WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Spitfire Grill, Union Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Darren Bell The Spitfire Grill
Union Theatre
24 lipca 2015
5 Gwiazdek
Bierzemy pustą przestrzeń. Niech oświetli ją wizja i kunszt. Dodajemy zespół, który brzmieniem pasuje zarówno do partytury, jak i do miejsca. Dbamy, by muzycy byli prowadzeni przez kogoś, komu równie mocno zależy na kompozycji, co na akompaniamencie. Obsadzamy role z dbałością i zrozumieniem potencjału aktorów. Pilnujemy, by wszyscy płynęli w tym samym kierunku, wiosłując pod prąd z równym zapałem. Podejmujemy odważne, przemyślane ryzyko. I ruszamy. Trzymając kciuki, że publiczność zobaczy i usłyszy dokładnie to, co my.
Gdyby ktoś wydał zbiór „receptur na udane inscenizacje mało znanych lub nowych musicali”, to patrząc na spektakl „The Spitfire Grill” w Union Theatre, przepis Alastaira Knightsa byłby w nim pozycją obowiązkową. Taki właśnie nastrój – błyskotliwy, pełen energii i całkowicie wciągający – bije z jego reżyserii.
Oparty na filmie Lee Davida Zlotoffa z 1986 roku o tym samym tytule, musical „The Spitfire Grill” opiera się na niezwykłej współpracy twórców. Kompozytor James Valcq i tekściarz Fred Alley wspólnie stworzyli libretto. Musical zadebiutował na Off-Broadwayu w 2001 roku, zdobywając wcześniej prestiżową nagrodę Richard Rodgers Production Award. Wyróżnienie to przyznało jury z udziałem takich sław jak Lynn Ahrens, Sheldon Harnick i Richard Maltby Jr, pod przewodnictwem samego Stephena Sondheima.
Sondheim, jak to on, nie pomylił się ani na grosz.
„The Spitfire Grill” to muzyczna uczta. Partytura Jamesa Valcqa jest bogata i tworzy autentycznie angażującą atmosferę, która napędza narrację. Kompozytor kreuje spójny świat, w którym każda postać ma własne motywy i frazy pomagające odkryć ich motywacje i rolę w historii. Choć muzyka nie brzmi jak dzieło Sondheima, wywołuje podobny efekt – piosenki rodzą się z sytuacji i miejsca, puls nastroju jest w nich naturalny; nie są to sztucznie doklejone ozdobniki.
Znajdziemy tu mnóstwo porywających pasaży, momenty delikatne i chwytające za serce, a także radosne, barwne (i bardzo melodyjne) numery. To ten rodzaj ścieżki dźwiękowej, która otula swoim urokiem i sprawia, że po wyjściu z teatru chce się jej wysłuchać raz jeszcze.
Ogromna w tym zasługa precyzyjnego kierownictwa muzycznego Simona Holta. Balans dźwięku w Union Theatre bywa problematyczny, ale nie tym razem. Zespół dyskretnie towarzyszy śpiewakom, podążając za ich frazą. Dykcja jest nienaganna, co przy takim materiale ma kluczowe znaczenie. Największe wrażenie robi jednak odwaga Holta, by pozwolić aktorom na śpiewanie szeptem i bardzo cicho. Takie wykorzystanie naturalnej akustyki jest w dzisiejszych czasach przebasowionych nagłośnień rzadkością i daje hipnotyzujący efekt. Szczere, przenikliwe interpretacje skąpane w genialnym warsztacie muzycznym – coś rzadkiego i niezwykle satysfakcjonującego.
Knights również wspiął się na wyżyny. Reżyser musicalowy, który nie próbuje za wszelką cenę „odcisnąć swojego piętna” na materiale, to postać rzadsza niż czysty akustyczny śpiew – prawdziwy teatralny jednorożec. Każda jego decyzja ma na celu naświetlenie tekstu i postaci, budowanie nastroju, prawdy i natchnienia. Utrzymuje świetne tempo, pozwala na subtelne odkrywanie złożoności bohaterów i zręcznie unika taniego sentymentalizmu. Całość poprowadzona jest niezwykle trzeźwym okiem, a co najważniejsze – każdy zakątek tej produkcji tętni sercem.
Decyzja, by rozpocząć spektakl na pustej scenie, była równie praktyczna, co natchniona. Na początku opowieści główna bohaterka, Perchance Talbot (Percy), jest sama – nie ma nic poza osobistą wolnością, właśnie opuściła więzienie. Jej pojawienie się w surowej przestrzeni idealnie oddaje sytuację, którą libretto i muzyka analizują na starcie.
Gdy Percy trafia do Gilead w stanie Wisconsin, nadal jest z pustymi rękami i – jak się okazuje – w Gilead też niewiele się dzieje. Brak scenografii podkreśla jałowość miasteczka. Ale w miarę jak Percy wpływa na mieszkańców, Gilead wraca do życia, odnajduje poczucie własnej wartości poprzez relacje z nowoprzybyłą. Percy jest jak ziarnko piasku wewnątrz muszli – drażni, ale i transformuje. Tam, gdzie panowała cisza, melancholia i poczucie klęski, pojawia się akceptacja, zaufanie i nadzieja. Kiedy Hannah, gderliwa właścicielka lokalu, spontanicznie kładzie na stole świeży, kraciasty obrus, wiemy, że w tym świecie znów zacznie błyszczeć radość.
Fabuła jest odświeżająco nieprzewidywalna, choć początkowo może wydawać się inaczej. Knights pięknie gra tymi oczekiwaniami. Aktorskie kreacje są pełne werwy i niuansów, a jednocześnie wydają się znajome – przywołują skojarzenia z klasyką amerykańskiego kina i teatru. Jednak nic nie jest takie, jak nam się zdaje. Reżyser dba, by niespodzianki były momentami trudnymi i konfrontacyjnymi. Tylko najbardziej zatwardziałe serca nie sięgną po chusteczkę w drugim akcie – tak silne i życiodajne jest piękno wizji Knightsa.
Oczywiście fundamentem pracy dobrego reżysera jest casting, a tutaj Knights trafił w dziesiątkę.
W głównej roli Percy – katalizatora przemian w Gilead – Belinda Wollaston jest po prostu urzekająca. Od pierwszych, przejmujących nut a cappella w „A Ring Around The Moon”, przez humorystyczne „Out Of The Frying Pan” i porywające „Shoot The Moon”, aż po fenomenalne „Shine” – Wollaston wykorzystuje swój wspaniały głos, by nadać partyturze Valcqa pełną moc. Słuchanie, jak ożywia każdą frazę, to czysta przyjemność. Jej emocjonalna więź z tekstem i muzyką jest całkowita.
Równie imponujące jest to, jak Wollaston weszła w psychikę Percy. Jest w pełni przekonująca jako była więźniarka, przerażona przeszłością i niepewna jutra, desperacko starająca się nikogo nie urazić, tłumiąca łzy i strach. W niezdarny, naiwny sposób próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Dzięki opanowaniu trudnego akcentu i ukryciu swojej naturalnej urody, jej poturbowana przez los, a jednocześnie zadziorna Percy jest kreacją wzorcową.
Trzy sceny zapadają w pamięć szczególnie: nagłe, bolesne odrzucenie oświadczyn szeryfa Joe (zanim ten w ogóle zdołał je wykrztusić); wyznanie tragicznej przeszłości swojej nowej przyjaciółce Shelby oraz intensywne spotkanie „każda na każdą” z zrzędliwą Hannah, gdzie wszystkie karty lądują na stole. Wollaston przechodzi od wycofania i niemal pustego spojrzenia do surowych, pulsujących emocji, tworząc postać, którą pokochacie i zapamiętacie na długo.
Reszta obsady dzielnie dotrzymuje jej kroku. Chris Kiely jako szeryf Joe jest absolutnie wiarygodny, a jego frustracja życiem w Gilead przed przybyciem Percy jest niemal namacalna. Ma miły głos i choć brakuje mu mrocznej, barytonowej barwy, w pełni panuje nad swoimi partiami. Andrew Borthwick jako tajemniczy gość jest znakomity; buduje przejmującą postać, nie wypowiadając ani słowa i nie śpiewając ani nuty – jego oczy i język ciała mówiły wszystko.
Hans Rye jest świetny jako Caleb – zwykły człowiek, który nie radzi sobie z upływem czasu i faktem, że uczciwa, ciężka praca przestała w Gilead wystarczać. Kipi niepokojem i niepewnością, zwłaszcza że miejscowe kobiety przejrzały go na wylot. Ma mocny, ciepły głos, idealny dla tej postaci. Z kolei Katie Brennan jako wścibska sąsiadka Effy to prawdziwy wulkan energii i plotek. Brennan gra na granicy szarży, przez co długo nie wiemy, czy Effy jest postacią z gruntu złą czy po prostu znudzoną, co czyni ją o wiele ciekawszą.
Natalie Law jako Shelby – wybawicielka Percy w kuchni i jej najbliższa powiernica – jest ucieleśnieniem dobroci i ciepła. Law wspaniale pokazuje, jak jej postać wyzwala się spod twardej ręki męża, robiąc to bez niepotrzebnej złośliwości. Rozkwit jej przyjaźni z Percy to jedna z najpiękniejszych scen. Wokalnie Law brzmi nieco niepewnie w pierwszym akcie, ale w drugim w pełni rozwija skrzydła, a jej interpretacja „Wild Bird” to prawdziwa perełka.
Obsadę dopełnia Hilary Harwood jako brutalnie szczera i nieprzejednana Hannah. Harwood zaczyna ostrożnie, ale szybko odnajduje swój rytm, nadając tej surowej matronie z Gilead ludzkie oblicze. W jej interpretacji jest coś urzekającego. Podobnie jak Law, w pierwszym akcie miewała momenty niepewności wokalnej, ale w drugim akcie skradła show, wykonując elektryzujące „Way Back Home”.
Lee Crowley przygotował oszczędną, ale idealnie dopasowaną choreografię, a oświetlenie Jacka Weira to majstersztyk ekonomii i nastroju – każde światło służy tu podkreśleniu emocji bohaterów.
To naprawdę kapitalna inscenizacja świetnego, choć niezrozumiale pomijanego musicalu. Gdyby na świecie panowała sprawiedliwość, jakiś producent natychmiast przeniósłby ten spektakl na West End. Przy odpowiedniej promocji byłby to triumf i idealne muzyczne antidotum na marazm współczesności.
To lepsza produkcja niż wiele tytułów, które gościły na West Endzie w ostatnich latach. Wielki sukces Knightsa, Holta i Wollaston.
Musical The Spitfire Grill można oglądać w Union Theatre do 15 sierpnia 2015 r.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności