Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Photograph 51, Noel Coward Theatre ✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Nicole Kidman jako Rosalind Franklin. Fot.: Johan Persson Photograph 51

Noël Coward Theatre

12 września 2015

2 Gwiazdki

Zarezerwuj bilety

„Nazwisko na plakacie przyciąga widzów, a gdy już usiądą w fotelach, miejmy nadzieję, że dadzą się porwać tematowi, dla którego być może sami nie przyszliby do teatru. Czasem to ogromnie pomaga. Choć West End wielokrotnie udowodnił, że nie zawsze jest to warunek konieczny – są produkcje, które nie potrzebują wielkich gwiazd. To kwestia równowagi... Liczymy na to, że jeśli widzowie będą się dobrze bawić, nawiążą dłuższą relację z teatrem. Spoczywa na nas odpowiedzialność, by sprostać oczekiwaniom... inaczej za kilka lat nikt z nas nie będzie już tu siedział”.

Oto słowa Michaela Grandage’a z wywiadu dla The Stage, w którym uzasadniał decyzję o obsadzeniu Nicole Kidman w głównej roli w nowej sztuce Anny Ziegler, Photograph 51. Spektakl obejrzałem na pokazach przedpremierowych w Noël Coward Theatre. Bilety na cały sezon są niemal wyprzedane, mimo zawrotnych cen.

Jasne jest, że ludzie chcą zobaczyć Kidman na żywo. Tak samo jak w innej części miasta tłumy ściągają, by zobaczyć Benedicta Cumberbatcha. Ale na tym podobieństwa między tymi dwoma przypadkami „star castingu” się kończą. Sztuka Ziegler to nie Hamlet i bez gwiazdy formatu Kidman w centrum, Grandage najwyraźniej nie wierzy w zainteresowanie publiczności. Cumberbatch mierzy się z przeładowaną, choć wizualnie porywającą inscenizacją i kiepskim tłem w postaci aktorów drugoplanowych; Kidman ma do dyspozycji znakomitą obsadę (nie do końca dobrze wykorzystaną) i reżyserię, która jest poprawna, ale zupełnie pozbawiona polotu. Cumberbatch podejmuje solidną próbę zmierzenia się z kluczową rolą; Kidman to kompletna katastrofa.

Oto brutalna weryfikacja teorii Grandage’a: obsadzanie gwiazdy nie ma sensu, jeśli nie potrafi ona udźwignąć roli pod względem czysto aktorskim. Gdy gwiazda zawodzi, cierpi całe widowisko. Widzowie, którzy oglądają tę produkcję, są świadkami słabego aktorstwa, ale uznając je za akceptowalne, zrywają się do owacji na stojąco. Tweetują o swoim zachwycie. Tak naprawdę świętują jedynie obecność gwiazdy, a nie jej kunszt w tworzeniu angażującej, interesującej czy porywającej kreacji. Zapamiętanie kwestii to jeszcze nie aktorstwo, a kiedy ludzie zaczynają tak myśleć, wartość teatru i trudu scenicznego drastycznie spada.

Kidman przez większość spektaklu mówi dziwnym, monotonnym głosem. W tekście są fragmenty, które powinny być świetlistymi, lirycznymi momentami o wielkiej sile, w których postać Rosalind odkrywa nieco z tego, co pcha ją nieustannie naprzód. Tymczasem ulatują one bez echa, stając się nużące i bezbarwne przez fakt, że Kidman nie potrafi operować głosem w sposób odkrywczy czy budujący postać.

Jej twarz wydaje się niemal nieruchoma – to monolit pozbawionej wyrazu urody. W przeciwieństwie do jej szyi, twarz Kidman nie wyraża niemal nic. Cały ładunek ekspresji skupia się w ustach – od uśmiechu po dąsanie się, ale przynajmniej są one w ruchu; to pomalowana szminką rana, z której wydobywa się banalne skrzeczenie. Dłonie i ramiona zdają się nadrabiać brak mimiki; momentami grają we własnym spektaklu, machając, wymachując i lądując w dziwnych pozach na biodrach lub za głową, co wygląda niezręcznie i osobliwie.

Oddając Kidman sprawiedliwość, ma ona niezaprzeczalną sceniczną obecność, jednak nie potrafi przekuć jej w rolę ani wykorzystać do stworzenia magnetycznej, błyskotliwej postaci naukowca. Poziom, który prezentuje, przywodzi na myśl raczej udane przedstawienie szkolne niż West End. Postaci brakuje spójności, a cała kreacja trąci melodramatyczną naiwnością. Scena, w której Kidman zgina się wpół z bólu, jest kuriozalna, a jej „dziki” atak na kolegę naukowca – po prostu śmieszny. Przypomina jakąś nieporadną, patyczkowatą istotę, zupełnie niewiarygodną.

Przy tym występie nawet Lindsay Lohan w Speed-the-Plow wydaje się objawieniem.

Trzeba jasno mówić o porażce Kidman, ponieważ Rosalind Franklin – przynajmniej w wersji historii, którą Ziegler promuje w swoim tekście – to postać gigantyczna w kontekście odkrycia struktury DNA, kobieta zdradzona, lekceważona i stłamszona przez grupę egocentrycznych, świętoszkowatych i wręcz podłych mężczyzn. Aby ta sztuka zadziałała, postać Kidman musi być inspirująca, skomplikowana, trudna i niezwykła. Bycie przeciętną funkcjonariuszką to zdecydowanie za mało.

Kidman została zupełnie nietrafiona obsadowo i Grandage musi wziąć za to odpowiedzialność. Franklin zmarła w wieku 37 lat; Kidman ma 48. Tę rolę powinna zagrać młodsza, wspaniała aktorka. Nie ma powodu, dla którego starsza artystka nie mogłaby udźwignąć tej roli – Helen Mirren, Kristin Scott Thomas czy Janet McTeer z pewnością by sobie poradziły. Ale Kidman wybrano ze względu na siłę nazwiska na plakacie, co źle świadczy zarówno o sztuce, jak i o dzisiejszym teatrze.

Fot.: Johan Persson

Sztuka Ziegler nie jest rewolucyjna w formie, ale jej temat fascynuje. Wcześniej w tym roku Oppenheimer Toma Mortona Smitha poruszał podobną tematykę (pomijając wątek mizoginii w badaniach) w znacznie lepszy sposób, nie potrzebując filmowej gwiazdy do osiągnięcia sukcesu artystycznego i komercyjnego. Produkcja Grandage’a nie jest tak pomysłowa jak ta w reżyserii Angusa Jacksona; pod wieloma względami jest mdła tam, gdzie powinna być ekscytująca. Scenografia Christophera Orama doskonale oddaje klimat podziemnej „jaskini”, w której Franklin zmuszona była pracować, a jednocześnie ukazuje klasyczną fasadę King's College, symbolizującą majestat akademickiego świata. Podłoga w szachownicę, podświetlana na różne sposoby, daje wyraźne poczucie świata rentgenowskiego, w którym porusza się bohaterka.

Wiele pozostawiono wyobraźni widza. Podwójna helisa DNA, centralny obraz sztuki, nigdy nie zostaje pokazana. Podobnie jak tytułowa „fotografia 51” – ta, która wywołuje frazę: „W chwili, gdy zobaczyłem to zdjęcie, opadła mi szczęka, a tętno przyspieszyło”. Trudno uznać te wybory za trafione; zobaczenie sekwencji zdjęć, które robiła Franklin, aż do kluczowej Fotografii 51, oraz obserwowanie, jak praca Watsona i Cricka ewoluuje w wyścigu o strukturę DNA, pomogłoby zrozumieć naukowy żargon i uczynić dramat czytelniejszym. Zwłaszcza przy braku przekonującej roli głównej, produkcja powinna bardziej starać się naświetlić naukowy rdzeń historii. Fatalny moment z dźwiękiem bicia ludzkiego serca odbiera napięcie kulminacyjnemu punktowi sztuki.

Z ról drugoplanowych wyróżnia się Joshua Silver jako Ray Gosling, asystent i doktorant Franklin. Silver idealnie portretuje intelektualnego świadka zdarzeń. Gosling w jego wykonaniu – pół-komiczny, pół-komentator – jest trafiony w punkt.

Joshua Silver i Nicole Kidman w Photograph 51. Fot.: Johan Persson

Stephen Campbell Moore i Edward Bennett (odpowiednio Wilkins i Crick), obaj świetni aktorzy, zdają się grać nie swoje role. Lepiej sprawdziliby się, gdyby się nimi zamienili. W obecnej formie obaj grają zbyt mocno, prawdopodobnie świadomi ograniczeń swojej partnerki scenicznej i błędnie próbując je zrekompensować. Lepiej radzi sobie Patrick Kennedy jako protegowany i niedoszły wielbiciel Franklin, Don Caspar, natomiast Will Attenborough jest zbyt przerysowany jako rozczochrany „cudowny chłopiec” James Watson. (Watson, Crick i Wilkins otrzymali Nagrodę Nobla, Franklin nie została uhonorowana pośmiertnie).

Sztuka Ziegler powinna budzić prawdziwe emocje, biorąc pod uwagę niedawną aferę z Sir Timem Huntem i dyskusję o seksizmie, która doprowadziła do jego odejścia z UCL. Autorka ukazuje patriarchalne i seksistowskie środowisko nauki w surowych szczegółach – to przerażające, jak fatalnie traktowano ten wybitny, inspirujący umysł tylko dlatego, że należał do pięknej kobiety. Inscenizacja Grandage’a spycha tę ponurą prawdę na dalszy plan; mizoginia powinna znaleźć się pod lupą, a nie ginąć w rozmytej otoczce ekscentryczności i „męskiej” koleżeńskości.

Ziegler przywołuje inscenizację Opowieści zimowej Petera Brooka jako kluczowy moment refleksji w sztuce. Franklin ją widziała, Wilkins nie. Franklin z entuzjazmem opowiada o kreacji Johna Gielguda, ale nie pamięta aktorki grającej Hermionę. Mówi: „Sądzę, że po prostu nie zapadła mi w pamięć”. To metafora tego, jak Franklin postrzegała własne życie i pracę – uważała, że nie była kimś wyjątkowym. Oczywiście zupełnie się myliła. Franklin była wyjątkowa – co przyznał sam Watson, gdy Nobel trafił wspólnie w ręce jego, Cricka i Wilkinsa.

W rzeczywistości Hermioną w tej przełomowej inscenizacji Brooka była Diana Wynyard. I niestety tutaj, w tej przeciętnej produkcji Grandage’a, to Kidman jest tą osobą, która nie zapada w pamięć.

Photograph 51 w Noel Coward Theatre do 21 listopada 2015 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS