WIADOMOŚCI
RECENZJA: Człowiek słoń, Booth Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
The Elephant Man (Człowiek słoń)
Booth Theatre
18 stycznia 2015
5 Gwiazdek
Pozostałe kobiety, z którymi się tu spotkaliśmy, to typowe przedstawicielki epoki wiktoriańskiej: surowe, precyzyjne, pewne swojego statusu społecznego i świadome pokładanych w nich oczekiwań. Są pielęgniarkami, nauczycielkami lub misjonarkami, ewentualnie cieniami egzotycznych niewolnic wykorzystywanych przez swoich naganiaczy. Ta kobieta jest inna. W pewien sposób lśni i sunie po scenie niczym najdroższy jedwab powiewający na wietrze. Jest aktorką, sławną i przyzwyczajoną do uwielbienia. W swojej pierwszej scenie, z ogromnym poczuciem humoru, perfekcyjnie demonstruje wszystkie sztuczki godne divy.
Czy spotka się z Johnem Merrickiem, człowiekiem znanym jako „Człowiek słoń”? Dowiedziała się, że nigdy nie dotknął kobiecego ciała – czy mogłaby podać mu dłoń na powitanie? „Jedna z jego rąk nie jest zdeformowana, jest całkiem pełna wdzięku” – mówi pewny siebie doktor Treves. Kobieta rozważa to, wyraża zgodę, a następnie ćwiczy sposób, w jaki podziękuje panu Merrickowi za spotkanie. Próbuje wypowiedzieć tę kwestię na dziesiątki sposobów, co daje znakomity efekt komiczny.
Jednak moment spotkania odbiega od jej wyobrażeń. Ten wykrzywiony, nienaturalnie zniekształcony człowiek okazuje się łagodny, otwarty i pełen szacunku. Kiedy w końcu zdejmuje rękawiczkę i podają sobie ręce, ona przestaje grać. Spotkała coś – kogoś – absolutnie niezwykłego. Dotyk jego nagiej skóry, jego zdrowej dłoni, jest najbardziej niezwykłym zdarzeniem w ich dotychczasowym życiu. Obserwowanie, jak ta chwila się rozwija, to moment czystej, teatralnej radosci.
W Booth Theatre na Broadwayu – a wkrótce także na londyńskim West Endzie – możemy oglądać wznowienie sztuki Bernarda Pomerance'a z 1977 roku pt. The Elephant Man w reżyserii Scotta Ellisa, z udziałem Bradleya Coopera, Patricii Clarkson i Alessandro Nivoli.
Na pierwszy rzut oka to prosta opowieść historyczna z kilkoma gwiazdorskimi popisami; materiał dość przewidywalny, choć zdolny do osiągnięcia szczytów widowiskowości. Ellis widzi jednak głębiej. Choć obsada jest bez wątpienia gwiazdorska, to produkcja ta jest przemyślaną, wnikliwą i ostatecznie wstrząsającą medytacją nad tolerancją, konwenansami i miłością. Postać Merricka jest metaforą inności, czegoś stworzonego przez Boga, ale nie na Jego obraz; kogoś, kogo społeczeństwo nie chce tolerować i jest gotowe zapłacić, by trzymać go z daleka. Kogoś, kto w każdym calu jest inny.
W czasach, gdy obok innych okrucieństw opartych na nienawiści do inności, uchodźcy są wypędzani z miejsc, w których szukają schronienia, homoseksualiści są mordowani przez ISIS, kobiety kamienowane za miłość, a mniejszości oceniane zbiorowo, „The Elephant Man” jest aktualnym przypomnieniem, że choć „inność” jest trudna, jest również kluczowa – bez różnorodności nic się nie zmienia.
Mądrze rezygnując ze skomplikowanej charakteryzacji i protez, Ellis stawia na minimalistyczną inscenizację i kunszt aktorski. W horrorach obowiązuje zasada, że im mniej widzimy potwora, tym straszniejszy jest efekt końcowy. Tutaj przerażający wygląd Merricka budowany jest subtelnie: najpierw słyszymy dziwne, zwierzęce dźwięki zza parawanu, a potem widzimy niewiarygodny wyraz niezrozumienia i rozpaczy na twarzy doktora Trevesa, gdy po raz pierwszy widzi Merricka. Wtedy wiemy już na pewno, że ujrzał coś koszmarnego.
Nagle pojawia się Cooper, cichy i nieruchomy, ubrany jedynie w brudną bieliznę. Gdy dr Treves pokazuje slajdy przedstawiające prawdziwego Merricka, Cooper wykrzywia swoje przystojne rysy i przeistacza się w postać z opisów. Jego usta stają się wiecznie otwartą raną bólu; prawa ręka pod dziwnym kątem, palce wykręcone w bezużyteczności; głowa przechylona pod nienaturalnym kątem, budząc wrażenie ogromnego ciężaru. Cooper kuleje, podpiera się laską, a całe jego ciało zdaje się być w rozsypce.
Gdy już narzuci sobie te fizyczne ograniczenia, Cooper nie odpuszcza ani na chwilę. Treves wyjaśnia, że twarz Merricka nie jest w stanie wyrazić żadnych emocji – Cooper doskonale to ogrywa. To jego oczy wykonują całą pracę, przekazując ból, zdradę, strach, nadzieję, miłość, mądrość i tęsknotę. Cooper jest w tej roli absolutnie hipnotyzujący.
Spektakl obfituje w momenty czystego zachwytu: scena, w której Cooper pyta, czy pracownik szpitala, który przyszedł się z niego śmiać, powinien zostać zwolniony; rozmowa o „Romeo i Julii” z panią Kendal (Patricia Clarkson); dziecięca radość z prezentów bożonarodzeniowych; czy wreszcie niezwykła chwila, gdy Clarkson bierze jego zdeformowaną rękę i kładzie na swojej piersi. W każdym z tych momentów oczy Coopera olśniewają głębią i ekspresją.
Clarkson jest równie nieskazitelna. Z ogromną gracją prowadzi postać pani Kendal od próżnej aktorki do promiennej humanistki. Jej wspólne sceny z Cooperem to aktorstwo najwyższej próby. Moment, w którym rozbiera się przed Merrickiem, walcząc ze strachem i drżącym oczekiwaniem, to jedna z najpiękniejszych i najbardziej poruszających chwil, jakie widziałem w teatrze.
Alessandro Nivola jako dr Treves jest bezbłędny. Udaje mu się trudna sztuka pokazania człowieka pozornie panującego nad sytuacją, który jednak uczy się od swojego pacjenta i nieustannie walczy z wątpliwościami co do własnych kompetencji. Jego ukryta miłość do pani Kendal oraz wściekłość po odkryciu jej intymnej chwili z Merrickiem są zagrane po mistrzowsku. Nivola sprawia, że Treves jest postacią żywą i skonfliktowaną, a nie tylko sztywnym lekarzem.
Cała obsada jest znakomita. W tym zespole nie ma słabych ogniw.
Henry Stram jest idealny jako Gomm, dyrektor szpitala rządzący twardą ręką i dbający o wizerunek placówki. Anthony Heald błyszczy jako odrażający Ross, który traktuje Merricka gorzej niż psa, a także jako biskup How. Kathryn Meisle zachwyca najpierw jako doświadczona pielęgniarka, której nic nie jest w stanie obrzydzić (a jednak nie wytrzymuje obecności Merricka), a później jako pełna królewskiego dostojeństwa księżna Aleksandra. Scott Lowell również imponuje w kilku mniejszych rolach.
Scenografia Timothy'ego R. Mackabee'go jest oszczędna, ale w pełni wystarczająca. Ruchome ekrany i sprawne operowanie rekwizytami sprawiają, że narracja zachowuje płynność i dynamikę, przenosząc nas błyskawicznie między lokalizacjami.
Clint Ramos zaprojektował piękne kostiumy, które wspaniale oddają epokę i status społeczny postaci. Oświetlenie Philipa A. Rosenberga jest genialne – finałowy obraz pierwszego aktu zapada w pamięć właśnie dzięki niemu. Całość dopełnia świetna muzyka i oprawa dźwiękowa Johna Gromody.
To pierwszorzędna produkcja wybitnej sztuki, z genialną obsadą i reżyserią. Poruszająca, fascynująca i niezwykle aktualna w dzisiejszym podzielonym świecie.
Po prostu nie można tego przegapić.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności