Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Sir John In Love, British Youth Opera, Opera Holland Park ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Tim Hochstrasser recenzuje operę "Sir John In Love" Vaughana Williamsa w wykonaniu British Youth Opera podczas występów gościnnych w Opera Holland Park.

Fot.: Alastair Muir Sir John in Love

British Youth Opera

Opera Holland Park

25 sierpnia 2022

4 gwiazdki

Strona internetowa British Youth Opera Sezon w Opera Holland Park kończy w tym roku krótka rezydencja British Youth Opera – instytucji wykonującej niezwykle ważną, choć niedocenianą pracę w szkoleniu kolejnych pokoleń brytyjskich profesjonalistów operowych: nie tylko śpiewaków, ale i muzyków orkiestrowych oraz personelu technicznego. Wieczór dostarczył podwójnej przyjemności, dając rzadką okazję do usłyszenia „Sir Johna in Love” Vaughana Williamsa, dzieła, które doczekało się głośnego wystawienia w ENO w 2006 roku, lecz od tamtej pory gości na scenach sporadycznie.

Fot.: Alastair Muir

Decyzja kompozytora, by zaledwie trzydzieści lat po Verdim podjąć ten sam temat, była śmiała. W rzeczywistości jednak jest to zupełnie inne spojrzenie na postać Falstaffa niż misterna konstrukcja Boito, oparta zarówno na „Henryku IV”, jak i „Wesołych kumoszkach z Windsoru”. Vaughan Williams trzyma się znacznie bliżej tych ostatnich, wplatając dodatkowo teksty innych współczesnych autorów. W efekcie powstał swoisty, pełen dobrych intencji „tudorbeński” miszmasz, w którym zdarzają się momenty niezamierzonego komizmu. Większy sukces odniósł kompozytor, podążając za swoją pasją do muzyki ludowej i włączając do partytury liczne modalne melodie z epoki z oryginalnymi tekstami. Całość jest gęsto orkiestrowana, pełna charakterystycznych elementów dojrzałego brzmienia Williamsa: bujnych sielanek (w tym pięknego interludium opartego na pieśni „Greensleeves”), energicznych partii chóralnych, mrocznych epizodów pobocznych oraz kunsztownych chwil kojącej melancholii i finezji.

Fot.: Alastair Muir

Biorąc pod uwagę powszechną znajomość tej historii oraz fakt, że humor „Wesołych kumoszek” jest raczej rubaszny niż subtelny, inscenizacja, która chce zapaść w pamięć, wymaga tempa, sprawnego prowadzenia scen zbiorowych oraz dynamicznej gry aktorskiej głównych bohaterów. Choć partytura jest rzemieślniczo bez zarzutu, bez silnego impulsu dramatycznego może tracić impet. Reżyser Harry Fehr i dyrygentka Marit Strindlund imponująco napędzają akcję, w pełni wykorzystując otwartą przestrzeń Opera Holland Park. Elastyczna, minimalistyczna scenografia w wystarczający sposób sugeruje wnętrza, a kostiumy i oświetlenie tworzą udaną kompozycję, szczególnie trafną w przywołaniu lasu Windsor w finale. Co nieuniknione w przypadku młodej obsady, szczegółowe aktorstwo charakterystyczne, niezbędne do pełnego ożywienia postaci, pojawiało się jedynie momentami.

Fot.: Alastair Muir

Niemniej jednak poziom wokalny był w dużej mierze imponujący. Spektakl ma podwójną obsadę, a poniższe uwagi dotyczą wyłącznie występu z 25 sierpnia. Conrad Chatterton jako otyły rycerz zaprezentował sporo buty i brawury, choć być może przydałoby mu się nieco więcej sprytu. Philip Costovski, Toki Hamano i Armand Rabot jako jego kompania cieszyli się udanymi partiami solowymi, a pary Fordów i Page’ów były dobrze dopasowane pod względem wokalnym. Nancy Holt była wyjątkowo energiczną Panią Quickly, a świetne kreacje stworzyli Justin Jacobs (Dr Caius), Joshua Saunders (Sędzia Shallow), James Micklethwaite (jego siostrzeniec, Slender) oraz Emyr Lloyd Jones (proboszcz) – wszystkie te role są u Williamsa znacznie bardziej rozbudowane niż w wersji Verdiego. Clara Barbier Serrano i Sam Harris z dużą pewnością poradzili sobie z wymagającymi, pełnymi blasku partiami młodych kochanków, Anne i Fentona.

Fot.: Alastair Muir

Orkiestra również stanęła na wysokości zadania. Więcej czasu na próby pozwoliłoby zapewne lepiej wyważyć proporcje dźwięku między kanałem a sceną i uniknąć paru problemów z synchronizacją, lecz poza tym było to pewne wykonanie złożonej partytury. Zespół zaprezentował bogate brzmienie w każdej sekcji, szczególnie w licznych interludiach towarzyszących zmianom dekoracji. Dyrygentka Marit Strindlund z prawdziwym wyczuciem poprowadziła wielkie kulminacje i trudne przejścia.

To doskonały wybór opery dla celów edukacyjnych – mnóstwo ról średniej wielkości pozwala na zdobycie cennego doświadczenia, a spora część bohaterów jest młoda wiekiem. Spektakl wymaga też dużej sprawności technicznej od inspicjentów, co pozwala szlifować ich talenty. Ponadto zróżnicowana paleta orkiestrowa z wieloma symfonicznymi rozwinięciami, gdzie orkiestra staje się niemalże bohaterem akcji, jest niezwykle rozwijająca dla muzyków.

Dla publiczności była to rzadka okazja usłyszenia niedocenianego dzieła, stanowiącego istotny element manifestu kompozytora – przekonania, że muzyka angielska powinna czerpać z rodzimych wzorców, zarówno literackich, jak i ludowych, zamiast kopiować modele kontynentalne. Podsumowując: wciągający i dający dużą satysfakcję wieczór.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS