WIADOMOŚCI
RECENZJA: Czarownice z Salem, Old Vic Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Czarownice z Salem w The Old Vic. Zdjęcie: Tristram Kenton Czarownice z Salem
Old Vic Theatre
30 czerwca 2014
5 gwiazdek
Widownię spowija gęsty dym. Z każdym oddechem czuć zapach przypalonego siana i unoszące się w powietrzu drobiny popiołu. Scena jest surowa, usiana jedynie starymi, wytartymi krzesłami, z górą porzuconych farmerskich butów na samym środku – przypominającą stos, a może pomnik.
Jest mrocznie, niemal jak w horrorze „Piątek trzynastego”, a wszechobecne poczucie lęku staje się nie do zniesienia. Odłamki światła rzadko i nieregularnie rozcinają ciemność. Z sufitu opadają płatki popiołu. Ponieważ jest to scena typu arena (theatre-in-the-round), dyskomfort i niepokój innych widzów są widoczne jak na dłoni – i przeszywające. Przede wszystkim jednak, patrząc na szare zasłony i panele, które oplatają widownię niczym wąż, czujemy, że sami zasiadamy w ławie przysięgłych.
I w tym właśnie nastroju, jeszcze zanim padnie pierwsza kwestia, wspaniałe wznowienie arcydzieła Arthura Millera „Czarownice z Salem” w reżyserii Yaël Farber (obecnie w pokazach przedpremierowych w The Old Vic), zaczyna się tak, jak zamierza trwać: z mrożącą krew w żyłach, przerażającą precyzją.
„Czarownice z Salem” to długa sztuka (spektakl zaczyna się o 19:30, a kończy około 23:15 z 20-minutową przerwą) i w niewłaściwych rękach może okazać się nieznośna – w najgorszych inscenizacjach stając się melodramatyczną ramotą.
Jednak Farber nie popełnia ani jednego błędu w obsadzie, scenografii, tempie czy tonacji, dzięki czemu spektakl tętni życiem, jest namacalny i zmysłowy. Nawet jeśli doskonale zna się fabułę, ogląda się go jak rasowy thriller psychologiczny.
Reżyserka przyjęła tematyczny styl zmiany dekoracji, który sprawdza się fenomenalnie. Milczące, posępne postaci, ubrane w brązy, czernie lub brudną biel – w tym świecie nie ma miejsca na kolory – poruszają się niemal z baletową gracją, budując atmosferę grozy i tworząc wrażenie tańca śmierci podczas ustawiania stołów, krzeseł czy mis z wodą. Nic nie dzieje się tu szybko; tempo jest niemal nieznośnie pogrzebowe, ale genialnie buduje i utrzymuje nastrój.
Otwierająca scena z Titubą intonującą niejednoznaczne pieśni nad stosem butów jest niezwykle silna – czyni scenę tyglem (tytułowym crucible), w którym dojdzie do mrocznych czynów. „Warz się, warz, w piekielnym kotle” – to ten rodzaj energii napędza spektakl. Gdy zaczyna się drugi akt, niemy przemarsz samotnej kobiety ciągnącej za sobą sznur mówi o śmierciach, które wydarzyły się w międzyczasie, dobitniej niż jakikolwiek dialog czy scena wieszania. To obraz jednocześnie olśniewający i makabryczny.
Scenografia Soutry Gilmour jest genialnie plastyczna: dom, sypialnia, kościół, sala sądowa, loch. Przeobraża się bez wysiłku, a ta płynność podkreśla historyczne realia i niepewność, z jaką borykają się bohaterowie. Niezwykle sugestywne oświetlenie Tima Lutkina pogłębia ten efekt, a w połączeniu z kruchą, niepokojącą muzyką Richarda Hammartona buduje idealne tło dla starcia dobra ze złem, interesowności z presją grupy, zemsty z upartą wyższością.
Obsada jest strzałem w dziesiątkę. W zespole jest 24 aktorów i każdy z nich gra bezbłędnie.
Ta sztuka może osunąć się w groteskę, jeśli młode kobiety tworzące grupę Abigail nie będą przekonujące – zwłaszcza w kluczowej scenie zbiorowej wizji, która łamie Mary Warren (Natalie Gavin) i przypieczętowuje los Johna Proctora oraz Rebeki Nurse.
Tutaj nie było o tym mowy. Dziewczęta były fenomenalne; ich gardłowe, demoniczne krzyki i konwulsje są przerażająco wiarygodne. Samantha Colley jako Abigail jest zmysłowa, prowokująca, a ostatecznie podła i bezwzględna. Nigdy nie widziałem Abigail zagranej lepiej. To żywa definicja wzgardzonej kobiety.
William Gaunt jest doprawdy cudowny jako zadziorny, zdumiony Giles Corey. Ciepło i głębia, jaką nadaje tej postaci, sprawiają, że opis jego śmierci boli podwójnie. Ann Firbank jest równie wspaniała jako pełna spokoju Rebeka Nurse; jej rzucona mimochodem uwaga o tym, że nie zaproponowano jej śniadania, gdy jest prowadzona na egzekucję, rozdziera serce. Obserwuje wszystko w milczeniu, a jej niemal święty spokój stanowi doskonałą przeciwwagę dla histerii najbardziej „prawych” członków społeczności.
Jack Ellis grzmi i kipi jadem religijnego fanatyzmu jako wyniosły, odrażający Danforth – człowiek tak pewny istnienia czarów, że odrzuca wszelki rozsądek, byle go wykorzenić. To świetna rola, a Ellis daje z siebie wszystko. Precyzja jego języka urzeka, a gdy przez chwilę na jego twarzy maluje się niepewność, zręcznie ukazuje polityczne uwikłanie bohatera.
Adrian Schiller sprawia, że każda chwila wielebnego Hale’a ma znaczenie. Hale, człowiek systemu, przechodzi w sztuce najdłuższą drogę – od niepewności, przez przekonanie, aż po zwątpienie – a Schiller doskonale pokazuje cenę tej przemiany. Kolejna rola pełna subtelnego kunsztu.
Nie wymienię wszystkich, ale każdy członek obsady zostawia swój ślad – od odrażającego, pogardliwego Putnama (Harry Attwell) po zrozpaczonego Francisa Nurse’a (Neil Salvage). Christopher Godwin jako Hathorne to uosobienie pretensjonalności.
Jednak rdzeniem sztuki, jej sercem i mięśniami, są John i Elizabeth Proctorowie. Oboje aktorzy wnoszą do swoich ról potężną, głęboką i wspólną intensywność.
Anna Madeley jest idealna jako Elizabeth; jej poczucie bycia żoną i matką jest wszechogarniające. Z dumnym, cichym obowiązkiem znosi smutek z powodu tego, co zaszło między Johnem a Abigail – wspaniała jest scena, w której nalewa wodę do mycia przed kolacją. Czas poświęcony tej prostej czynności i towarzyszący jej dystans mówią wszystko o ich wspólnym życiu i chłodzie, który obecnie ich dzieli.
Najmocniejszy moment następuje, gdy Danforth przesłuchuje Elizabeth, pytając, czy jej mąż jest cudzołożnikiem. Nie chcąc go zhańbić, Elizabeth wbrew swojej naturze kłamie, nie wiedząc, że John już się przyznał i jej słowa go potępią. Madeley gra tę scenę po mistrzowsku – rozdarta bólem i strachem, za wszelką cenę chce ratować ukochanego. Nawet znając finał, nie sposób nie ulec napięciu, jakie tu buduje. A późniejszy wybuch pasji i ostateczna, spokojna zgoda na to, by dobrzy ludzie ginęli, zamiast żyć w kłamstwie – wszystko to jest zrobione po mistrzowsku. Powściągliwe, a głęboko poruszające.
I wreszcie Richard Armitage jako John Proctor.
Tę postać można ograć na wiele sposobów: jako udręczonego intelektualistę, buntownika czy prostaka. Armitage czyni go zwykłym farmerem, który haruje, by wykarmić rodzinę i dla którego wiara jest ważna, ale nie ważniejsza niż życie bliskich. To człowiek, który zdradził własne zasady dla Abigail i tym samym zranił Elizabeth; człowiek, który sam sobie nigdy nie wybaczy.
Armitage to czysta siła i furiacka energia, ale w jego grze są też momenty wielkiej, szczerej czułości. Krzyczy dużo – ale nigdy bez potrzeby; to reakcja osaczonego, prostolinijnego mężczyzny, którym jest jego Proctor. To magnetyzująca i unikalna kreacja. Najlepiej wypada w starciach z Danforthem i obłudnym wielebnym Parrisem (świetny Michael Thomas), ale nie da się zaprzeczyć autentycznemu uczuciu i zrozumieniu, jakie wnosi do scen z Elizabeth.
To właśnie największe osiągnięcie inscenizacji Farber. Jest on krystalicznie czysty w prowadzeniu narracji, bezlitosny w detalach, a przy tym niezwykle zmysłowy.
Genialna, wzniosła i przerażająco skuteczna interpretacja wspaniałej sztuki Millera.
Pozycja obowiązkowa.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności