Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Oklahoma! Lyceum Theatre w Sheffield ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Oklahoma!

Lyceum Theatre, Sheffield

25 lipca 2015

5 Gwiazdek

Był 31 marca 1943 roku, kiedy Curly po raz pierwszy wyszedł w światło jupiterów i potężnym głosem zaśpiewał o tym, jak piękny jest poranek. Ta odległa data była momentem, w którym teatr muzyczny zmienił się na zawsze. Oklahoma! była grana przez pięć lat i stała się prekursorem dla niemal każdego musicalu, który powstał później.

Po ponad 72 latach, jednej wpływowej ekranizacji filmowej i niezliczonych inscenizacjach, pozostaje pytanie, czy „Prababka Musicali” nadal jest aktualna.

Biorąc pod uwagę tętniącą życiem i niezwykle ujmującą produkcję Rachel Kavanaugh, która obecnie gości na brytyjskich scenach, odpowiedź brzmi: zdecydowane „Tak!”.

W programie Kavanaugh wyjaśnia swoje podejście:

„Trzeba podejść do tego tak, jakby nikt wcześniej tego nie robił. Musisz być wierny opowieści, zrozumieć, co autor miał na myśli na papierze i w partyturze, a potem opowiedzieć własną wersję tej historii. Praca nad spektaklem, w którym nie trzeba rozwiązywać mnóstwa problemów, a zamiast tego można skupić się na przybliżeniu świetnej historii nowej publiczności, to zawsze czysta radość”.

Wraz z choreografem Drew McOnie i kierownikiem muzycznym Stephenem Ridleyem, Kavanaugh dotrzymała słowa. To wznowienie Oklahomy! sprawia wrażenie świeżego, pełnego możliwości, naładowanego nowoczesną energią i spektakularnie angażującego. Spektakl trwa nieco ponad dwie i pół godziny (wliczając przerwę) i jest to uderzająca, dynamiczna wersja oryginału Rodgersa i Hammersteina, która odkrywa jego walory z nową wnikliwością.

Ponieważ jest to dzieło z czasów przedfeminizmu, Oklahoma! nie jest poprawna politycznie, ale realia epoki łagodzą ten dyskomfort. Tutaj mężczyźni są krzepcy, ale w większości mało rozgarnięci. Bardzo mało rozgarnięci. Kobiety są ładne i skupione na mężczyznach, ale za to bystre i inteligentne. Ciocia Eller to najmądrzejsza głowa na scenie. Nadzieja, która jest wyczuwalna w całym spektaklu, pozwala oddalić wątpliwości dotyczące seksizmu.

Kavanaugh prezentuje nam sprytną, niemal dziką Ciocię Eller, metroseksualnego Curly’ego, chłopczycę Laurey, dumną, lecz na wskroś kobiecą Ado Annie, głupkowatego, lecz ujmującego siłacza Willa, udręczonego i obłąkanego Juda oraz chochlikowatego Carnesa. Przybysz, obcokrajowiec Ali Hakim, jest pracowity, zmienny i niezwykle rezolutny. Postacie mogą być stare, ale ich interpretacje są świeże i pełne wyrazu.

W sercu inscenizacji Kavanaugh leży wspaniała kreacja Ashleya Daya, którego Curly jest męski, przystojny i zwinny; to człowiek o ciętym języku, otwarty, szczery i odważny, a przede wszystkim – pełen humoru. To Curly, który myśli sercem, a serce nie zawsze mu dobrze podpowiada; Curly, który podąża za swoją gwiazdą, wierny i oddany; Curly, który musiał mieć nie lada temperament w dzieciństwie. W grze Daya jest zaraźliwa otwartość. Uśmiecha się i szarżuje na zmianę; ani chłopak, ani jeszcze w pełni dojrzały mężczyzna – jego Curly stoi na progu dorosłości, ale potrzebuje Laurey, by stać się kompletnym.

Wątek romantyczny jest pięknie poprowadzony przez Daya, a sceny, w których on i Laurey droczą się ze sobą, są zrealizowane po mistrzowsku – moment oświadczyn daje ogromną satysfakcję. Równie świetnie wypada konfrontacja Curly’ego z Judem; nie jest drastyczna, przypomina raczej pojedynek dwóch buzujących hormonami byków. Day wyraźnie zaznacza też wizję przyszłości Curly’ego – czas, gdy terytorium stanie się stanem USA. Jego ambicje polityczne wynikają z poczucia wspólnoty, dzięki czemu nie rażą sztucznością, co czasem zdarza się w innych wersjach. Jest on także świetny fizycznie; scena przy piecu jest absolutnie przezabawna.

Wokalnie Day to pewny i sprawny wykonawca, który oddaje pełną sprawiedliwość partyturze Rodgersa. Nie dysponuje głosem o potędze Howarda Keela, ale co zaskakujące – wcale nie musi. Jego lekki tenor jest silny i pewny; Day błyszczy zarówno w balladach, jak i w numerach komicznych. Buduje postać tak szybko i autentycznie, że wszelkie oczekiwania zrodzone z dawnych nagrań błyskawicznie pryskają. Kiedy w końcu wykonuje tytułową piosenkę, jest to absolutny triumf.

Z wielkim zapałem rzuca się w układy McOnie, prowadząc męski zespół w surowych, energetycznych tańcach utrzymanych w stylistyce wiejskiej potańcówki (barn dance). W słynnym balecie sennym (dream ballet) zanurza się całkowicie – nie ma tu dublerów. Day i jego Laurey, utalentowana Charlotte Wakefield, sami wykonują całą trudną sekwencję taneczną. Choć efekt traci nieco na baletowej wirtuozerii starszych produkcji, zyskuje na autentycznej więzi między postaciami, o których Laurey śni i o których los toczy się gra. Moim zdaniem działa to znakomicie.

W roli Curly’ego Ashleya Daya po prostu nie da się nie lubić. To popisowa rola pod każdym względem.

Wakefield nie przestaje zachwycać. Jej Laurey jest uparta i bliżej jej do Buffy, postrachu wampirów, niż do Florence Henderson. Ta twardo stąpająca po ziemi Laurey ma w sobie więcej ze Scout Finch niż z „Domku na prerii”, co wychodzi spektaklowi na dobre. Wakefield pokazuje zupełnie inną twarz tej bohaterki – nawet w odświętnej sukni nie zapomina o swoim ognistym temperamencie i przekonaniach. Jest prawdziwą siostrzenicą swojej ciotki. Jej relacja z Curly’m iskrzy prawdą, a jej niepewna pozycja w gronie kobiet na terytorium wypada bardzo wiarygodnie.

Obdarzona wspaniałym, czystym sopranem Wakefield robi z niego doskonały użytek: jej partie w „Many A New Day”, „People Will Say We're In Love” i „Out Of My Dreams” są wybitne, jasne i melodyjne. Jej głos pięknie współbrzmi z głosem Daya – ich wspólne, pełne pasji fragmenty śpiewane legato to czysta przyjemność dla ucha. Jej dykcja, podobnie jak u Daya, jest nieskazitelna. Jest fantastyczna pod każdym względem.

Belinda Lang, która powinna dostać Oscara za kradzież scen i mistrzowskie miny, przypomina nieco zgorzkniałą wersję Calamity Jane z Doris Day, gdyby ta nigdy nie wyszła za mąż. Ma w sobie hart ducha dawnych pionierów. Lang, zacięta i stanowcza, unika tradycyjnego, ciepłego podejścia do tej roli, co w większości scen sprawdza się doskonale. Choć wokalnie wypada przeciętnie, a jej dykcja pozostawia nieco do życzenia, te drobne mankamenty nie psują ogólnego, bardzo dobrego wrażenia.

Z kolei Gary Wilmot serwuje sprawdzone i pewne ujęcie Alego Hakima. W jego podejściu nie ma nic odkrywczego, ale każda jego kwestia trafia w punkt. Budzi salwy śmiechu i stanowi wiarygodne zagrożenie dla planów Willa wobec Ado Annie. Świetnie wykonuje numer „It's A Scandal! It's An Outrage” i sprawia, że człowiek zastanawia się, dlaczego ten utwór nie jest bardziej znany, mimo wycięcia go z filmu.

Jako wiecznie niezdecydowana para, Will Parker i Ado Annie, Lucy May Barker i Simon Anthony są świetnie dopasowani. Wnoszą do spektaklu mnóstwo uroku i komizmu. Anthony gra Parkera jako postać fantastycznie ograniczoną i kompletnie zadurzoną w Annie. Barker z kolei uosabia dziewczynę, która „nie umie powiedzieć nie”. Oboje emanują zmysłowością i świetnie odnajdują się w farsie. Ich wspólny numer „All Or Nuthin’” to prawdziwa perełka. Anthony jest energicznym tancerzem i świetnie czuje choreografię McOnie, szczególnie w „Kansas City”. Razem tworzą komiczny duet, który warto zobaczyć.

Najtrudniejszą rolą w tym dziele jest Jud Fry, posępny parobek, który snuje mroczne myśli w swojej szopie. Nic Greenshields wyważa tę postać idealnie – gdzieś pomiędzy upośledzeniem Lenniego z „Myszy i ludzi” a odpychającą naturą czarnego charakteru. Wspólnie z Dayem wykonują „Poor Jud Is Dead” z dużym wigorem i niepokojącym efektem. Greenshields sprawia, że moment z „obrazkiem-pułapką” jest autentycznie przerażający. Jego obsesja na punkcie Laurey i finałowe starcie z Curly’m są poprowadzone z dużym wyczuciem. Na tle mrocznego Fry’a, Curly zyskuje status prawdziwego bohatera i Greenshields ciężko pracuje, by osiągnąć ten efekt.

Znakomicie spisują się także Paul Grunert jako Carnes, Kara Lane jako Gertie Cummings, Robbie Boyle jako Fred i Hannah Grace jako Ellen. Cały zespół to wszechstronni artyści, którzy z wielkim zaangażowaniem podejmują wyzwania rzucone przez reżyserkę. W obsadzie nie ma słabych punktów.

Francis O'Connor stworzyła sprytną i efektowną scenografię. Choć nie czuć tu dosłownie „złotej mgły nad łąką”, O'Connor doskonale przywołuje ducha pionierów. Drewno jest wszędzie, sugerując ciężką pracę i trudne czasy. Widzimy bele siana, łodygi kukurydzy i wszechobecne błękitne niebo rozciągające się nad Oklahomą. Ganek Cioci Eller jest solidny, podobnie jak ponura chata Fry'a. Stodoła, w której rozgrywa się „The Farmer And The Cowman”, wydaje się prawdziwa i gościnna.

Kostiumy stawiają raczej na autentyczność niż na feerię barw, ale sprawdzają się świetnie. Może sukienki mogłyby być nieco bardziej strojne, ale stroje kowbojskie mają w sobie ten niezbędny, zawadiacki sznyt. Wszystko wygląda i „leży” idealnie, do czego przyczynia się też doskonałe reżyseria światła Tima Mitchella.

Dźwiękowo jest równie dobrze. Kierownictwo muzyczne Ridleya jest na najwyższym poziomie, a zespół pod wodzą Bena Atkinsona zapewnia świetne wsparcie. Jak to często bywa w dzisiejszych produkcjach objazdowych, w składzie brakuje sekcji smyczkowej, która oddałaby pełnię brzmienia partytury, ale mimo to aranżacje brzmią zaskakująco dobrze. Równowaga między muzyką a śpiewem jest nienaganna, a tempa dobrane bezbłędnie.

Choreografia Drew McOnie jest dynamiczna, fizyczna i pełna entuzjazmu; nadaje produkcji autentyczny puls. Jest w niej coś staroświeckiego i nowoczesnego zarazem – kroki McOnie niosą ze sobą pozytywną energię. Taniec jest tu integralną częścią całej tkanki Oklahomy!, dokładnie tak, jak być powinno.

W tym spektaklu nie ma nic, co mogłoby się nie podobać. Piękna i urzekająca produkcja Kavanaugh udowadnia, dlaczego Oklahoma! Rodgersa i Hammersteina zdobyła specjalną nagrodę Pulitzera i stała się wzorcem dla współczesnych musicali. To arcydzieło, o czym Kavanaugh przypomniała nam w wielkim stylu.

Dlaczego ten spektakl nie trafia na West End? To zagadka godna samego Sherlocka Holmesa.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS