Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Quentin Dentin Show, Tristan Bates Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Luke Lane w spektaklu The Quentin Dentin Show. Fot. Lidia Crisafulli The Quentin Dentin Show Tristan Bates Theatre

24 czerwca 2017

4 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

To obecnie najlepsza nowa ścieżka dźwiękowa w Londynie i bylibyście szaleni, gdybyście ją przegapili. Idźcie i rezerwujcie bilety już teraz. Nie trudźcie się czytaniem reszty tej recenzji, po prostu najpierw dokonajcie rezerwacji, a potem usiądźcie wygodnie i posłuchajcie, dlaczego warto.

Program informuje nas, że to już ósma produkcja tego spektaklu w ciągu niespełna trzech lat, więc musi to być najbardziej dopracowany nowy brytyjski musical dostępny w tej chwili, prawda? Ileż to przedstawień się pojawia, okazuje się przeciętnymi i znika bez śladu na długie lata? Z tym jest inaczej. Nigdy nie znika na długo. Co więcej, choć powstają inne projekty, jest to jedno z pierwszych dzieł duetu producentka-kompozytor, Hannah Elsy i Henry'ego Carpentera, którzy rozwijają się wraz z nim – nie tylko zawodowo, ale i życiowo: oboje nie mają jeszcze 25 lat. I oto są na West Endzie z nowym musicalem, nawiązując współpracę z uznanymi talentami branży: tę wersję reżyseruje Adam Lenson, a scenariusz współtworzył Tom Crowley. Biorąc pod uwagę doświadczenie Lensona w stawianiu trudnych pytań nowym tekstom i znajdowaniu błyskotliwych sposobów na inscenizację wymagających dzieł, oraz znakomitą reżyserię Crowley'a przy „Shock Treatment” w King’s Head Theatre, oczekiwania co do efektów ich współpracy były ogromne.

Obsada The Quentin Dentin Show.

Osobliwe może wydawać się to, że Lenson i Crowley nie zmienili zbyt wiele w stosunku do poprzednich wersji. Spektakl, który oglądamy, to – mniej więcej – to samo, co widzieliśmy wcześniej: całe sceny są grane w sposób silnie przypominający wcześniejsze produkcje; zarys fabuły jest niemal identyczny z pierwotnym (nawet żywa, choć nieco generyczna choreografia Caldonii Walton trafiła do najnowszej wersji niemal bez zmian). Biorąc pod uwagę, że główni twórcy są w stanie całkowicie transformować materiał, nad którym pracują, wydaje się to nieco zaskakujące. Naturalnie rodzi się ciekawość, jakie mogą być tego przyczyny.

Nie chodzi o to, że scenariusz i inscenizacja nie odniosłyby korzyści z okiem fachowca z zewnątrz. W obecnej formie mamy do czynienia z efektem „ciągnij-pchaj” stworzonym przez dwa kontrastujące światy, które nieustannie walczą o naszą uwagę i wiarygodność. Z jednej strony mamy „rzeczywistość” Nat (zadziorna Shauna Riley, która wspaniale dojrzała wraz z tą rolą) i Keitha (kolejny nowicjusz, Max Panks, starający się wykrzesać co się da z dość niewdzięcznej roli): to, mimo licznych wad, dwoje całkowicie realnych ludzi, a ich mieszkanie stanowi miejsce akcji całej historii. Z drugiej strony mamy intruzów: tytułową postać – zmienną, widmową, być może pozaziemską osobowość – oraz jego „Przyjaciół”, jednowymiarowych pomocników w białych kombinezonach. Intruzi i obcy mają po swojej stronie także zespół muzyczny, ubrany w te same białe stroje i otaczający mieszkanie niczym element umeblowania (zdający się być jeszcze bardziej wycieńczonymi niż śpiewający i tańczący duet Lottie-Daisy Francis i Freya Tilly). Nigdy do końca nie wiadomo, dlaczego tak jest.

Zespół The Quentin Dentin Show

Ale jeśli to jest „The Quentin Dentin Show” – a tak nam się to przedstawia, niczym tandetny program telewizyjny – to dlaczego wszystko dzieje się w ich salonie? To kolejne pytanie, którego scenariusz moim zdaniem nie rozstrzyga. Pozostając w jednym pokoju, tekst nie ma zbyt wielu możliwości wyjścia poza deklarowanie, kim są bohaterowie i co robią; rzadko mamy okazję zobaczyć ich w działaniu. Nat i Keith dłubią w jedzeniu, trochę się kłócą, ona idzie na spacer, on potrząsa radiem, a potem... ogólnie rzecz biorąc, stają się biernymi odbiorcami wszystkiego, co rzuci w nich Quentin Dentin. Nie „pokazuje” się nam jego przeszłości ani „uroku” jego świata, poza pantomimicznym ilustrowaniem jego długich, opisowych przemów w ich salonie, które są przedstawiane jako numery śpiewano-taneczne (notabene bardzo dobre numery, ale co one tam robią?). Nawet Marlowe, wysyłając „Doktora Fausta” w podobną podróż, doskonale wiedział, że musi wyciągnąć swoją ofiarę z biblioteki jak najszybciej, by zaczęła aktywnie obcować z kusicielami, inaczej straci zainteresowanie widzów. Na szczęście wiele z tego można po prostu zignorować, skupiając się na tym, co robi zespół.

A co to za zespół! Carpenter kieruje muzycznie przy klawiszach – i jest w tym cholernie dobry, z gitarą w rękach legendy branży Mickey'ego Howarda i Archiem Wolfmanem świetnie wybijającym rytm na perkusji. To naprawdę znakomite trio, dla którego warto pójść do teatru, a brzmią genialnie dzięki sound designowi Ethana Jamesa i Carpentera. W rzeczywistości, nowe numery Henry'ego napisane specjalnie dla tej produkcji stawiają go w rzędzie najciekawszych nowych głosów w brytyjskim musicalu – a konkurencja jest spora. W ciągu trzech lat pracy nad tą partyturą jego talent rozwinął się skokowo. Sam grał Quentina na scenie w Edynburgu. Teraz, opanowawszy „pozę” potrzebną do tej roli, uderza w „serce” i odnajduje w spektaklu wielkie pokłady ludzkiego ciepła – cechy, które, szczerze mówiąc, nie są do końca uchwycone, a tym bardziej oddane przez scenariusz czy reżyserię, które wciąż wyglądają i brzmią jak efekciarski pokaz studencki.

Obsada The Quentin Dentin Show. Fot. Lottie-Daisy Francis

Mało który numer tutaj nie trafia z dużą siłą do widowni. Piosenki brzmią „prawdziwie”, płyną z serca i opowiadają o emocjonalnej drodze spektaklu – nawet jeśli nie zawsze pokrywa się ona z drogą postaci, które je śpiewają. To nie wina wykonawców. Wszyscy są utalentowanymi artystami i świetnie śpiewają: ale na przykład, dlaczego Luke Lane jako Quentin uparcie trzyma dłonie mocno splotione przed mostkiem – bardzo w stylu Tima Curry'ego w scenie powitalnej w „The Rocky Horror Show”? Tim nie robił tego przez cały spektakl, więc dlaczego musi to robić Luke? Widziałem Lane'a w innych produkcjach i wiem, że ma szerszy wachlarz gestów. Dlaczego więc nie może ich użyć? Jego język ciała sprawia, że jest spięty, sztywny i trudny do polubienia, podczas gdy scenariusz upiera się, że jest jakimś wielkim uwodzicielem. To się nie klei.

I wreszcie „tajemniczy głos” (Freddie Fullerton). Dużo słyszymy od tego bytu, a pod koniec sztuki wcale nie jesteśmy mądrzejsi. Kto lub co mówiło? I dlaczego? I dlaczego słychać to w salonie Nat i Keitha, zanim cokolwiek innego się zacznie? Czy to jak głos z magnetofonu w piwnicy w „Nocy żywych trupów”? Jak zatem trafia do radia? No i „The Brain Machine”, maszyna, która kiedyś budziła lęk, teraz już tego nie robi. Dlaczego? Zbyt wiele elementów spektaklu jest dziwnych na zbyt wiele różnych sposobów, by mogło wyłonić się poczucie jakiegokolwiek zdefiniowanego, a co dopiero wiarygodnego „innego świata”. Lars Davidson, projektant oświetlenia, który dołączył do ekipy późno, robi co może z dostępnym sprzętem, by wprowadzić pomocne rozróżnienia, ale jest w stanie osiągnąć tylko tyle.

Mimo to powtarzam: nie przejmujcie się tym wszystkim. To, co wyniesiecie z tego spektaklu, to oszałamiająca muzyka. Ten show ma po prostu fantastyczne numery, jak „The Quentin Dentin Show”, „Holiday”, „Life Is What You Want It To Be” i wiele innych. Łącznie jest ich siedemnaście i składają się na najlepszą – i mówię to z pełną odpowiedzialnością – nową ścieżkę dźwiękową, jaką brytyjski teatr muzyczny wydał na świat w ciągu ostatnich kilku lat. Tak, dobrze słyszeliście. To petarda. I będziecie bardzo, bardzo zadowoleni, że poszliście jej posłuchać. Nagranie? Miejmy nadzieję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i uwieczni ten zespół na albumie. To po prostu wymiata!

Grajcie do 29 lipca 2017 r.

ZAREZERWUJ BILETY NA THE QUENTIN DENTIN SHOW

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS