje do całości; wszystko działa w zdumiewającej i niezwykle radosnej synchronii.

Jako uzurpatorzy, którzy porywają spektakl, Phil Daniels i Pauline McLynn są po prostu genialni. Scena, w której McLynn szeleści papierkami po cukierkach i częstuje nimi sąsiadów, całkowicie kradnąc show aktorom na scenie, jest obłędnie zabawna. Z kolei Daniels posiada nieomylny instynkt do puentowania żartów i wyciskania dodatkowego humoru z najprostszych sytuacji. Razem stanowią komediowy duet wszech czasów.

W roli Rafe'a, pokornego chłopaka rzuconego w światła rampy, Matthew Needham daje popis wieczoru. Delikatny, prostolinijny, zagubiony, a jednak dążący do celu – dbałość o szczegóły, jaką Needham wkłada w tę postać, jest misterna i satysfakcjonująca. Bawi każdym gestem, by pod koniec sztuki zaskoczyć monologiem, który jest autentycznie wzruszający i wywołuje w widzu dumę z bycia londyńczykiem. To mistrzowska rola.

Alex Waldmann jest w szczytowej formie jako amant, który nienawidzi narzuconej im ingerencji, ale jednocześnie chwyta się każdej okazji do próżnego i ostentacyjnego popisywania się swoim „gwiazdorskim” blaskiem. To świetna rola komediowa, a jego sceny jako „duch” są szczególnie udane. Pani siedząca za mną była tak przekonana o jego zgonie, że gdy ożył w trumnie, autentycznie krzyknęła z wrażenia. Niesamowite.

Szczególną radość sprawia komizm fizyczny w jego wykonaniu. Walka między nim a Needhamem toczy się dosłownie w całym teatrze – obijają się o słupy, okna, szklane ścianki, ściany, podłogi i samych widzów. Twórcy nie cofną się przed niczym, by wywołać salwy śmiechu.

Kroku Waldmannowi dotrzymuje Sarah MacRae, cudowna jako Luce, piękność trupy. Jest urocza w każdym calu, zwłaszcza w relacjach z mężczyzną, za którego ojciec chce ją wydać (w tej roli Dickon Tyrell jako nienaganny sztywniak z zamiłowaniem do rymowanych kupletów – ma najlepsze wejście wieczoru, a jego całkowicie różowy strój w pierwszych trzech aktach to szczyt komizmu). Równie wspaniałe są jej sceny autentycznego uczucia do Waldmanna, a monolog wygłoszony nad jego rzekomym ciałem to prawdziwy majstersztyk.

Mamy tu też znakomitą pracę błaznów: Samuel Hargreaves (rodzaj trefnisia, który śpiewa, tańczy i gra z wielką precyzją) oraz Dennis Herdman i Dean Nolan (duet w stylu Flipa i Flapa, stanowiący idealne komediowe tło dla Rafe'a Needhama – szczególnie zapada w pamięć latający trefniś i księżniczka z rydzą brodą). Magia.

Hannah McPake jest zachwycająca jako Mistress Merrythought, a Giles Cooper w roli Michaela – ciapowatego, ale szczerego i sympatycznego młodszego brata samolubnego Jaspera (Waldmann) – po prostu kradnie każdą scenę. Wszystko, co robił, było genialne i przezabawne, nawet sposób, w jaki nosił swoją absurdalną rudą perukę.

Paul Rider wyciąga maksimum z roli Merrythoughta, a jego kostium (brudna bielizna) świetnie kontrastuje z jego wiecznie radosną naturą. Dużo śpiewa, i to nie zawsze czysto, ale wcale to nie przeszkadza. W jakiś sposób udaje mu się zakląć urok w nieczystych dźwiękach.

Brendan O'Hea jest fantastyczny jako złośliwy, ostrzący noże czarny charakter, właściciel gospody (najbardziej odrażający łotr na West Endzie), po czym daje popis aktorskiej siły jako absurdalny Olbrzymi Fryzjer, z którym musi uporać się Rafe.

Cały zespół to czysta przyjemność dla widza. Nikt nie czuje skrępowania ani strachu; każdy doskonale wie, czego oczekuje reżyser. A Adele Thomas chciała prostej, bezpretensjonalnej, ale bardzo błyskotliwej i zabawnej realizacji wizji Beaumonta. W tym aspekcie Thomas stoi na niezwykle stabilnym gruncie – a rezultat to prawdziwy triumf. Trzy godziny czystej radości.

Nie ma wątpliwości, że można by w tym materiale dokonać pewnych cięć, ale szczerze mówiąc, nie ma takiej potrzeby. To nie jest „dłużyzna” w teatrze. Spektakl tętni entuzjazmem i werwą, która jest afirmująca życie i niemal magiczna.

Aż trudno uwierzyć, że ta sztuka została napisana zaledwie siedem lat po „Hamlecie”. Brzmi tak świeżo, jakby powstała wczoraj.

Jeśli cenicie sobie ciepło, jakie dają humor i autentyczność, pędźcie to zobaczyć. To absolutny strzał w dziesiątkę.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS