Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Musical Reputation w studiu The Other Palace w Londynie ✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje Reputation – nowy musical Alicka Glassa wystawiany w The Other Palace w Londynie.

Jeremy Secomb jako Freddie Larceny. Fot.: Donato Reputation

The Other Palace Studio

6 listopada 2019

1 gwiazdka

Zarezerwuj teraz

Wychodząc z wieczoru premierowego tej produkcji, miałem w głowie jedno zasadnicze pytanie: dlaczego ktokolwiek miałby chcieć to zobaczyć? Serio, wiedząc, jak to naprawdę wygląda? W końcu zagadka się wyjaśniła: widzami są zapewne przyjaciele lub – co bardziej prawdopodobne – krewni autorów, twórców i producentów. Nie potrafię wyobrazić sobie żadnych innych okoliczności, w których obecność na widowni byłaby uznana za konieczną lub pożądaną.

Nie zdarza się codziennie, by powstał show tak słaby. A jednak: oto mamy do czynienia z wyjątkowo nużącym pastiszem komedii muzycznej z lat 30., która w swoich nieudolnych próbach tchnięcia życia w dramaturgię nie cofa się przed żadnym wyświechtanym banałem, zgraną sytuacją czy stereotypową postacią. Wszystko to posklejano bez dbałości o formę czy wiarygodność, upychając kolanem sporą dawkę numerów muzycznych stylizowanych na epokę (większość z nich, choć nie wszystkie) i przerywając to od czasu do czasu gorączkowymi, przesadzonymi wstawkami tanecznymi.

Tamsyn Salter i dziewczęta z lekcji dobrych manier. Fot.: Donato

Piosenki, tworzone przez lata artystycznej bezczynności przez kompozytora-tekściarza, a obecnie emerytowanego dyrektora marketingu, Alicka Glassa, wykazują – tu i ówdzie – pewien liryczny polot; niektóre rymy są przyjemne, a nawet urokliwe. Jednak Glass rzadko potrafi utrzymać dyscyplinę niezbędną do stworzenia całych utworów o tej samej jakości – wprowadza zbyt wiele detali, które po prostu nie trzymają poziomu. Jeśli chodzi o melodie, zbyt chętnie czerpie z istniejących wzorców: np. francuskojęzyczna chanson triste jest tak bliska oryginałowi „Autumn Leaves”, że bałbym się zaryzykować oddanie jej w ręce jakiegokolwiek szanującego się prawnika od prawa autorskiego.

I to, paradoksalnie, stanowi sedno problemu. To kolejny wariant opowieści pt. „Wysłałem opowiadanie do gazety, a oni sprzedali je do Hollywood jako hit bez mojej zgody i ani myślą mi zapłacić”. Glass współpracował przy „libretcie” ze swoją córką Suzanne, tworząc zbiór scen pisanych „od linijki”, gdzie na pierwszym planie zawsze jest ekspozycja, a struktura dramatyczna czy zwykła dramaturgia pozostają odległym wspomnieniem. Przez chwilę myślałem o wszystkich uwagach, jakie mógłbym przekazać autorom, by posprzątali ten bałagan, ale po około 15 minutach byłem tak przytłoczony problemami, które sami sobie stworzyli, że odpuściłem.

W programie Glass wspomina, że 35 lat temu Sammy Cahn poradził mu, by znalazł kompozytora i „spróbował napisać musical na scenę, bez względu na to, jak trudne i czasochłonne by to nie było”. Cóż, na poddanie się nie jest jeszcze za późno. (Co znamienne, Cahn nie zalecał mu używania własnej muzyki, a Glass robi to tutaj przez większość czasu, niezależnie od tego, jak bardzo przypomina ona utwory innych twórców).

Obsada składa się z branżowych wyjadaczy lub nowicjuszy, którzy robią, co mogą, by ten gniot nabrał jakiejkolwiek prezencji. Zdają się doskonale świadomi, że to, nad czym pracują, to groch z kapustą zapożyczony z innych spektakli: Jeremy Secomb ma nam zaserwować fragmenty szelmowskiego adwokata z „Chicago” zmieszane z drapieżnym redaktorem naczelnym ze „Słodkiego zapachu sukcesu”; Cory Peterson musi wygłosić serię tyrad w stylu Gilberta i Sullivana; Maddy Banks musi emanować emocjami jako uległa niedoszła powieściopisarka (ojciec i córka Glassowie nie boją się konserwatywnego i mizoginicznego przedstawiania kobiet... jeśli ktoś wciąż ma żołądek do oglądania takich rzeczy na scenie – bo ja nie).

Maddy Banks i zespół. Fot.: Donato

I tak to leci. Ed Wade chwali się swoim soczystym, lekkim tenorem w piosence, która jest marnym substytutem „I Have Often Walked Down This Street Before” – a może „Too Many Tomorrows”? – przy czym oryginały są o niebo lepsze. Lauren Ingram, Charlie Cavanagh oraz debiutanci: Charlie Dennis, Eleanor Tollan i Priscille Grace tworzą ciężko pracujący żeński zespół, który stara się, by wysilona choreografia Tamsyn Salter wyglądała tak naturalnie i ludzko, jak to tylko możliwe (sama Salter musi wystąpić jako „nauczycielka dobrych manier”... mówiłem przecież, że są tu wszystkie klisze). Profesjonalista z branży muzycznej Warren Wills prowadzi solidne trio i – ze znacznie mniejszą pewnością – reżyseruje spektakl; za oświetlenie odpowiada kolejny branżowy weteran, Nick Richings.

Zwykle, w obliczu debiutanckiego musicalu, człowiek stara się być uprzejmy, ale w tym przypadku byłoby to po prostu błędem. To są ludzie, którzy naprawdę powinni wiedzieć lepiej. Niedawno mieli warsztaty branżowe w Pineapple i już wtedy powinni zauważyć, że show jest w wielkich tarapatach. Uczciwość wobec potencjalnych widzów nakazuje ostrzec ich, że jeśli zdecydują się sprawdzić to na własną rękę, to właśnie oni wpakują się w tarapaty.

Grane do 14 listopada

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS