Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Lizzie w Greenwich Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Jodie Jacobs, Bjorg Gamst, Eden Espinosa, Bleu Woodward. Lizzie

Greenwich Theatre

24 lutego 2017

5 gwiazdek

Więcej o musicalu Lizzie To najwspanialszy amerykański musical od czasu „Sweeney Todd”. Widziałem go w tym tygodniu dwukrotnie w cudownej inscenizacji amerykańskiej reżyserki Victorii Bussert. Spektakl jest grany w Greenwich Theatre tylko przez trzy tygodnie, a moja opinia nie jest przesadzona. Pod żadnym pozorem nie możecie go przegapić.

W pewnym sensie nie dziwi fakt, że to dzieło jest tak dobre. To efekt niemal 30 lat pracy, przechodzący przez niezliczone fazy rozwoju. Pomysłodawcami i autorami pierwotnej wersji byli Steven Cheslik-Demeyer (muzyka i teksty) oraz Tim Maner (teksty, libretto i dodatkowa muzyka), do których później dołączył Alan Stevens Hewitt (muzyka, dodatkowe teksty, aranżacje). To trio pracowało długo i ciężko, w zdumiewającej symbiozie, dążąc do ulepszenia show. Teraz wydaje się, że osiągnęli niemal ideał. W tej wspaniałej inscenizacji, którą możemy podziwiać, mamy do czynienia z jednym z najlepszych spektakli, jakie oferuje Londyn – choć formalnie to scena Off-West End i czas grania jest ściśle ograniczony.

„Lizzie” odnosi się oczywiście do osławionej ojcobójczyni z końca XIX wieku, Lizzie Borden, która według rymowanki „wzięła topór w dłonie swoje i zadała matce ciosów czterdzieści; a gdy pojęła, co uczyniła, ojcu dołożyła ich czterdzieści jeden”. To historia znana na całym świecie, a Lizzie to prawdopodobnie jedna z największych „złych dziewczyn” w historii. Opowieść tę interpretowano na wiele sposobów i pewnie ten nie będzie ostatnim, ale komukolwiek innemu trudno będzie dorównać głębi i sile tej wersji. Tutaj bohaterka i jej losy zostają wyniesione niemal do rangi tragedii greckiej, a szekspirowskie motywy przenikają historię o skłóconych rodzinach, zaniedbaniu, okrucieństwie, wykorzystywaniu i krwawej zemście.

Całe show to spektakularny koncert rockowy. Co niewiarygodne, choć napisane przez trzech mężczyzn, dzieło to prezentuje tylko cztery kobiety, które – poza zespołem muzycznym – mają scenę wyłącznie dla siebie. Kiedy ostatnio widzieliśmy coś takiego w musicalu? Zespół rockowy gra w kulisach pod wodzą kierownika muzycznego (znakomity Martin Bermann Konge) zasiadającego przy klawiszach w orkiestronie. Światła błyskają z pomostów, dym snuje się w powietrzu, a cyfrowe projekcje mienią się w tle. Nagłośnienie otacza nas idealnie zbalansowanym dźwiękiem (i to zawsze na „komfortowym” poziomie!). Równie dobrze mógłby to być koncert rockowy na stadionie.

Jest jednak pewna różnica. Kobiety noszą długie, XIX-wieczne suknie: piękne mieszczańskie brokaty lub proste ubrania robocze. A jednak, trzymając mikrofony i przypominając nam o współczesności, śpiewają do nas: służąca Bridget Sullivan (cudowna Jodie Jacobs, łącząca grozę i komizm w wybuchowy koktajl); sąsiadka i najlepsza przyjaciółka Alice Russell (uduchowiona i olśniewająca Bleu Woodward); surowa starsza siostra Emma Borden (jedyna Amerykanka w obsadzie, posągowa Eden Espinosa) no i wreszcie sama tragiczna antybohaterka, Lizzie Borden (w niezapomnianym wcieleniu Bjorg Gamst, jedynej ocalałej z oryginalnej duńskiej obsady). Każda z nich mogłaby z powodzeniem udźwignąć cały recital, ale my – szczęśliwa publiczność – dostajemy cały kwartet wykonujący porywającą partyturę pełną stadionowych hymnów, poruszających ballad, dramatycznych scen, osobliwych numerów komediowych, postmodernistycznego folku i mrocznych hymnów, z rzadka przeplatanych krótkimi dialogami. I tańczą. Na obcasach!

Światła błyskają z pomostów (geniusz Martina Jensena), dym bije w górę, cyfrowe projekcje mienią się w tle (dzieło Martina Sanda Vallespira). System nagłośnienia zapewnia idealnie zbalansowany dźwięk (zawsze na odpowiednim poziomie dzięki kunsztowi sound designera Tima Hoyera). To jest prawdziwe rockowe widowisko.

Ale diabeł tkwi w szczegółach. Kobiety ubrane są w stroje z epoki – stylowe brokaty lub stroje robocze – w pierwszej z serii wspaniałych kreacji autorstwa Michaela Nohra (przy współpracy Anny Juul Holm), z fryzurami i kluczowym makijażem Freya Olafssona. Jeszcze bardziej niezwykłe kostiumy zobaczymy w drugiej części.

Eden Espinosa

To dynamiczna jazda, w której każda sekunda ekspresji idealnie pasuje do narracji. Na przykład w jednym z utworów, gdy zbliża się kryzys w drugim akcie, muzyka przechodzi w nerwowy metrum 7/8, gdzie kolejny takt uderza, zanim poprzedni zdąży się skończyć. Muzyka jest pełna takich smaczków, a ich opisanie wymagałoby osobnej książki. Instrumentacja jest tak mistrzowska jak na najlepszych albumach Quincy'ego Jonesa czy Gila Evansa: przez całość przewijają się motywy przewodnie, a barwa instrumentów i gęstość dźwięku potęgują dramatyzm z pucciniowską precyzją. Nad wszystkim czuwa mistrzowski kierownik muzyczny, który jest związany z tym tytułem od 2014 roku, wraz ze swoim pierwszorzędnym zespołem (gitary: Steffen Schackinger i Jens Kokholm, bas: Allan Nagel, perkusja: Lars Daugaard oraz wiolonczela: Jess Cox).

Victoria Bussert od lat współpracuje z duńskim producentem Sorenem Mollerem, który w Fredericia Teater realizuje odważny program premier nowych musicali, czyniąc to miejsce centrum europejskich premier dzieł z USA i nie tylko. Po obejrzeniu produkcji Off-Broadway i zakochaniu się w niej, zaangażował Bussert, by stworzyła tę inscenizację w 2014 roku. Greg Daniels przygotował żarliwą, oryginalną choreografię. Spektakl grano przez jeden sezon po duńsku. Teraz, z nową obsadą i w oryginalnej angielskiej wersji, po krótkim wznowieniu w Danii i przy współpracy z Katy Lipson (Aria Entertainments), to niezwykłe dzieło doczekało się najlepszej brytyjskiej premiery, jaką można sobie wymarzyć – i to w okazyjnych cenach Greenwich Theatre (najdroższy bilet za 26 funtów). Nic dziwnego, że bilety rozchodzą się błyskawicznie; na dwóch seansach, na których byłem, niemal nie było wolnych miejsc. Szczerze mówiąc, oferowanie tak wysokiej jakości, eksperymentalnego teatru muzycznego w takiej cenie to domena National Theatre. A ta produkcja w niczym nie ustępuje temu, co można zobaczyć na scenach Olivier czy Dorfman.

Zatem nie zwlekajcie. Rezerwujcie bilety już teraz i cieszcie się, że możecie poznać magię Lizzie przez jej muzykę, zachowując bezpieczny dystans od „tamtego” topora!

DOWIEDZ SIĘ WIĘCEJ O MUSICALU LIZZIE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS