WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Wars of the Roses – Henry VI, Rose Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Joely Richardson, Alex Waldmann i Michael Xavier. Fotografia: Mark Douet The Wars Of The Roses: Henry VI
Rose Theatre, Kingston
03/10/15
5 gwiazdek
Bilety „Chwała jest jak krąg na wodzie, który się nie przestaje powiększać, aż rozszerzywszy się szeroko, zniknie w nicości.” Henryk VI, część pierwsza Gdy reżyser Trevor Nunn został poproszony na scenę pod koniec Ryszarda III, po dziewięciogodzinnym maratonie, jakim jest trylogia The Wars of the Roses (Wojna Dwóch Róż), powiedział po prostu: „Daję wam pięć słów – John Barton i Peter Hall”. I od tego musimy zacząć każdą recenzję tego niezwykłego wznowienia – od intencji i osiągnięć dwóch twórców tej kompilacji szekspirowskiej kroniki bratobójczych walk, które poprzedziły dojście do władzy dynastii Tudorów. Jak ten kamień milowy z 1963 roku prezentuje się w 2015 roku i czy przemawia do nas dziś równie silnie, jak do widzów w latach 60. oraz tych, którzy oglądali późniejszą adaptację telewizyjną? Nie będzie przesadą stwierdzenie, że to właśnie ten tekst i ta inscenizacja po raz pierwszy rozsławiły nowo powstałe Royal Shakespeare Company. Ucieleśniały one podejście do Szekspira łączące szacunek dla tradycji i autentyczności z determinacją, by uczynić go jak najbardziej przystępnym dla szerokiej publiczności. Towarzyszyła temu niezłomna pewność, że nawet sztuki wydające się historycznie i tematycznie odległe mogą ukazać odwieczne ludzkie dylematy. Zarówno Hall, jak i Barton ulegli wpływowi tezy Jana Kotta z książki Szekspir nasz współczesny i wierzyli w synergię między historycznie ugruntowaną techniką podawania wiersza a teatralnymi metodami Brechta i Becketta. W rezultacie ugruntowały się reputacje aktorów starej daty – jak Peggy Ashcroft czy Donald Sinden – i narodziły się nowe gwiazdy, w tym David Warner i Ian Holm. RSC zasłynęło z epickich inscenizacji zespołowych, z których wiele dorównywało tej produkcji, lecz żadna jej nie przyćmiła. Co być może najważniejsze, sukces The Wars of the Roses w przywracaniu na scenę zapomnianych dzieł stworzył ortodoksję „grania Szekspira”, która obowiązywała przez pokolenia, a którą Barton podsumował w swojej wpływowej książce i programie TV. Standardem stały się staranne badania nad retoryką wiersza osadzone w minimalistycznej, modernistycznej estetyce wizualnej. Dopiero stopniowo zaczęło to ustępować miejsca technicznej koncentracji na wokalnym „naturalizmie” i bardziej eklektycznemu podejściu do scenografii, które dominuje dzisiaj.
Joely Richardson i Michael Xavier w The Wars Of The Roses - Henry VI. Fotografia: Mark Douet Jedną z największych zalet tego wznowienia jest więc szansa na przypomnienie sobie mocnych i słabych stron tej wpływowej metody teatralnej, nie mniej ważnej niż samo kultowe przedstawienie. Czy taka forma podawania Szekspira wciąż do nas trafia jako sposób na prowadzenie epickiej narracji? Czy potrafimy jeszcze odnaleźć się w tej konwencji, czy może została ona w całości wchłonięta przez stylistykę Gry o tron?
Rose Theatre w Kingston to idealne miejsce dla tego powrotu. Zbudowany na planie i w proporcjach oryginalnego Rose Theatre z Southwark, gdzie pierwotnie wystawiano sztuki o Henryku VI, oferuje przestrzeń wierną estradzie tudorskiej, zapewniając jednocześnie nowoczesne zaplecze techniczne. W tej produkcji wykorzystano płytkie proscenium do intymnych monologów oraz balkon z podwójnymi schodami udekorowany trofeami wojennymi, co dodaje głębi scenom oblężeń i narad. Stół w kształcie trumny wyłania się z centrum sceny, służąc zależnie od potrzeb jako stół rady lub marzy. Kostiumy i rynsztunek są z epoki, a scenografia celowo oszczędna, by akcja płynęła płynnie. Gdy jednak pojawia się potrzeba mocniejszego akcentu – jak tron – jest on wykonany z niezwykłym kunsztem, bez żadnych półśrodków. Nie brakuje fanfar i interwencji muzycznych w tradycyjnym stylu, choć momentami pobrzmiewają w nich echa Mahlera.
W całym tytptyku to właśnie Henryk VI najbardziej zyskuje na redakcji Bartona. Liczne postacie i sceny zostały wycięte, by skupić uwagę na naturze dobrych i złych rządów. Zaczynamy od skłóconych baronów zebranych nad trumną Henryka V w pozornej jedności, a kończymy na odciętej głowie księcia Suffolk – ofiary rządów motłochu na ulicach Londynu. Otrzymujemy klarowne studium przypadku, w stylu który dziś kojarzymy z House of Cards – opowieść o tym, jak jedna zatruta rywalizacja potrafi doprowadzić do upadku królestwa, gdy zabraknie silnego suwerena.
Zespół aktorski porusza się w porywającym tempie, sprawnie radząc sobie z przeskakiwaniem między Francją a Anglią. Jakość podawania wiersza jest nienaganna – precyzyjna fraza ożywia nawet najbardziej suche materiały polityczne. Nie widać szwów między oryginałem Szekspira a pastiszem Bartona; żadna bitwa, scena zgonu czy debata nie dłuży się ani przez moment.
W tak licznym zespole, gdzie większość aktorów gra po kilka ról, trudno wymienić wszystkich, ale nikt nie zawodzi, a kilka kreacji jest wręcz wybitnych.
Wśród walczących baronów książę Humphrey (Andrew Woodall) to wzorcowe studium dobrego polityka zaszczutego przez mniejszych ludzi. Momentem zwrotnym, świetnie ukazanym przez Woodalla, jest chwila, gdy Henryk przyznaje, że nie potrafi narzucić własnej woli – aktor zwraca się do widzów z miną pełną szoku (niczym Kevin Spacey w swoich bezpośrednich zwrotach do kamery), co sygnalizuje, że wie już, iż jego wysiłki spełzną na niczym, a mimo to musi maszerować ku własnej zgubie.
Imogen Daines jako Joanna d’Arc. Fotografia: Mark Douet
Henryk VI w wykonaniu Alexa Waldmanna to popis aktorstwa, w pełni dorównujący słynnej kreacji Davida Warnera. Musi on przejść drogę od nieśmiałego, oszołomionego dziecka po niezgrabnego, zagubionego w sobie nastolatka, co kulminuje w pobożnej surowości dorosłości. Robi to z wdziękiem, który budzi sympatię, a zarazem niepokój. Widzimy go siedzącego boso po turecku na tronie, bawiącego się berłem i różami – symbolami podziału – gdy próbuje pogodzić skłóconych możnych niczym naiwny pracownik socjalny rzucony na zbyt głęboką wodę.
Należy zaznaczyć, że jest tu sporo licencji poetyckiej. Wiemy dziś, że historyczny Henryk VI cierpiał na chorobę psychiczną, a nie tylko „pobożny wstręt” do sprawowania władzy. Jednak rozwiązanie Szekspira jest dramaturgicznie ciekawsze, zmusza nas bowiem do refleksji nad tym, jak dobrzy ludzie bywają fatalnymi władcami.
Dla sukcesu spektaklu kluczowe jest, by w tym zdominowanym przez mężczyzn świecie pojawiły się silne, zadziorne role kobiece, dorównujące pasją i politycznym ciężarem panom. Tutaj jesteśmy w dobrych rękach. Zaczyna się od brawurowej Imogen Daines jako Joanny d'Arc – wizjonierskiej, butnej, a ostatecznie godnej w porażce. Joanna oddaje pałeczkę królowej Małgorzacie, a ta kolejno królowej Elżbiecie i lady Annie.
Joely Richardson jako królowa Małgorzata jest jedyną postacią obecną w każdj z trzech części eposu. Aktorka w tej roli musi przejść nie tylko przez ogromną skalę emocji, ale i zestarzeć się na naszych oczach – od niewinnej panny młodej po furię i sekutnicę. Zazwyczaj rolę tę grają starsze aktorki, przez co sceny młodości bywają problematyczne. Richardson poradziła sobie z tym świetnie, a jej relacja z Suffolkem (Michael Xavier) emanowała seksualnym magnetyzmem i przebiegłością, dając przedsmak przyszłego okrucieństwa.
Ryzykując wyliczankę niczym z kronik rycerskich, muszę wspomnieć o kapitalnych scenach śmierci Mortimera (Geoff Leesley) i kardynała Beauforta (Oliver Cotton) – ten ostatni żegna się ze światem przekleństwami, siedząc w stylowym wózku inwalidzkim wzorowanym na tym należącym do Filipa II Habsburga. James Simmons jako Lord Talbot świetnie ucieleśnia ducha Henryka V, stając się pierwszą ofiarą waśni, które podkopują angielskie panowanie we Francji.
By nie przypisać wszystkich zasług redaktorom, zakończę podkreśleniem przebłysków geniuszu Szekspira – widocznych w tenorze poezji, ale i w zręczności, z jaką miesza wielką politykę z losem zwykłych ludzi.
Pod koniec sztuki oglądamy sceny skrótowo podsumowujące upadek protektora Humphreya. Najpierw komiczny epizod z czarownicą wynajętą, by obnażyć ambicje jego żony (świetna Alexandra Gilbreath) – to elegancka parabola o tym, jak możnych gubi próżność ich bliskich. A potem jeszcze lepsza scena, w której Humphrey demaskuje żebraka udającego cudowne uzdrowienie. Choć incydent wydaje się błahy, nastawia Henryka przeciw stryjowi, gdyż uderza w miłość własną króla poprzez obnażenie jego naiwności. Nawet święci władcy ulegają urazom ego – Szekspir pokazuje, że na takich drobiazgach ważą się losy państwa.
Francja stracona, baronowie skłóceni, ostoja ładu usunięta – scena jest gotowa na prawdziwą wojnę domową między białą a czerwoną różą, która stanie się osią drugiej części trylogii: Edwarda IV.
Przeczytaj recenzję Edwarda IV Przeczytaj recenzję Ryszarda III Zarezerwuj bilety na The Wars Of The Roses: Henry VI
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności