Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Ripcord, New York City Center Stage 1 ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Ripcord

New York City Centre Stage 1

7 października 2015

3 gwiazdki

Bilety

Jest to prawda powszechnie znana, że samotnemu mężczyźnie posiadającemu cokolwiek, zawsze musi brakować czegoś lepszego. Jeśli ma mieszkanie, chce domu. Jeśli ma Mercedesa, marzy o Bentleyu. Jeśli wie, że ktoś lada chwila ubije interes, wtrąci się, by go podkupić i zgarnąć okazję dla siebie. Jeśli ma wspaniałą żonę, chce jeszcze wspanialszej. Jeśli ma iPhone'a 5, chce iPhone'a 6. Zawsze jest coś więcej, coś lepszego, jakieś gorące pragnienie, które trzeba zrealizować. Za wszelką cenę.

Tak, niestety, wygląda współczesność w tym jednorazowym, zastępowalnym XXI wieku natychmiastowej gratyfikacji i nieustannego żądania kolejnej, lepszej rzeczy – bez względu na to, czym lub kim ona jest.

Kompromis, ugoda, ustępowanie pola: dla współczesnego wojownika, bez względu na płeć, są to oznaki słabości.

Wydaje się to być podstawowym założeniem nowej sztuki Davida Lindsay-Abaire'a pt. „Ripcord”, która ma właśnie swoją premierę w New York City Centre Stage 1 w inscenizacji wyreżyserowanej z chłodną swobodą przez Davida Hyde’a Pierce’a. Może to i ponura wizja kondycji ludzkiej, ale wydaje się trafna i nie budzi kontrowersji – z pewnością na pokazie przedpremierowym, w którym uczestniczyłem, publiczność z radością przyjęła założenia sztuki, śmiejąc się i uśmiechając w miarę rozwoju intryg.

Akcja toczy się w domu spokojnej starości. Dość duży pokój wyposażony jest w dwa podwójne łóżka, fotel i mały stolik z krzesłami. Obok znajduje się łazienka. Przy jednym z łóżek jest duże okno, przez które można podziwiać ogród placówki. Dzięki ciepłemu projektowi Alexandra Dodge'a pokój wydaje się przytulny i miły; nie ma tu mowy o żadnym instytucjonalnym zaniedbaniu czy zniszczeniu.

W pokoju mieszkają dwie osoby, Abby Binder i Marilyn Dunne. Abby przebywa tu od jakiegoś czasu i do niedawna była jedyną lokatorką. Kierownictwo ośrodka się zmieniło, a wraz z nim przywileje Abby: nie płaci za prywatny pokój, więc teraz musi dzielić go z Marilyn.

Na początku Abby próbuje odzyskać kontrolę nad swoim otoczeniem, stosując wobec Marilyn „ciche dni”, ignorując ją i próbując wymusić na personelu jej przeniesienie. Właśnie zmarła pewna „puszysta pani” i Abby chce, aby Marilyn wysłano do nowo zwolnionego łóżka na innym piętrze. Jednak jej przebiegłe manewry nie przynoszą skutku; Marilyn ani myśli się wyprowadzać.

Trudno o dwie bardziej różniące się od siebie osoby: to taka kobieca wersja „Dziwnej pary” w wydaniu siedemdziesięciolatek. Abby jest precyzyjna, spięta, z idealnie ułożoną fryzurą, nieskazitelnie zadbana, wybredna i zdeterminowana. Marilyn jest roztrzepana, bezpretensjonalna, niezależna, zabawna, pełna energii i beztroska, ale uparta. Marilyn stara się czerpać z życia pełnymi garściami, bawić się i próbować nowych rzeczy. Abby to niewolnica rutyny, niemal pozbawiona poczucia humoru, najlepiej czująca się w samotności i nieustępliwa.

Marilyn chce porozumienia. Abby chce, by Marilyn zniknęła z jej terytorium. Zgadzają się właściwie tylko w jednej kwestii: łóżko Abby przy oknie jest najlepsze w pokoju. Abby je ma, a Marilyn go chce.

Między tymi przebiegłymi przeciwniczkami dochodzi do zakładu. Jeśli Marilyn zdoła przestraszyć Abby, dostaje łóżko. Jeśli Abby zdoła rozzłościć Marilyn, ta musi się wyprowadzić. Tak, to jest właśnie siła napędowa fabuły – potworny wyścig dwóch starszych pań, by upokorzyć i umniejszyć drugą osobę tylko po to, by zdobyć lepsze miejsce do spania. Nie ma tu subtelnego zwrotu akcji, nie ma odkrywczej analizy kultu „ja”, jest tylko narastająca lawina podłych zachowań.

Owszem, momentami jest to szczerze zabawne, często wywołuje uśmiech na twarzy. Ale przez cały czas ten upiorny cień okropności jest tuż obok, pulsuje pod powierzchnią. Nawet gdy – co było nieuniknione – obie przyznają, jak bardzo zmagały się z tą grą, jak się wzajemnie oszukiwały i zawrą pewien rodzaj pokoju, gra wcale się nie kończy. I tak naprawdę nigdy się nie skończy. Przyjaciele potrafią bowiem zignorować przyjaźń dla własnych korzyści.

Choć więc sztuka ta reklamowana jest jako nowa komedia i choć momentami przypomina dziwny odcinek „Złotych dziewczyn” (tylko bez tego uroku), porusza ona wielkie i brzydkie tematy. Z jednej strony to ważny tekst, z drugiej – lekkomyślny. Ponieważ Abby i Marilyn zmieniają się pod wpływem doświadczeń, których doznały, i można by rzec, że na lepsze. Wygląda to tak, jakby autor uważał, że to tarcie – pełne przestępstw różnego kalibru, upokorzenia i rozpaczy – jest warte końcowego rezultatu: swoistej sielanki o szczęśliwej rodzinie.

Tyle że nie jest. Gra, w którą grają te dwie kobiety, jest bulwersująca, ale to typ gry, przy której współczesne społeczeństwo nawet nie mrugnie okiem. Obie zostają odhumanizowane przez to, co robią, i wciągają innych w swoje oszukańcze wyczyny. Obie powinny trafić do aresztu, a nie być postrzegane jako zabawne starsze panie, które ucinają sobie żarciki.

Holland Taylor jest w doskonałej formie jako spięta, stalowa Abby. Udaje jej się uczłowieczyć tę całkowicie nieludzką istotę, sprawiając, że budzi sympatię mimo swoich najbardziej odrażających cech. To prawdziwe świadectwo kunsztu Taylor – ona naprawdę tworzy coś z niczego. W szczególności w jednej kluczowej scenie pod koniec sztuki jest cudownie niesentymentalna, podczas gdy tekst (i publiczność w wieczór, w którym tam byłem) zdaje się prosić o nadmiar ckliwości.

Ma tę cudowną zdolność sprawiania, że wulgaryzmy brzmią niezwykle świeżo, wyciskając z nich prawdziwą komedię. Kapitalnie też ląduje po upadku z łóżka, zaplątana w kokon z prześcieradeł i koców. Potrafi rzucić jadowite spojrzenie równie dobrze jak Bette Davis, a jej komiczne wyczucie czasu jest nienaganne. Taylor własnoręcznie ratuje ten wieczór.

Nie oznacza to, że Marylouise Burke jako Marilyn nie jest w doskonałej formie – jest. Ale jej rola niesie ze sobą naturalny urok kogoś teoretycznie słabszego, co pomaga wygładzić rysy nieprzyjemnych zachowań. Marilyn w wydaniu Burke jest natychmiast rozpoznawalna jako ekscentryczna babcia, gotowa na wszystko, chwytająca życie. Burke gra tę kartę znakomicie, stanowiąc doskonałą przeciwwagę dla twardej i surowej Abby.

To jednak przez zaraźliwe zaangażowanie Marilyn w zakład, publiczność daje się uwieść myśli, że to tylko niewinna zabawa. I tu leży pies pogrzebany: to nie jest tylko zabawa. To, co dzieje się między tymi kobietami, jest straszne i Burke, podobnie jak Taylor, musi znaleźć sposób, by to dobitnie wybrzmiało.

Reszta obsady spisuje się bardzo przyzwoicie. Nate Miller jest szczególnie przekonujący jako oburzony głos sumienia, Scotty, choć jego przejście na ciemną stronę jest rozczarowujące (ze strony scenariusza, nie gry aktorskiej), a Glenn Fitzgerald jako wyważony syn marnotrawny, chce pojednania, ale nie za wszelką cenę.

Hyde Pierce dba o to, by poziom absurdu był wysoki, co odwraca uwagę od rzeczywistych problemów sztuki. Często nie wiadomo, co jest prawdą, a co fantazją. Można przypuszczać, że Hyde Pierce zamierzał złagodzić ten brutalny egoizm za pomocą tych przerywników i sądząc po reakcjach publiczności wokół mnie, to zadziałało.

Jeśli zastanawiacie się, dlaczego tytuł to „Ripcord” (linka spadochronowa), oto podpowiedź: jest tam scena przymusowego skoku ze spadochronem. Wątpię jednak, by to był prawdziwy powód. Bardziej prawdopodobne, że to przypomnienie, iż wszyscy musimy „katapultować się” z tego ohydnego, samolubnego, nowoczesnego świata.

To sztuka pełna dumy i uprzedzenia, z postaciami, które powinny wiedzieć lepiej, niż zachowywać się w ten sposób.

Ripcord jest wystawiany w City Centre Stages do 6 grudnia 2016 r.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS