Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

ZAPOWIEDŹ: „Am Dram A Musical Comedy” na deskach The Other Palace

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Udostępnij

Julian Eaves przygląda się „Am Dram”, nowej komedii muzycznej autorstwa Katie Lam i Alexa Parkera, która niedawno miała swoje pokazowe przedpremiery w teatrze The Other Palace.

Am Dram: A Musical Comedy The Other Palace

3 lutego 2019 r.

Bywały czasy, gdy obiecujący autorzy piosenek mogli zaczynać karierę, pisząc pojedyncze numery – jeden tutaj, dwa tam – do spektakli typu revue. Dzięki temu mogli stopniowo eksperymentować z tym, co działa, a co nie, by w żmudnym procesie prób i błędów odkryć swój własny warsztat musicalowy, zanim rzucili się na głęboką wodę dużych projektów. Takie podejście owocowało wieloma przeciętnymi dziełami, ale też takimi, które dały początek karierom wielu utalentowanych twórców, w tym wielu najwybitniejszych przedstawicieli tego gatunku.

Dzisiaj życie nie jest już tak proste. Kompozytorzy muszą zaprezentować nie tylko kilka piosenek, ale w pełni funkcjonalną, dopracowaną partyturę oraz scenariusz o dużym potencjale dramatycznym. Oczekuje się, że twórca dostarczy kompletny musical i odniesie sukces w każdym aspekcie jego tworzenia – to niezwykle trudne wyzwanie. Sukces rzadko rodzi się z jednego mistrzowskiego skoku; zazwyczaj jest owocem drogi krok po kroku przez kolejne przystanki, często zbaczając na mniej uczęszczane ścieżki w poszukiwaniu czegoś świeżego i porywającego. Jak to się często mówi: w musicalu mnóstwo różnych elementów musi „zagrać” w tym samym czasie i miejscu, aby spektakl stał się hitem.

Autorka scenariusza i tekstów piosenek Katie Lam oraz kompozytor Alex Parker są wciąż na stosunkowo wczesnym etapie swojej drogi jako twórcy w tej wymagającej sferze (mimo że zaczęli pisać razem, mając zaledwie osiem lat – dziś są młodymi absolwentami, robiącymi karierę odpowiednio w londyńskim City i jako kierownicy muzyczni). Kilka lat temu na tej stronie recenzowałem ich świetny pod względem stylu i nastroju „All Aboard” – musicalową farsę osadzoną na transatlantyku, która w niezwykle udany sposób łączyła urodę treści ze spójnością klimatu epoki. Obecny spektakl to powrót do znacznie wcześniejszego dzieła; pokazuje ich we wcześniejszej fazie rozwoju, a jednocześnie wskazuje na nowe, być może silniejsze emocjonalnie kierunki, które nie były tak widoczne w „All Aboard”.

Koncept dramatyczny pokazuje, jak Lam próbuje swoich sił na trudniejszym gruncie: przedstawia nam kulisy życia grupy amatorskiego teatru dramatycznego, która wystawia musical o życiu Katarzyny Wielkiej, co stwarza okazję do paraleli z prywatnym życiem obsady i ekipy twórców. Pierwotnie wystawiana z dużą obsadą amatorską, ta wersja – dopracowana dzięki uprzejmemu wsparciu nowych sponsorów, linii Cunard (którzy gościli ich w tym celu na statku Queen Mary 2) – jest bardziej skondensowana, wymaga zaledwie siedmioosobowej obsady i skromnego zespołu muzycznego. Teraz, tylko na jeden dzień, ta rzutka para przeniosła swoje nowe dzieło na główną scenę The Other Palace, by zagrać je przed londyńską publicznością. To odważny ruch. Trzeba jednak przyznać, że można było odnieść wrażenie, iż większość widzów stanowili „absolwenci” oryginalnego (dużego) zespołu, reagujący na dzieło jak wtajemniczeni, szybko łapiący aluzje i wewnętrzne żarty. Byli nastawieni niezwykle entuzjastycznie, co każe się zastanowić, na ile testowanie nowego materiału musicalowego w takim otoczeniu daje rzetelny obraz jego wartości – choć mogę się mylić.

Jakkolwiek by nie było, na widowni zasiadło wystarczająco dużo nowych osób (takich jak ja), by ocenić spektakl świeżym okiem. Z naszej perspektywy największym sukcesem wieczoru była okazja do usłyszenia kilku najbardziej ekscytujących nowych piosenek, jakie od dawna pojawiły się na scenie musicalowej. Trzy numery wyróżniały się wręcz fenomenalnie. Emocjonalnym sercem opowieści – i to porażająco mocnym – jest trio głównych bohaterek w końcówce show. Przywodzi ono na myśl słynne trio z „Kawalerzysty srebrnej róży” (Der Rosenkavalier): starsza kobieta patrzy w przeszłość, ustępując miejsca młodszym głosom rwącym się ku nowemu, podczas gdy cała trójka zatrzymuje się na chwilę, by wyśpiewać „I should have known”. To jedna z najbardziej hipnotyzujących i pięknych piosenek, jakie słyszałem od lat. Mało który młody twórca potrafi tak trafnie uchwycić słodko-gorzki smak romansu. Gdyby reszta partytury i scenariusz dorównywały temu poziomowi, mielibyśmy do czynienia z absolutnym arcydziełem.

I być może w tym kierunku pójdzie ten spektakl. Trudno przewidzieć, jak się rozwinie. Tymczasem mamy inne świetne momenty muzyczne. Władcza dyrektor artystyczna zespołu, Honoria, otrzymała prawdziwą perłę w postaci piosenki „Always Me”. Wcielająca się w nią Wendy Ferguson w tej półinscenizowanej wersji warsztatowej roztopiła serca swoim szybującym sopranem. To najlepszy numer pierwszego aktu, choć muszę wytknąć, że marnuje się on, będąc przypisanym do pobocznego wątku dotyczącego postaci, której nawet nie poznajemy. To rodzaj luki dramaturgicznej, w którą obecny scenariusz wciąż wpada. Kolejnym mocnym punktem jest solo największej gwiazdy tej obsady, Laury Pitt Pulford jako Rose. Jej „Out In The Light” zaśpiewane było świetnie, choć w rzadkim przypływie gorszej formy aranżacja Martina Higginsa była nieco zbyt ciężka i zagłuszała jej głos (reżyseria dźwięku: Paul Smith). Poza tym orkiestracja i brzmienie były znakomite. Zastanawia też pewna osobliwość fabuły: postać Rose to zawodowa aktorka, która chwilowo nie ma pracy i próbuje wrócić do branży. Co więcej, Max – zabawnie pretensjonalny reżyser grany przez Toma Eddena – również jest zawodowcem. Czy zatem dla purystów jest to jeszcze teatr amatorski (Am Dram), czy raczej układ „Pro-Am”? Może brzmi to jak czepialstwo, ale obecność tych dwóch profesjonalistów jest kluczowa dla przesłania sztuki. W drugim akcie pada jeden bardzo mocny, szczery monolog, w którym idea „robienia czegoś z miłości do sztuki” staje się jasna. Lam może mieć w rękach coś magicznego, co wymaga jedynie ostrzejszego dopracowania.

Właściwe wyważenie tonu to ciągła walka. O ile „sztuka w sztuce” („Złota Caryca”) brzmi bardzo podobnie do filmu „Imperatorowa” ze史ternbergem i Dietrich, o tyle fabuła wokół niej osadza nas mocno w rejonach twórczości Alana Ayckbourna w stylu „Chóru dezaprobaty”. Głęboko niesympatyczny (i zniechęcający widownię) ruch Rose pod koniec pierwszego aktu potwierdza ten dług wdzięczności. Lam musi wtedy zbudować drugi akt, w którym protagonistka jest nieobecna w głównym nurcie akcji przez bardzo długi czas. Robi, co może, ale czy ten podział naprawdę musi istnieć? Tracimy poczucie bliskiego koleżeństwa w zespole, które tak pieczołowicie budowano w pierwszym akcie. (Jako lekcję tego, jak bardzo może to zaszkodzić fabule, warto przestudiować drugi akt „Show Boat”, który tonie przez dokładnie ten sam problem).

Na szczęście jest tu Jordan Lee Davies, by śpiewać – oszałamiająco, swoim coraz bardziej bohaterskim tenorem – a także odpowiadać za (bardzo atrakcyjną) choreografię. Thea Collings bawi widzów, wcielając się w aż trzy wersje „Karen”. Debbie Chazen tworzy twardo stąpającą po ziemi postać Elaine, a Denise Hodgkiss gra gasnącą diwę zespołu, Diane, z godnością i wdziękiem. Alex Parker czuwał nad sprawnym brzmieniem muzyków i wycisnął wszystko, co najlepsze z kluczowych, emocjonalnych momentów swojej melodyjnej i wpadającej w ucho partytury. Trzeba jednak przyznać, że istnieje pewien rozdźwięk między „użytkowymi” numerami komedii muzycznej (chór na otwarcie, który nie ma większego uzasadnienia dramatycznego), pastiszowymi, dynamicznymi utworami soul (które aż nazbyt przypominają „Dreamgirls” – to styl, który Parker pisze z dużą łatwością, być może zbyt dużą, by utrzymać ciężar sceny), a autentyczną siłą i prawdą zawartą w tych kilku bezcennych pieśniach napisanych dla głównych bohaterek. Reżyser James Robert Moore rozsądnie pozwolił tym magicznym momentom wybrzmieć samym, starając się nie przeszkadzać w jak najczystszym przekazie tekstu i muzyki.

A ostateczne wrażenie? Mimo że sporą część czasu zajmują tanie żarty i dialogi niczym z telenoweli, trwałe wspomnienie po tym spektaklu to dla mnie autentycznie wzruszająca, poruszająca siła lirycznej podróży, którą reprezentują najlepsze fragmenty twórczości Parkera i Lam. To jest piękne! Tak, ludzie chodzą czasem do teatru dla błahej rozrywki, ale na scenie muzycznej rzadko to wystarcza – tam widzowie zazwyczaj pragną wielkich historii o wielkich emocjach, nawet jeśli niektórzy z bohaterów są tacy jak my. Jako duet twórczy, ta dwójka należy do najlepszych, jakich znam. Z niecierpliwością czekam na ich kolejne kroki, zwłaszcza jeśli zdecydują się wrócić do tego spektaklu – być może z nową, bardziej doświadczoną osobą od scenariusza? – i dokopią się głębiej do tej wielkiej opowieści, która bije w jego sercu. Bo to serce tam jest. A to nie jest coś, co można powiedzieć o każdym nowym musicalu.

(Zgodnie ze zwyczajem dotyczącym utworów będących w fazie rozwoju, nie przyznano oceny gwiazdkowej).

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS