WIADOMOŚCI
RECENZJA: Road Show w Union Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
Matthew Lunn
Share
Road Show
The Union Theatre
10 lutego 2016
3 gwiazdki
Zarezerwuj bilety Stephen Sondheim to bez wątpienia jeden z najwybitniejszych żyjących autorów tekstów, a jego wkład w teatr muzyczny będzie czczony przez kolejne dekady. Niestety, Road Show nie należy do jego najlepszych dzieł, chociaż pomysłowa i solidnie zagrana produkcja w The Union Theatre zapewnia udany wieczór w teatrze, o ile tylko przymknie się oko na pewne nieprawdopodobieństwa scenariusza.
Road Show opowiada historię braci Meisner, Addisona (Howard Jenkins) i Wilsona (Andre Refig), którzy próbują ułożyć sobie życie w USA na przełomie wieków. Po śmierci ojca (Steve Watts), który nakazuje im szukać szczęścia na „drodze” do fortuny, opuszczają Kalifornię, by poszukiwać złota na Alasce. Ciężka praca Addy'ego na ich działce przynosi małą fortunę, jednak jego relacje z Williem szybko się psują, gdy ten ostatni natychmiast przegrywa wszystko w pokera. Następnie Willie wymienia ziemię na salon gier, a wściekły Addy odchodzi ze swoją połową wygranej. Seria niefortunnych inwestycji sprawia, że Addy szuka sukcesu jako architekt w Palm Beach, gdzie zakochuje się w Hollisie (Joshua LeClair), marzącym o założeniu pobliskiej kolonii artystów. Wkrótce Addy staje się szczęśliwszy i odnosi większe sukcesy, niż mógłby marzyć. Jednak gdy Willie powraca z planem zabudowania całego miasta budynkami Addy’ego, ten nie potrafi oprzeć się urokowi brata.
Pod względem narracyjnym Road Show przypomina wystawną rezydencję zbudowaną na niepewnych fundamentach. Znajdziemy tu mocne motywy, z których wiele wspierają porywające numery muzyczne. Uzależniona i autodestrukcyjna natura Williego jest świetnie nakreślona w utworze „The Game”, podczas gdy sprawczość i uczciwa przedsiębiorczość Addy’ego są zabawnie i błyskotliwie przedstawione w energetycznym montażu „Addison’s Trip”. W takich momentach widać błysk geniuszu Sondheima – charaktery postaci ujawniają się w stylu, który zmusza do myślenia i pcha akcję do przodu.
Jednak gdy wejdzie się do wnętrza tej rezydencji, podłoga zaczyna trzeszczeć. Szybkie tempo musicalu – trwającego zaledwie 100 minut – sprawia, że budynki Addy’ego wyrastają niemal w noc, przez co trudno zaangażować się w losy bohatera, który przechodzi od zera do milionera za jednym pstryknięciem palców autora. Relacja Addy’ego i Hollisa cierpi na podobny brak narracyjnej uwagi. Momentami obaj aktorzy portretują ją w bardzo wzruszający sposób, a ich duet „The Best Thing That Ever Has Happened” to przepiękna demonstracja dającej spełnienie miłości.
Mimo starań Jenkinsa i LeClaira, ich związek nigdy nie wydaje się w pełni przekonujący. Willie wchodzi z taką łatwością z powrotem w życie swojego brata, że Hollis mógłby równie dobrze w ogóle nie istnieć. Uczciwość Addy’ego i jego oddanie Hollisowi rozpadają się pod wpływem jednego słowa brata – co jest interesujące tematycznie, ale niekonsekwentne. Potencjał dramatyczny między dwoma mężczyznami w życiu Addy’ego osłabia fakt, że plany Hollisa dotyczące „kolonii artystów” są w najlepszym razie niesprecyzowane, a w najgorszym – narcystyczne. Sprawia to, że decyzja Addy’ego o przyszłości, zamiast być walką serca z ambicją, staje się „wyborem bez wyboru”. Wiemy, że powinien wybrać Hollisa, ale gdy ich uczucie niewytłumaczalnie gaśnie, wcale nie czujemy z tego powodu satysfakcji.
Mimo wad scenariuszowych, sama produkcja to kawał dobrej rozrywki. Gra aktorska i śpiew stoją na bardzo wysokim poziomie, z kilkoma wybitnymi momentami. Refig jest bardzo przekonujący jako charyzmatyczny krętacz Willie, a Addy w wykonaniu Jenkinsa śpiewa z godną podziwu pasją, zaprawioną ambicją i frustracją. Hollis w interpretacji LeClaira to postać pełna zadumy i naiwności, niezwykle sympatyczna na scenie, natomiast Watts i Cathryn Sherman (jako Mama Meisner) dodają powagi swoim małym, lecz istotnym rolom.
Tym, co wynosi tę produkcję na wyższy poziom, jest prosta, ale niezwykle efektowna scenografia Nika Corralla. W centrum sceny znajduje się ogromne lustro, które albo odbija aktorów na scenie, albo ukazuje postacie ukryte za nim. Zostało to szczególnie dobrze wykorzystane, gdy Willie i Addy reklamują swoje nowe miasto w radiu – w tle widzimy propagandową gadkę Williego, podczas gdy na pierwszym planie obserwujemy pełną obaw reakcję Hollisa, co fizycznie oddziela Williego od rzeczywistości. Z kolei zakurzony wystrój przypominający dobrze umeblowany, ale niekochany pokój, nieustannie przypomina nam o ulotności bogactwa. Kontrastuje to świetnie z energią i szeptami doskonałej obsady drugoplanowej, która stanowi wizualną reprezentację nadziei i ambicji bohaterów.
Road Show ma kilka mocnych motywów, a bracia Meisner to towarzystwo, z którym miło spędza się czas. Choć spektakl nie w pełni realizuje swój potencjał, a narracja bywa frustrująca, produkcja ta oferuje rozrywkowy wieczór w jednym z najlepszych londyńskich teatrów fringe'owych. Road Show można oglądać w Union Theatre do 5 marca 2016 r. Zarezerwuj teraz.
Zdjęcia z produkcji: Scott Rylander
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności