Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Annie, Piccadilly Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Miranda Hart i dziewczęta z obsady Annie. Fot.: Paul Coltas Annie

Piccadilly Theatre,

4 czerwca 2017

3 gwiazdki

ZAREZERWUJ BILETY

Miranda Hart to główne nazwisko przyciągające widzów do tego radosnego, barwnego wznowienia klasyka dla dzieci i rodzin o uroczej dziewczynce z wciąż powracającą, przebojową piosenką. Choć Hart niekoniecznie wykazuje się umiejętnościami aktorskimi, wokalnymi czy tanecznymi w tradycyjnym „musicalowym” rozumieniu, zachwyca publiczność za każdym razem, gdy pojawia się na scenie. Zapewne wystarczy to, by zagwarantować produkcji pożądaną sprzedaż biletów, dopóki nie pojawi się jakaś ciekawsza propozycja.

Nikolai Foster, dyrektor artystyczny Curve Leicester i reżyser tego spektaklu, postawił sobie za punkt honoru uczynienie ze swojej macierzystej sceny domu dla wielkiego teatru muzycznego. To, jak dokładnie owa inscenizacja wpisuje się w ten ambitny plan, pozostawię do wyjaśnienia jemu samemu, niemniej jednak wiele teatrów w całym kraju mogłoby przygotować podobne widowisko. Scenografia i kostiumy Colina Richmonda to festiwal radosnych barw, utrzymany w stylistyce lat 50., mimo że akcja osadzona jest twardo w realiach Wielkiego Kryzysu w USA. Widz musi sam ocenić, jak te wszystkie wizualne „puzzle” pasują do Ameryki Roosevelta i Nowego Ładu. Ben Cracknell umiejętnie operuje światłem, dbając o oprawę każdego wejścia i zejścia ze sceny – z pewnością w pełnej zgodzie z wizją reżysera. Nick Winston opracował choreografię z energetyczną wręcz natarczywością: skromny chórek małych sierot daje z siebie wszystko, czyniąc ze swoich numerów teatralny szczyt punktowy widowiska. Dorośli, choć pełni uroku, momentami sprawiają wrażenie nieco zbyt statycznych i powściągliwych. Być może to celowy zabieg, ale – cóż – to nie dramat Clifforda Odetsa.

Djalenga Scott (Lily), Jonny Fines (Rooster) i Miranda Hart (Panna Hannigan) w Annie. Fot.: Paul Coltas

Foster prowadzi narrację zgodnie ze scenariuszem w sposób wierny i zdyscyplinowany – zdaje się cieszyć podkreślaniem hartu ducha dziewcząt, ich nieustającego optymizmu i prostoty, jednak w jego pracy z obsadą brakuje czegoś szczególnie błyskotliwego czy zapadającego w pamięć. Co więcej, biorąc pod uwagę, że sukces komercyjny show opiera się na głównej roli Hart, szkoda, że debiutująca w musicalu aktorka nie otrzymała spektaklu lepiej skrojonego pod jej predyspozycje – czyli nawiązywanie fantastycznej więzi z publiką – zamiast eksponowania obszarów, w których czuje się mniej pewnie.

Poza Mirandą, największym atutem tej rozrywki jest wspaniały zbiór piosenek Charlesa Strouse’a (muzyka) i Martina Charnina (teksty). Całość nie brzmi może jak jednolita, nowoczesna partytura, ale przypomina solidne, stylowe dzieło dawnych mistrzów melodii i eleganckiego słowa. Niemniej jednak, orchestracje i aranżacje George’a Dyera przypominają o stosunkowo niedawnym pochodzeniu utworu: musical przebojem wdarł się na sceny w połowie lat 70. i sporo tu brzmień mających w sobie krzykliwą, pewną siebie manierę estradową ery disco. (Zastanawiam się wręcz, czy wspomniane wcześniej dekoracje-puzzle nie są pozostałością po jakimś ówczesnym programie telewizyjnym?).

Ruby Stokes (Annie) i Alex Bourne (Daddy Warbucks) w Annie. Fot.: Paul Coltas

Tekst Thomasa Meehana zestarzał się znacznie gorzej: przejścia między dialogami a muzyką bywają skuteczne, ale chwilami wydają się wymuszone i niezręczne; tym ważniejsza byłaby tu ręka reżysera, która wygładziłaby te nierówności. Scenariusz wciąż pozwala też na nadużywanie utworu „Tomorrow”. Do przesady. Finałowa repryza, która w końcu wieńczy dzieło, jest niemal jak dobijanie gwoździa do trumny. Mimo to, nic – nawet te wszystkie sceniczne harce i przyklejone uśmiechy całego zespołu – nie jest w stanie odebrać show Alexowi Bourne’owi. Jego błyskotliwe wykonanie solówki „Something Was Missing” w drugim akcie to majstersztyk. Jest w tym pewna poetycka sprawiedliwość: jako podziękowanie za solidne rzemiosło w trakcie całego spektaklu, to właśnie on znajduje przekonującą głębię emocjonalną w jedynym naprawdę poruszającym numerze w całym śpiewniku „Annie”.

Dziewczęta, których łącznie jest 21, zostały najwyraźniej dobrane pod kątem zdolności do wykrzykiwania partii z nienaganną dykcją aż pod sam sufit Upper Circle (co wspiera dobitna reżyseria dźwięku Richarda Brookera). Robią to z jednolitym akcentem „General American”, który dla brytyjskiego ucha brzmi wiarygodnie, choć dla rodowitych Amerykanów może być zabawny. Jestem pewien, że wszystkie przeszły przez najlepsze szkoły artystyczne, gdzie wyszkolono je na sprawne automaty generujące powtarzalne rezultaty. To typ dzieciaków, które większość płacących za bilet rodziców będzie podziwiać przez czas trwania spektaklu, po cichu dziękując, że ich własne latorośle nigdy nie podzielą takiego losu. Nie znaczy to, że te młode aktorki nie wyrobią sobie w przyszłości własnej osobowości, ale na razie są jedynie posłusznymi lalkami. Pamiętajmy, że to nie „Matylda” – choć pozwala się tu dziewczętom na odrobinę dziecięcej zuchwałości, rzadko mają one szansę naprawdę postawić na swoim. Porównanie jest trafne: w historii Dahla bohaterka używa inteligencji, by odmienić swój dom; tutaj heroine musi uciekać od swojego pochodzenia, by dzięki dziecięcemu urokowi znaleźć schronienie w świecie dorosłych, zdominowanym przez bogactwo i przywileje.

Reszta obsady wypełnia luki. Ich najlepszym momentem jest bez wątpienia radosny początek drugiego aktu: tutaj Foster pokazuje klasę, świetnie realizując mroczną i wiarygodną pastiszową scenę „You’re Never Fully Dressed Without A Smile” – to niemalże hymn w stylu Nathanyela Westa, traktujący o komercyjnym wykorzystywaniu dzieci (prawdziwe cri-de-coeur tego musicalu?). Pod okiem przymilnego Berta Healy’ego (sprytna i energiczna kreacja Bobby’ego Delaneya), jesteśmy zachęcani – tak, jak potrafi to robić tylko naprawdę „szczery” broadwayowski musical – do oddania pokłonu bóstwu w postaci marki pasty do zębów. To krótki przebłysk tego, czym ten spektakl mógłby być. Gdzie indziej pojawia się Franklin D. Roosevelt – no bo czemu nie? – przewodniczący gabinetowi, nie radzący sobie z rządzeniem wielkim narodem i niezdolny do sformułowania sensownej polityki, dopóki nie zostaje mu podetknięta pod nos nasza Annie, serwująca kolejną solidną porcję „Tomorrow” (jak powiedziałby Makbet: „jutro, i jutro, i jutro”). I wtedy – hej, presto! – Roosevelt (w sympatycznej, uśmiechniętej osobie Russella Wilcoxa, mknący przez scenę na wózku niczym Bette Midler w „Art Or Bust”) wymyśla hasło, które zdefiniowało jego epokę. Domyślam się, że mała sierotka Annie musiałaby wrócić i zaśpiewać mu „tę” melodię jeszcze kilka razy, żeby dopracował wszystkie szczegóły, ale wiecie, o co chodzi!

W takim środowisku i przy takich założeniach, pozostawiam domyślności czytelnika, na ile skutecznie ktokolwiek z obsady może liczyć na zbudowanie wiarygodnej postaci. Czarny charakter Lily (Djalenga Scott) i Rooster (Jonny Fines) robią, co mogą z uproszczoną intrygą zaserwowaną przez Meehana, a „złota dziewczyna” Grace Farrell (Holly Dale Spencer) słodko wywiązuje się z zadania bycia jednocześnie seksowną i matczyną. I tak dalej.

Pomijając to malkontenctwo, mało prawdopodobne jest, by spektakl nie spodobał się młodej i niewymagającej publiczności. Fani Mirandy również będą ukontentowani, widząc ją na żywo w próbie wcielenia się w rolę musicalową, choć pewnie nie zaliczą tego do jej najwybitniejszych osiągnięć. Jako artystka, Miranda potrafi wydobyć z komedii wielką prawdę. To widowisko być może nie gra w tej samej lidze. Jest jaskrawe, pogodne i zabawne. Być może jednak Hart potrzebuje po prostu nieco więcej scenicznego obycia, by w pełni rozwinąć tu skrzydła.

A, czy wspominałem o psie? Jest pies. Jest też Boże Narodzenie. I – zdaje się – mignęła mi gdzieś zakonnica.

KUP BILETY NA SPEKTAKL ANNIE W PICCADILLY THEATRE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS