Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: The Audience, Gielgud Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

The Audience. Zdjęcie: Johan Persson The Audience

Apollo Theatre

19 marca 2013

4 gwiazdki

Czasem idzie się do teatru, by czegoś się nauczyć; czasem po to, by się pośmiać; czasem, by zobaczyć popis wielkiej gwiazdy w skrojonej pod nią roli; czasem, by zmierzyć się z czymś trudnym lub zostać zmuszonym do myślenia; czasem dla dreszczyku emocji; czasem, by zajrzeć za kulisy nieznanego dotąd świata; innym razem, by się wzruszyć lub doświadczyć magii genialnego tekstu w rękach aktorów, którzy doskonale wiedzą, co robią i w jakim celu. Rzadko jednak się zdarza – co trzeba przyznać – by jedno wyjście do teatru dawało to wszystko naraz, a czasem i znacznie więcej.

Spektakl „The Audience”, napisany przez Petera Morgana, z Helen Mirren w roli głównej i w reżyserii Stephena Daldry’ego, to właśnie jedno z tych rzadkich wydarzeń teatralnych, które oferują pełen wachlarz tych przeżyć. To bogata, idealnie wyważona i brawurowo zagrana refleksja nad brytyjską monarchią, urzędem premiera oraz ewolucją nastrojów społecznych w Zjednoczonym Królestwie. Nieczęsto ma się poczucie, że mogłoby się słuchać i oglądać dzieło autora przez kolejne dwanaście godzin, ale tutaj bezsprzecznie tak właśnie było.

Pomysł jest prosty: śledzimy wyobrażone spotkania królowej z kolejnymi premierami na różnych etapach jej panowania. Nie pojawiają się wszyscy szefowie rządów, a jednak pod koniec wieczoru stosunek monarchini do każdego z nich wydaje się jasny. Widzimy młodą Elżbietę traktowaną protekcjonalnie przez Churchilla, motywującą Johna Majora do bycia mężem stanu, powoli przekonującą się do Wilsona i rozluźnioną w towarzystwie Callaghana. Obserwujemy ją chłodną i zdystansowaną wobec jadowitej Margaret Thatcher, ciekawą Gordona Browna, przesłuchującą Anthony’ego Edena w sprawie szaleństwa kryzysu sueskiego oraz zmęczoną, choć wciąż do bólu szczerą wobec nużącego Davida Camerona. Przez cały ten czas kilka faktów staje się oczywistych: pragnienie służby przy jednoczesnym braku zgody na bycie traktowaną jak naiwną kobietę; niesłychana intuicja w wyczuwaniu nastrojów społecznych; nienawiść do ekscesów prasy i rasizmu; miłość do Wspólnoty Narodów i rodziny; potrzeba prywatności oraz – co najważniejsze – jej zwyczajność. To właśnie tę cechę królowa uważa za najbardziej niezbędną, by odnieść sukces jako monarchini.

Mirren jest olśniewająca; z niezwykłą lekkością przemieszcza się w czasie, zmieniając głos, chód i postawę zależnie od sceny. Niczym prawdziwy klejnot koronny, rozświetla każdy aspekt swojej postaci, wydobywając z roli pokłady człowieczeństwa i humoru. To pewny i popisowy występ prawdziwej gwiazdy. Jej konfrontacja z Thatcher (Haydn Gwynne stworzyła potwornie doskonałą kreację Żelaznej Damy) jest autentycznie porywająca, podobnie jak ostrożne, choć stanowcze przywoływanie do porządku Edena (świetny Michael Elwyn). Momentami aż trudno uwierzyć, że na scenie nie ma dwóch czy trzech wersji Mirren – tak przekonująco pokazuje proces starzenia się bohaterki.

Rufus Wright jako Cameron jest niepokojąco przymilny i autentyczny, John Ritter wspaniale oddaje niepewność Majora, a Nathaniel Parker jest rozkosznie trafny jako Brown. Edward Fox stworzył udaną, pełną werwy postać Churchilla (choć szkoda, że w tej roli nie zobaczyliśmy Roberta Hardy'ego), a David Peart jest ujmujący jako nieco zapomniany James Callaghan.

Jednak to Richard McCabe w roli rozkosznie prostolinijnego i bezpośredniego Harolda Wilsona tworzy najciekawszy kontrapunkt dla pozycji królowej: najpierw szczery do bólu i kwestionujący status quo (podobnie jak ona przy Churchillu i Edenie), później swojski, choć momentami skrępowany (niczym monarchini przy Callaghanie, Thatcher czy Majorze), aż wreszcie zmęczony i niepewny, jak iść dalej w obliczu starości i zapominania (tak jak ona przy Brownie i Cameronie).

To niezwykle inteligentny i wnikliwy tekst Morgana, który dzięki Daldry’emu ożywa na scenie w sposób zapierający dech w piersiach.

W spektaklu pojawiają się sceny, w których królowa wspomina siebie jako młodą dziewczynkę i lekcje, jakie odebrała przygotowując się do objęcia tronu – są one ciepłe i wartościowe, a młoda Elżbieta (tego wieczoru grana przez Nell Williams) jest zachwycająca. Geoffrey Beevers jest idealnym Koniuszym, a Harry Feltham i Matt Plumb mogliby uczyć bohaterów z „Downton Abbey”, jak nosić mundur i być uosobieniem nienagannej służby domowej. Charlotte Moore jako surowa, rzeczowa niania, zapada w pamięć swoją jedyną, ale kluczową sceną.

Bob Crowley stworzył wspaniałą scenografię i kostiumy oddające klimat epoki, a Rick Fisher zadbał o widowiskowe oświetlenie. Scena, w której Cecil Beaton fotografuje królową, to niespodziewana perełka. Tak jak i cały ten wieczór, pod każdym względem.

Gdyby wszystkie produkcje na West Endzie były tak dobre, Londyn padłby z czystego zachwytu.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS