Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Goat, Or Who Is Sylvia?, Theatre Royal Haymarket ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

Matthew Lunn

Share

Damian Lewis (Martin) i Sophie Okonedo (Stevie) w sztuce Kozioł, czyli kim jest Sylwia? (Fot. Johan Persson) Kozioł, czyli kim jest Sylwia?

Theatre Royal Haymarket

5 kwietnia 2017

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

W rok po śmierci Edwarda Albee'ego mamy niezwykły zaszczyt oglądać na West Endzie dwie jego sztuki jednocześnie. „Kozioł, czyli kim jest Sylwia?” powstał w 2000 roku, około 38 lat po „Kto się boi Virginii Woolf?” – dramacie tak silnie kojarzonym z Albeem, że on sam określał go jako „zawieszony na szyi niczym lśniący medal”. I choć do tej drugiej sztuki niektórzy mogą podchodzić bez świadomości nadchodzącej rzezi, podejrzewam, że większość widzów zna przynajmniej jeden fakt dotyczący „Kozła”. To bardzo solidna i często poruszająca inscenizacja fascynującej sztuki, którą osłabia nie tyle kontrowersyjny temat, co nie w pełni nakreślone postacie i momentami brak subtelności.

Martin Gray (Damian Lewis) to wybitny architekt, prowadzący z pozoru beztroskie życie u boku uwielbiającej go żony, Stevie (Sophie Okonedo), i syna, Billy'ego (Archie Madekwe). Jednak nie wszystko jest w porządku, a jego myśli nieustannie krążą gdzie indziej. Zwierzając się najlepszemu przyjacielowi, Rossowi (Jason Hughes), wyznaje, że zakochał się w „Sylwii” – rewelacja ta spotyka się z rozbawieniem i brakiem oceny. Sytuacja zmienia się jednak w horror, gdy Martin doprecyzowuje, że Sylwia jest kozą – dosłownie, taką meczącą. Ross, opuszczając dom w obrzydzeniu, opisuje wszystko w liście do Stevie, która – co nie powinno dziwić – nie jest zachwycona.

Sophie Okonedo (Stevie) i Damian Lewis (Martin) w sztuce Kozioł (Fot. Johan Persson)

„Kozioł” nie jest tragedią alegoryczną. Porównania między wykroczeniem Martina a homoseksualizmem jego syna są wyraźnie odrzucone; czyn ten nie jest też traktowany jak zwykły romans, którego cechy są tu szczegółowo analizowane. Albee nie zmusza nas również do prostego wniosku, że Martin jest zdemoralizowany lub przechodzi załamanie nerwowe. Zamiast tego przedstawia zoofilię w sposób zdystansowany i nieustępliwie szczegółowy, serwując wnikliwą krytykę przekonania, że miłość jest z natury dobra. Jednocześnie sztuka pokazuje dar Albee'ego do wprowadzania absurdu w najbardziej rozpaczliwe sytuacje, często z genialnie komicznym skutkiem. Opis grupy wsparcia dla osób z takimi skłonnościami, przedstawiony przez Martina, jest głęboko niekomfortowy, a jednak jego beznamiętne wyjaśnienia dotyczące upodobań pozostałych uczestników, w połączeniu z powracającym żartem o tajemniczej wizytówce, tworzą ponuro zabawną całość.

Jednak przy całym podziwie dla „Kozła” – jego niesłabnącej szczerości, czarnego humoru i zapierającej dech intensywności centralnego konfliktu – uważam, że sztuka ma fundamentalną wadę. Widać to w początkowych scenach, w których Martin bez końca się powtarza i nie rozumie najprostszych stwierdzeń. Nie tylko sugeruje to skalę jego obsesji, ale służy też ważnemu celowi dramatycznemu. W miarę rozwoju akcji nasze postrzeganie szlachetnych cech Martina jest filtrowane głównie przez wspomnienia innych, co podkreśla nieodwracalne zniszczenia, jakie jego postępek wywołał w jego tożsamości.

Niestety, charakteryzuje to sztukę często definiowaną przez słowa, a nie czyny. Nigdy nie widzimy małżeńskiej sielanki, która legła w gruzach przez zachowanie Martina, a którą Stevie wspomina z żalem i furią. Fakt, że Martin zakochał się w czymś, co postrzegał jako ucieleśnienie natury „czystej, ufnej, niewinnej i bezpretensjonalnej”, świadczy o głęboko zakorzenionej tęsknocie, która podważałaby jej wspomnienia, ale nie dostajemy narzędzi, by to rozszyfrować. Ross również niewiele tu pomaga. Choć jest najstarszym przyjacielem Martina, mniej lub bardziej bezstronnym obserwatorem i osobą, której ten bezgranicznie ufa, ogranicza się jedynie do pełnych odrazy okrzyków. To zrozumiałe, ale ostatecznie mało rozwijające zachowanie, które irytuje mimo szczerych starań Jasona Hughesa.

Jason Hughes (Ross) w sztuce Kozioł (Fot. Johan Persson)

Dwie główne role są ogólnie bardzo mocne – nieco statyczne sceny otwierające zostają z nawiązką zrekompensowane dynamiką konfrontacji Martina i Stevie. Zastanawiam się, czy Damian Lewis nie zaakcentował zbyt mocno samoświadomości Martina, kosztem jego egoizmu – bywają momenty, w których kwestionuje się jego zdumienie własnymi czynami i motywację do zdrady, gdy nie mamy powodów wątpić w jego kochający i spełniony seksualnie związek. Niemniej jednak w kilku scenach jest wręcz genialny, szczególnie w następstwie łamiącej serce i niefortunnej próby okazania miłości przez Billy'ego. Wspierany przez Archiego Madekwe – w bardzo pewnym debiucie na West Endzie – Lewis przejmująco oddaje złożoność ojcowskiej miłości i nadaje odpychającym konceptom niezbędny rys ludzki.

Archie Madekwe (Billy) w sztuce Kozioł (Fot. Johan Persson)

Sophie Okonedo to imponująca Stevie, po mistrzowsku portretująca nieustające i nieprzewidywalne fale żałoby po tak wielkim szoku. To niezwykłe studium modelu Kübler-Ross w działaniu; Okonedo potężnie oddaje pełną gamę emocji: od gniewu, przez próby negocjacji, po obezwładniający strach. Jej relacja z Billym mogłaby być nieco bardziej zniuansowana, choć to wątek, któremu sam Albee nie poświęca wiele uwagi, a tłuczenie naczyń (robi to często) wydawało się momentami dziwnie mechaniczne. To jednak drobne uwagi do kreacji, którą zapamiętam za ogromną szczerość, wybitne wyczucie komizmu i nieopisany ból, który potrafiła przekazać jednym spojrzeniem lub słowem.

Kozioł to fascynujące dzieło jednego z najwybitniejszych amerykańskich dramatopisarzy; obraz życia całkowicie zrujnowanego przez niewybaczalne wykroczenie. Damian Lewis i Sophie Okonedo są znakomici jako rozpadające się małżeństwo, a dzielnie wspiera ich debiutujący na West Endzie Archie Madekwe w roli syna. Sztuka nieco cierpi przez nadmiar „opowiadania” zamiast „pokazywania”, a postać Rossa, mimo wysiłków Jasona Hughesa, jest ledwie narzędziem fabularnym. Niemniej jednak, to godna podziwu produkcja i pozycja obowiązkowa dla fanów twórczości Albee'ego.

KUP BILETY NA SPEKTAKL KOZIOŁ, CZYLI KIM JEST SYLWIA?

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS