WIADOMOŚCI
RECENZJA: The Wars of the Roses (Wojna Dwóch Róż): Ryszard III, Rose Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
timhochstrasser
Share
Laurence Spellman i Richard Sheehan w spektaklu „The Wars Of The Roses”. Fot. Mark Douet The Wars Of The Roses – Ryszard III
03/10/15
Rose Theatre, Kingston
3 gwiazdki
Zarezerwuj bilety „Tak oto sprawiedliwość krąg zatoczyła i stałeś się poddanym czasu; nie masz już nic prócz wspomnienia tego, kim byłeś, aby dręczyło cię tym bardziej, gdy patrzysz na to, kim jesteś teraz”. Być może pod koniec tego maratonu teatralnego wszyscy byliśmy już wyczerpani; być może, co w pełni zrozumiałe, obsada słabła po wcielaniu się w zupełnie inne role w poprzednich dwóch częściach trylogii, ale niezależnie od wyjaśnień, Ryszard III wydawał się pewnym niedosytem, a nie naturalnym zwieńczeniem tego godnego uwagi wznowienia cyklu Wojny Dwóch Róż w adaptacji Bartona i Halla.
Przywykliśmy oglądać tę sztukę w izolacji, a nie jako finał dłuższej historii, z naciskiem położonym na charakter króla i jego cyniczny, choć odważny opór wobec wszystkich. Przychodząc do niego dłuższą drogą, wynosimy inne wrażenia. Błyskotliwe, wirtuozerskie monologi Ryszarda są mniejszym zaskoczeniem, bo widzieliśmy ich próbkę już w poprzedniej części. Obserwowaliśmy, jak rośnie w nim pewność siebie i złowieszczy polot, więc staje się nam bliski, a nie szokujący. Co więcej, zdążyliśmy już „tak daleko zabrnąć we krwi”, że wydarzenia samej sztuki robią mniejsze wrażenie niż zazwyczaj – szczególnie gdy Barton pomija opis morderstwa książąt w Tower. Moim zdaniem to błąd, gdyż to właśnie w tej zbrodni Ryszard przekracza granicę, idąc dalej niż złoczyńcy z poprzednich części. Ten punkt należy podkreślić, a nie bagatelizować.
Robert Sheehan jako Ryszard III. Fot. Mark Douet W oryginalnej produkcji Ian Holm zerwał z tradycją nadekspresyjnego Oliviera i przedstawił Ryszarda w sposób bardziej stonowany, makiaweliczny. Kreacja Roberta Sheehana jest podobnie powściągliwa, choć w nieco inny sposób. Byłem pod szczerym wrażeniem jego występu w Edwardzie IV, gdzie połączenie fizycznej odwagi, żołnierskiego drygu i cynicznego uroku było przekonujące i zyskało uznanie publiczności. Pomogła mu też mowa ciała. Wykorzystał swoją niepełnosprawność (noga w aparacie korekcyjnym), by nadać postaci specyficzny, niemal krabi chód, który odzwierciedlał jego dystans wobec innych postaci. Tutaj jednak jego rola przestała ewoluować. Najlepsze są sceny, w których persona wypracowana wcześniej ma pełne pole do popisu – jego wytworna pogarda wobec Lady Anny (Imogen Daines) i królowej Elżbiety (Alexandra Gilbreath) sprawia, że ich ostateczna uległość wydaje się bardziej wiarygodna niż zazwyczaj. Podobnie, jego kokieteryjna gra przed Lordem Mayorem i ludem Londynu w kwestii przyjęcia korony tworzy świetny i zabawny obraz tuż przed przerwą: finałowe rzucenie różańca w tłum było doskonale wyważonym gestem wzgardy. Reszta występu była jednak dość ogólnikowa i sprawiała wrażenie mało zaangażowanej pod względem tekstu. Biorąc pod uwagę znakomitą interpretację słowa w pozostałych częściach trylogii, kładę to na karb braku czasu lub energii w końcowej fazie prób. Być może rola pogłębi się w trakcie trwania sezonu.
Oznaczało to, że inicjatywa aktorska przeszła w ręce pozostałych wykonawców, a trzeba odnotować kilka świetnych ról, zwłaszcza tych aktorów, którzy zasłużyli się już w poprzednich wieczorach. Alexander Hanson okazał się niezwykle energicznym Buckinghamem, trzymającym stery państwa w środkowej części sztuki i świetnie trafiającym w ton swojej postaci – błyskotliwego, lecz przebiegłego speca od królewskiego PR-u. Również Clarence (Michael Xavier) zdominował akcję we wcześniejszych scenach, a jego śmierć w Tower była prawdziwą ucztą językową i suspensu. Młodzi książęta znakomicie wykorzystali szansę, by drwić z Ryszarda, a jako ich nieszczęsny ojciec, Edward IV, Kåre Conradi wycisnął ile się dało z dość niewdzięcznej roli – jednej z kilku w tej trylogii, polegającej na długotrwałym chorowaniu i umieraniu.
Bardzo wiarygodny był też Andrew Woodall jako hrabia Derby (z doskonałym akcentem), a Oliver Cotton z ogromnym wigorem przedstawił wahania i rozdartą lojalność lorda Hastingsa. Słowa uznania należą się Geoffowi Leesleyowi, który jako książę Exeter konsekwentnie doradzał wszystkim królom w tych sztukach i jakimś cudem przetrwał zarówno historię, jak i dramaturgię Szekspira z życiem i majątkiem. Laurence Spellman był znacznie bardziej charakterystycznym Richmondem niż zazwyczaj, choć przypominał raczej dziarskiego młodego Henryka VIII niż swojego mniej urodziwego ojca. Jedynym potknięciem obsadowym było powierzenie Alexowi Waldmannowi ról ducha Henryka VI i mordercy Tyrella – ta druga postać traciła na wiarygodności, skoro wcześniej widzieliśmy go jako tak przejmująco świętego Henryka.
Robert Sheehan jako Ryszard III. Fot. Mark Douet
Barton słusznie zachował scenę, w której kluczowe kobiety dynastii zbierają się, by przekląć Ryszarda. Nie rozumiem, dlaczego ta scena jest tak często wycinana, skoro oferuje kluczowe podsumowanie dla widzów nieznających tła historycznego i pozwala na jeszcze jeden wybitny występ królowej Małgorzaty (Joely Richardson), wciąż pełnej pamiętliwych inwektyw. Przede wszystkim jednak scena ta przypomina, że na każdym etapie tego dramatu to silne kobiety kształtują bieg wydarzeń (lub cierpią z ich powodu), często robiąc to w sposób bardziej zdecydowany i bezwzględny niż mężczyźni.
Głównym celem Bartona i Halla było przywrócenie blasku zapomnianym częściom „Henryka VI” i bez wątpienia odnieśli sukces. Nie wyobrażam sobie powrotu do tych sztuk w innej wersji niż ta tutaj zaprezentowana. Wydaje się jednak, że przy Ryszardzie III zabrakło im już tchu, co we wznowieniu jest bardziej widoczne niż pierwotnie. Brak tu tej samej dbałości o detal, która wyróżnia pierwsze dwie części. Reżyseria Trevora Nunna, mimo swojej płynności i elegancji, ma tu zbyt mało do powiedzenia w porównaniu z innymi produkcjami z Londynu czy Stratfordu. Mimo to, wznowienie całej trylogii broni się samo. Podobnie jak w „Pierścieniu Nibelunga” Wagnera i innych eposach, podczas dziewięciu godzin w teatrze zdarzają się niespójności i słabsze momenty, ale fundamenty wciąż działają znakomicie. Dramat wciąga, a sztuki wykazują niesamowitą zdolność do przedstawiania wydarzeń w kategoriach mitologicznych, pełnych analogii do współczesnego świata polityki – dokładnie tak, jak zamierzyli to Barton, Hall i sam Szekspir. Bałem się, że zacznę myśleć o późniejszych satyrach – jak „Czarna Żmija” czy skecze Monty Pythona – ale spektakl ani przez chwilę nie osunął się w autoparodię.
Oczywiście prawdą jest, że fascynacja brechtowskim stylem dramaturgicznym, modna w latach 60., nie jest już szczytem nowoczesności, ale to kwestie formy, a nie treści. Można je odnotować i odłożyć na bok. Sensem całości pozostaje sposób odczytania i grania Szekspira, z którego zasłynęli Barton i Hall – tutaj wiernie przekazany i wciąż świeży. To najważniejsza rehabilitacja tego stylu. Mam wielką nadzieję, że znajdzie się sponsor dla wersji filmowej lub telewizyjnej, która utrwali to osiągnięcie znakomitej obsady dla potomności i młodych aktorów, tak jak miało to miejsce w latach 60.
Przeczytaj recenzję Tima z Henryka VI Przeczytaj recenzję Tima z Edwarda IV KUP BILETY NA RYSZARDA III W ROSE THEATRE, KINGSTON
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności