Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: On Your Feet, London Coliseum ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „On Your Feet”, opowieść o życiu Glorii i Emilio Estefanów, którą można obecnie oglądać w London Coliseum w ramach ogólnokrajowej trasy po Wielkiej Brytanii.

On Your Feet

London Coliseum

26 czerwca 2019

3 gwiazdki

Harmonogram trasy po Wielkiej Brytanii

To powinno być radosne widowisko, wypełnione po brzegi wspaniałą muzyką Glorii Estefan – latynoskiej gwiazdy pop lat 80. o głosie przypominającym czysto śpiewającą Madonnę skrzyżowaną z Karen Carpenter, obdarzonej niesamowitym talentem do pisania hitów. Spektakl reklamuje się jako „nowy musical”, ale w istocie jego format przypomina raczej inscenizowany wywiad w talk-show z serii „A potem napisałam…”. Libretto Alexandra Dinelarisa każe nam śledzić losy Glorii jako wokalistki (i żony) lidera zespołu Miami Sound Machine, Emilio Estefana, oraz to, jak ich wspólna nieustępliwość, wiara w siebie i pasja pozwoliły im przebić się z rynku muzyki latynoskiej do światowego nurtu pop. Szczerze mówiąc, mimo że reżyser Jerry Mitchell i choreograf o latynoskich korzeniach Sergio Trujillo dają z siebie wszystko, show rzadko wykracza poza formę wykładu. Być może ze względu na bliskie zaangażowanie samych Estefanów na każdym etapie produkcji, osobowości stojące za tą niezwykłą podróżą pozostają nieuchwytne, niezależnie od tego, jak bardzo nawet najwięksi fani chcieliby się w ich losy zaangażować. Ostatecznie spektakl wydaje się zdystansowany i mało angażujący.

Dlaczego tak jest? Spektakl radził sobie całkiem nieźle na Broadwayu, ale sukces po jednej stronie Atlantyku nie zawsze przekłada się na drugą. Myślę jednak, że wyjaśnienie braku magii jest prostsze. Nawet przy słabym scenariuszu, gdyby ten spektakl wystawiono w teatrze o połowę mniejszym niż Coli, miałby większą szansę na nawiązanie więzi z publicznością. W końcu muzyka jest fantastyczna (kierownictwo muzyczne Clay Ostwald, prowadzący 10-osobowy zespół na scenie, w tym kilku oryginalnych muzyków grupy Estefan), choreografia tryska energią, a reżyseria Mitchella jest klarowna i niezwykle płynna. Weźmy na przykład „Sunny Afternoon”, inny musical z kruchą fabułą oparty na przebojach: gdyby wystawiono go w ogromnej, liczącej ponad 2200 miejsc przestrzeni Coliseum, po prostu by poległ. Bez dwóch zdań. Jednak dzięki pokazom w Hampstead Theatre, a potem w Harold Pinter (mieści około 800 osób), utrzymał się na West Endzie przez dwa lata i świetnie radził sobie w trasie, budując silną, żywą więź z widzami.

I taką właśnie przyszłość łatwo sobie wyobrazić dla tego tytułu. Przy kilku przemyślanych poprawkach – uwypukleniu wątku walki z przeciwnościami, rezygnacji z mniej istotnych wątków biograficznych oraz ograniczeniu obsady chóru i zespołu – mogłaby to być naprawdę udana rozrywka także u nas. Wystawienie go w Coli było błędem w kalkulacji. Choć ta pomyłka może skrócić zapowiadany czas eksploatacji (w noc premierową cały balkon – 500 miejsc – był zamknięty, a na Upper Circle było sporo pustych miejsc, mimo pewnej liczby rozdanych wejściówek – wielkie, drogie, komercyjne show w tym miejscu nie przetrwa przy takich statystykach), nie musi to oznaczać całkowitego końca tego tytułu.

Mam nadzieję, że tak się nie stanie. W głównej roli żeńskiej Christie Prades prezentuje kreację pełną osobistego magnetyzmu, czułości i energii. Wygląda dokładnie jak młoda Gloria, śpiewając i tańcząc z niespożytą siłą w dynamicznych numerach. Jednak to w pięknych balladach, jednych z najlepszych w historii popu – „Anything For You” czy „When Someone Comes Into Your Life” – blask talentu tej znakomitej autorki piosenek lśni najmocniej. Scenariusz zamienia inny wielki solowy utwór z katalogu Estefan, „Here We Are”, w duet, co wypada mniej przekonująco. Partnerujący Prades George Ioannides ma nienaganną, śródziemnomorską prezencję, ale to młody aktor z relatywnie małym doświadczeniem scenicznym, przez co momentami bywa sztywny. Trudno poczuć między nimi wielki romans, nie widać też zbytnio jego zmysłu biznesowego – wydaje się, że nie opanował jeszcze umiejętności projekcji postaci w tak ogromnej przestrzeni, jaką jest to audytorium.

Znacznie pewniej czuje się Madalena Alberta w roli matki Glorii, Senory Fajardo. Jej silna obecność na scenie przywodzi na myśl inny musical o trudnej relacji matki z córką – „Gypsy”. Jej postać, choć epizodyczna, jest napisana z większym rozmachem, co pozwala aktorce ukazać zarówno jasne, jak i ciemne strony charakteru bohaterki. Jeszcze lepsza jest Karen Mann w roli babci Consuelo, która kradnie każdą scenę, w której się pojawia, wnosząc do spektaklu tak potrzebny humor. Gdy jej nie ma na scenie, scenariusz staje się nazbyt podniosły, a wręcz sztywny.

Z pozostałych wykonawców Elia Lo Tauro jako ojciec Glorii, Jose, ma niemal niewykonalne zadanie zbudowania spójnej roli z kilku niepowiązanych ze sobą scen, co jest jeszcze trudniejsze, gdy jego postać traci zdolność mówienia. Jednak w ostatniej chwili dostaje do zaśpiewania jedną z najlepszych melodii w spektaklu, udowadniając, że ma głos idealnie pasujący do tej skali, nawet jeśli i on mierzy się z problemem, jak śpiewać pop w tak dużym teatrze. To nie lada wyzwanie – muzyka pop nie jest tworzona do wykonywania w takich warunkach, a nagłośnienie rozwiązuje ten problem tylko częściowo. Carl Patrick radzi sobie poprawnie w dwóch skromnie zarysowanych rolach (Phil i Dr Neuwirth). Resztę spektaklu wypełnia pracowity 18-osobowy zespół, wcielający się we wszystkich – od kubańskich pracownic pralni po amerykańskich żołnierzy w Wietnamie. Choć wszystko, co robią, śpiewają i tańczą, jest wykonane bez zarzutu, to mimo ich ogromnego wysiłku i precyzji, smutna prawda jest taka, że nic nie przybliża nas do sedna tej opowieści. Są też dzieci – dziewczynka i chłopiec – które pojawiają się tu i ówdzie, dodając całości szczyptę uroku.

Owszem, spektakl jest zrealizowany z rozmachem, z inteligentnie wplecionymi projekcjami (Darrel Maloney) na funkcjonalnej i elastycznej scenografii Davida Rockwella (z dużą orkiestrą wjeżdżającą i wyjeżdżającą z głębi sceny) i świetnym oświetleniem Kennetha Posnera, który stara się zasypać przepaść między sceną a widownią. Podobnie stara się nagłośnienie SCK Sound Design i Andrew Keistera. Ale to wszystko na próżno. Im bardziej spektakl walczy o naszą uwagę, tym mniej wierzymy, że ma nam coś istotnego do przekazania. Być może gdyby nieco „zdjęto nogę z gazu” i pozwolono samej muzyce dojść do głosu, widowisko podobałoby się bardziej. W obecnej formie czeka go trudna walka o widza.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS