Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

Wybór krytyka – Julian Eaves

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Recenzent BritishTheatre.com Julian Eaves opowiada o swoich teatralnych wydarzeniach roku 2018.

Obsada Crazytown

Po raz kolejny teatr muzyczny przyniósł kilka wspaniałych niespodzianek i z ogromną przyjemnością wspominam teraz te rewelacyjne momenty minionego roku, dzieląc się refleksjami nad tym, dlaczego jakość nowych dzieł bywa tak zmienna.

W marcu w The Other Palace Studio mogliśmy zobaczyć „Crazytown: The World of Ryan Scott Oliver” w reżyserii Adama Lensona. Joe Bunker odpowiadał za kierownictwo muzyczne, a sam RSO śpiewał i grał z zespołem – było to widowisko pełne rozmachu i po prostu cudowne.  Co niewiarygodne, odbył się tylko jeden wieczorny występ, a to bez wątpienia jedno z najlepszych wydarzeń musicalowych, jakie pojawiły się w kraju w całym roku.  Dlaczego, skoro tak wiele gorszych dzieł doczekuje się większych i dłuższych produkcji – na które ewidentnie nie zasługują – autor o tak genialnym talencie pozostaje w niemal zapomnianym kącie?  Na tym świecie brak logiki.  Niemniej jednak fala miernoty nie ustawała, a ja musiałem marnować wieczór za wieczorem, oglądając spektakle, które nigdy (naprawdę... nigdy!) nie powinny ujrzeć światła dziennego ani wybrzmieć w pełnej produkcji.  Dlaczego ludzie nadal topią pieniądze w takich projektach?  To przechodzi ludzkie pojęcie.  Tymczasem wysoka jakość pozostaje zaniedbana.  Coś tu jest nie tak.  Zaczynam się wręcz zastanawiać, czy Theresa May nie ma jakiegoś związku z finansowaniem nowych premier. Przeczytaj recenzję Crazytown autorstwa Juliana.

Jodie Steele, Carrie Hope Fletcher, T'Shan Williams i Sophie Isaacs w Heathers. Fot. Pamela Raith Sytuacja poprawiła się dopiero w lipcu, kiedy nieoczekiwana pula nieco bardziej „przystępnych” cenowo biletów pozwoliła mi zobaczyć „Heathers”, również w The Other Palace, przed zasłużoną przeprowadzką na West End.  Musical w pełni zasłużył na uwagę, jaką poświęcili mu producenci Bill Kenwright i Paul Taylor-Mills (dawna ważna postać TOP), i przyciągnął do teatru własne plemię oddanych fanów, tworząc zachwycającą atmosferę przy Haymarket.  To udana mieszanka stylów „Legally Blonde” i „Batboy” (mroczniejsza od pierwszego, lżejsza od drugiego), której twórcy – Kevin Murphy i Lawrence O'Keefe (muzyka, teksty i libretto oparte na filmie z lat 80.) – to kolejni Amerykanie dostarczający towar najwyższej jakości.

Sarah Hadland (Sophie), Kayla Meikle (Ashlee) i Manjinder Virk (Connie) w Dance Nation w Almeida Theatre. Fot. Marc Brenner Po drugiej stronie lata, wrzesień przyniósł do Almeidy kolejny produkt z USA: „Dance Nation” Clare Barron.  Choć nie jest to stricte musical, zawierał na tyle dużo muzyki i tańca, by zasłużyć na miano „sztuki z muzyką”, a przy tym był to spektakl doprawdy wyśmienity.  Można by się zastanawiać, gdzie podziały się wszystkie brytyjskie talenty.  Odpowiedź nadeszła szybko: biorąc to, co pierwotnie planowano jako show taneczne i idąc o krok dalej w stronę niemal całkowicie skomponowanego dramatu muzycznego, otrzymaliśmy „Sylvię” w The Old Vic – wspaniałą zapowiedź czegoś, co może stać się brytyjską odpowiedzią na „Hamiltona”.  Miałem szczęście widzieć tę produkcję dwukrotnie i żałuję, że więcej recenzentów nie postąpiło podobnie: być może byliby wtedy bardziej wyrozumiali w ocenach tego niezwykłego dzieła autorstwa choreografki, reżyserki i autorki tekstów Kate Prince (oraz współautorki Priyi Parmar) oraz stałych współpracowników z Zoo Nation – kompozytorów Josha Cohena i DJ-a Walde.  Partytura spektaklu to czysta rozkosz; porywa sufrażystki z rodziny Pankhurst i wciąga je siłą oraz tańcem w „tu i teraz”, w ramy dramatyczne, które przełamują bariery niemal w każdej dziedzinie. Elektryzująca fuzja reżyserii i choreografii w wykonaniu Prince przywodzi na myśl geniusz Jerome'a Robbinsa.

Beverley Knight (Emmeline Pankhurst) i Whitney White (Christabel Pankhurst) z obsadą Sylvii. Fot. Manuel Harlan Miesiąc zakończył się chyba najbardziej „teatralną” premierą na West Endzie, w jakiej dotąd brałem udział: niezwykłą nową wersją spektaklu Stephena Sondheima i George'a Furtha z 1970 roku – „Company” w reżyserii Marianne Elliott.  Przedstawienie pełne cudowności, choć momentami zmagające się z pewną dziwną niezręcznością.  Kiedy jednak wszystkie składniki łączą się ze sobą, efekt jest znakomity; to ważny dowód na to, że teatr muzyczny również musi być otwarty na odważne i energiczne reinterpretacje dla kolejnych pokoleń.  Sposób, w jaki Elliott prowadzi sceny dramatyczne, jest bez wątpienia najlepszym, jaki widziałem na scenie musicalowej od bardzo dawna, a może i kiedykolwiek: jeśli ktoś traktuje teatr muzyczny poważnie jako formę sztuki, to właśnie ona.  Zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko.  Zarezerwuj bilety na Company

Rosalie Craig, Alex Gaumond i Jonathan Bailey w Company. Fot. Brinkhoff Mogenberg Jesienią, w listopadzie, gościliśmy Roba Rokickiego w niezastąpionym The Other Palace z porywającym programem – i tak, kolejnym jednorazowym występem – jego wielkiego projektu „Monster Songs”.  To wydarzenie stawia Rokickiego w czołówce wielkich talentów teatru muzycznego. Miejmy nadzieję, że ktoś podejmie ten temat i zrobi z tego coś niesamowitego, bo to świetny koncept i błyskotliwie napisany zbiór piosenek.

Sharon D Clarke i zespół. Fot. Helen Maybanks A potem na West End zawitało „Caroline, Or Change”: partytura Jeanine Tesori jest po prostu niebiańska – to zapierający dech w piersiach, płynny pastisz popu lat 40., 50. i 60., gospel i folku, gdzie każdy nurt gładko i naturalnie przechodzi w kolejny, dając głos i wzruszającą oprawę zwyczajnemu życiu niepozornych postaci Tony'ego Kushnera, wynosząc je na poziom magicznego, epickiego ekspresjonizmu.  Nic nie mogło powstrzymać tej wspaniałej muzyki przed czynieniem cudów, chociaż sama produkcja, moim zdaniem, rozminęła się z duchem muzyki i tekstu niemal na każdym poziomie – jedynie trzy wokalistki wspierające zdawały się zamieszkiwać ten sam wszechświat (i to jak wspaniale!) co muzyka, którą przyszło im śpiewać.  Nieważne: wystarczyło zamknąć oczy, by przenieść się do raju. Zarezerwuj bilety na Caroline, Or Change

Fot. PBG Studios I na koniec, w Above The Stag, perfekcyjnie przygotowane wznowienie „The Musical of Musicals” Joanne Bogart i Erica Rockwella w reżyserii Roberta McWhira z choreografią Carole Todd, dostarczyło więcej śmiechu niż wszystkie powyższe tytuły razem wzięte, co jest wielkim osiągnięciem dla tak małego spektaklu w kameralnym studio.  Podsumowując, był to kolejny rok zdominowany przez wysokiej klasy amerykańskie teksty, z jednym wyraźnym sukcesem brytyjskich twórców: po naszej stronie mamy ogromną jakość w warstwie produkcyjnej i wykonawczej, ale to USA wciąż wiedzie prym w standardach tworzenia libretta i muzyki.  Ze Stanów docierają też słabsze rzeczy – i niebiosa wiedzą, że musieliśmy się przez nie w tym roku namęczyć – ale nagrodą pozostaje masa naprawdę dobrej roboty autorów, którzy mają nie tylko warsztat, ale i coś ciekawego do powiedzenia.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS