Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Queen Of The Mist, Charing Cross Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje musical „Queen Of The Mist” Michaela Johna LaChiusy, grany obecnie w Charing Cross Theatre w Londynie.

Queen Of The Mist

Charing Cross Theatre,

31 sierpnia 2019

5 gwiazdek

Kup bilety To jeden z najbardziej zachwycających i dopracowanych musicali, jakie można obecnie zobaczyć w Londynie. Każdy miłośnik teatru muzycznego przebywający w zasięgu stolicy powinien zrobić wszystko, by nie przegapić tego spektaklu w ciągu najbliższych czterech tygodni. Ta niezwykle symfoniczna, momentami wręcz operowa medytacja Michaela Johna LaChiusy nad życiem i charakterem Anny Edison Taylor – pierwszej osoby, która pokonała wodospad Niagara w beczce i przeżyła – miała swoją amerykańską premierę osiem lat temu. Polska publiczność może kojarzyć ten tytuł z doniesień z Off-West Endu, a obecna brytyjska inscenizacja rozpoczęła swoją drogę wiosną w kameralnym Brockley Jack Studio w południowym Londynie. Chwalona produkcja doczekała się już dwupłytowego wydania CD, a teraz przeniosła się do Charing Cross Theatre w znacznie rozbudowanej i odświeżonej formie. Spektakl wygląda równie wspaniale, jak brzmi, oferując wciągającą, nietuzinkową historię, która pozostaje niezwykle aktualna.

Reżyser Dom O'Hanlon podchodzi do teatru muzycznego z właściwą sobie klasą: każdą scenę traktuje jak pełnoprawny dramat. W jego wizji nie ma sztucznej bariery między partiami mówionymi a śpiewanymi, co jest tym bardziej imponujące, że muzyka LaChiusy daleka jest od potoczności. Kompozytor wykazuje się tu wszechstronnością – jako autor tekstu, libretta i partytury umiejętnie korzysta z palety stylów z przełomu wieków. Słyszymy tu cake-walki, walce, ballady i marsze; brzmienia operetkowe i operowe nawiązujące do Sousy, Irvinga Berlina, Charlesa Ivesa czy Richarda Straussa, a gdzieniegdzie pobrzmiewają echa współczesniejszego mistrzostwa Sondheima. Dzięki genialnym melodiom i fantastycznej orchestracji Michaela Starobina na ośmioosobowy zespół (fortepiany – Erika Gundesen, Ashley Jacobs; smyczki – Grace Buttler, Hannah Thomas, Jack Cherry; waltornia – Maude Wolstenholme; instrumenty dęte drewniane – Claire Shaw, Simon Williams), w połączeniu z pierwszorzędnymi głosami siedmioosobowej obsady, jest to jedna z najbogatszych muzycznie produkcji Londynu.

Kluczem do sukcesu jest jednak maestria kierownika muzycznego i dyrygenta Connora Fogela. Z wielką swobodą prowadzi on ogromną partyturę, dbając o nienaganny balans (co jest również zasługą precyzyjnego sound designu Adriana Jeakinsa, wspieranego przez Henry’ego Whittakera i Chrisa Love’a). Fogel wykazuje się klarownością ekspresji, która mogłaby przerosnąć niejednego profesjonalistę. Dynamika spektaklu ani na moment nie słabnie; tempo jest bezbłędne, a napięcie w przeciwieństwie do tradycyjnych musicali narasta aż do ostatniej minuty. Dzieło to funkcjonuje właściwie jak opera, gdzie każdy kolejny numer buduje fundament pod następny, zabierając widza w muzyczną podróż pełną odkryć.

Centralnym punktem tego sukcesu jest oszałamiająca kreacja Trudi Camilleri w roli głównej. Polscy widzowie mogą ją pamiętać z roli Matki w „Ragtime”, gdzie zachwyciła, zastępując w ostatniej chwili Anitę Louise Combe. Producent Blake Klein, widząc jej talent, zaproponował jej wspólny duży projekt i wspólnie z LaChiusą wybrali właśnie ten tytuł. Rola Anny to jednak wyzwanie zupełnie innego kalibru. Anna niemal nie schodzi ze sceny – to przez jej pryzmat doświadczamy całego dramatu. Na szczęście Camilleri ma ogromne doświadczenie operowe (Butterfly, Mimi, Sieglinde), co procentuje na scenie. Jako najbardziej doświadczona w obsadzie, emanuje autorytetem, który naturalnie dominuje w spektaklu. Wokalnie bezbłędnie operuje między dramatyczną ciężkością a eterycznym pianissimo, a jej dykcja i frazowanie są wzorcowe. Jedynym mankamentem – niezależnym od niej – jest to, że spektakl potrzebuje około 15 minut, by nabrać właściwego rytmu. To drobne potknięcie konstrukcyjne LaChiusy na samym początku zapomina się jednak błyskawicznie dzięki temu, co następuje później.

Reszta zespołu tworzy świetny „chór”, komentujący najpierw stagnację Taylor jako niedocenianej nauczycielki i terapeutki w prowincjonalnej Ameryce, która nie dostrzega drzemiącej w niej wielkości. Następnie śledzimy jej niesamowity wzlot jako pomysłodawczyni jednego z najbardziej karkołomnych wyczynów kaskaderskich, który zelektryzował spragnioną sensacji opinię publiczną przełomu wieków. Wreszcie towarzyszą jej w powolnym powrocie w zapomnienie. Najbardziej zapadają jednak w pamięć jako wcielenia realnych osób z życia głównej bohaterki.

Will Arundell jako agent Frank Russell przechodzi interesującą przemianę, zaskakując nowymi barwami zwłaszcza w drugiej akcji. Emily Juler, będąca również dublerką do roli głównej, na co dzień gra siostrę Anny, Jane, oraz kontrastową postać „Blondynki”, stanowiąc świetną przeciwwagę dla zdeterminowanej i rozpaczliwie walczącej o swoje bohaterki Camilleri. Równie uderzająca jest Emma Ralston, która tą rolą udowadnia, że zasługuje na stałe miejsce w najważniejszych produkcjach West Endu. Jej starcie z Taylor w II akcie, gdy wciela się w postać Carrie Nation, to prawdziwy pojedynek tytanów godny oper Haendla. Jej dbałość o detal i lodowaty spokój to bez wątpienia wynik inteligentnej reżyserii O'Hanlona. Tom Blackmore z każdą minutą staje się bardziej magnetyczny, grając Młodego Żołnierza z godną podziwu powściągliwością. Ciepły baryton Conora McFarlane'a świetnie współbrzmi z głębokim basem Andrew Cartera. Podczas mojego wieczoru w roli Cartera wystąpił Matthew Gent, którego energia idealnie wkomponowała się w zespół. Skład uzupełnia Natalie Williams.

Całość rozgrywa się na scenie typu traverse (widownia po dwóch stronach), co idealnie pasuje do kameralnego teatru muzycznego. Scenografia Tary Usher wypełniona dekoracyjnymi rekwizytami bywa momentami nieco przeładowana, co przy tak bogatym tekście i świetnych kostiumach Lemingtona Ridleya (uzupełnionych przez charakteryzację Karoliny Pociute) wydaje się zbędne. Za to reżyseria światła Beth Gupwell jest bezbłędna – buduje epicki rozmach i umiejętnie podąża za emocjonalną falą partytury. Jako całość, to produkcja, z której twórcy mogą być dumni. To olśniewający spektakl w skali mikro, zasługujący na nagranie i szerokie uznanie. Michael John LaChiusa to wielki talent i miejmy nadzieję, że częściej będziemy gościli jego dzieła w Londynie. Za kilkanaście lat będziemy się pewnie zastanawiać, dlaczego tak rzadko go wystawiano. Do końca miesiąca macie szansę to zmienić – korzystajcie z okazji, tak jak Anna Taylor skorzystała ze swojej!

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS