Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Birdland, Royal Court Theatre ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Birdland w Royal Court. Fot. Tristram Kenton Birdland

Royal Court Theatre

29 kwietnia 2014

4 gwiazdki

Rzadko zdarza się, aby scenografia tak mocno podkreślała i nadawała namacalny kształt tematom poruszanym w tekście, a tak właśnie stało się dzięki znakomitemu projektowi Iana Macneila do nowej sztuki Simona Stephensa „Birdland”. Dramat, wystawiony premierowo w reżyserii Carrie Cracknell w Royal Court, oferuje moment doprawdy zachwycający – chwilę, w której scenografia dosłownie zaczyna pękać lub, zależnie od perspektywy, tonąć. Dzieje się to dokładnie wtedy, gdy świat Paula, gwiazdy rocka granej przez Andrew Scotta, wali się w gruzy, a on sam tonie w morzu nadmiaru, egoizmu i samotności.

Wrażenie jest tym silniejsze, że obecność wody pozostaje ukryta aż do tego kluczowego momentu. Jest tam, na widoku, a jednak wzrok jej nie dostrzega; czarna i cicha czeka, by o sobie przypomnieć. To kolejna metafora – czyhającej klęski i rozpadu, który niechybnie pochłonie Paula.

MacNeil stworzył coś naprawdę wspaniałego. Ta scenografia potrafi być wieloma rzeczami naraz – dokładnie tak, jak Paul ucieleśnia sobą wiele postaci jednocześnie: jest gwiazdą, najlepszym przyjacielem, klientem, szefem, dzieckiem, kochankiem, ofiarą, tandetnym rozpustnikiem i zagubioną duszą skłonną do agresji. Zewnętrzna powłoka skutecznie maskuje tę wielowarstwową naturę, czyniąc ją prostszą, niż jest w rzeczywistości.

Cracknell dba o to, by wykorzystać każdy centymetr tej przestrzeni (w czym pomagają wyjątkowo sugestywne światła Neila Austina), badając każdy aspekt osobowości Paula. Scenariusz Stephensa składa się z sekwencji scen rzucających światło na blaski i cienie życia współczesnej ikony rocka, uzależnionej od przesady i nieświadomej konsekwencji. Każda scena uwypukla inny element wybryków Paula i każda rozgrywa się w innej części scenografii, inaczej oświetlonej i wywołującej odmienne emocje.

W tekście Stephensa nie ma może nic szczególnie odkrywczego, choć „dooczne” wstrzykiwanie kokainy było w pewnym sensie nowością. Interesujące jest jednak to, jak autor opowiada tę historię z różnych punktów widzenia, podczas gdy Paul wiruje po rampie ku dekadenckiej zagładzie. Angażując grupę aktorów do odgrywania wielu ról, Cracknell podkreśla wszechobecną w życiu Paula teatralność, czyniąc formę prezentacji równie istotną, co samą treść. Poprzez celowo przerysowaną grę reżyserka trafnie punktuje mechanizmy napędzające upadek bohatera.

Tempo spektaklu faluje – czasem pędzi na złamanie karku, by za chwilę zwolnić i pozwolić widzowi na refleksję nad tym, co się wydarzyło. Zespół aktorski, w większości znakomity, świetnie radzi sobie z realizacją tej wizji.

W samym centrum, niczym lśniący klejnot i zarazem mroczne serce drapieżnej bestii, znajduje się Andrew Scott, który w roli Paula wręcz hipnotyzuje. Jego precyzja języka – sposób, w jaki wypowiada słowo „brzoskwinia”, przywołuje erotyzm jednocześnie nęcący i lekceważący – oraz umiejętność podania kwestii w zupełnie nieoczekiwany sposób, w połączeniu z surową fizycznością, tworzą bezwzględnie szczery portret człowieka pochłoniętego przez sławę.

Scott doskonale potrafi pokazać kruchą psychikę bohatera skrytą pod maską brawury. Robi to po mistrzowsku, dając nam wgląd w duszę przerażonego, zdezorientowanego dziecka zagubionego w blasku supergwiazdorstwa.

Mimo to, nie jest to najlepsza rola w dorobku Scotta. Wszystkie te techniczne sztuczki i tiki widzieliśmy już u niego wcześniej, czasem w lepszym wydaniu. Dlatego jego Paul, zamiast być objawieniem, jest dokładnie taki, jakiego można się spodziewać po tak utalentowanym aktorze. Szkoda, że Cracknell nie pchnęła go w inne, mroczniejsze rejony.

Alex Price jest wspaniały jako Johnny, muzyk i najlepszy przyjaciel Paula. Scena otwierająca, budująca ich relację, to jeden z najmocniejszych punktów przedstawienia. Kiedy Paul niszczy świat Johnny’ego aktem niewiarygodnego egocentryzmu i zazdrości, obserwowanie konsekwencji oraz bolesnej spowiedzi staje się najbardziej satysfakcjonującym elementem spektaklu. To właśnie Price sprawia, że losy bohaterów zaczynają nas naprawdę obchodzić.

Daniel Cerqueira jest wyśmienity zarówno jako oślizgły agent, jak i spłukany, ale poczciwy ojciec Paula. Każda z odgrywanych przez niego postaci jest zupełnie inna; nie ma mowy o zacieraniu się granic, nawet przy błyskawicznych zmianach ról. Najbardziej poruszający jest jako ojciec – ta scena pulsuje wręcz bólem. Z kolei jako agent jest bezbłędny, w punkt pokazując Paulowi, kto tu jest panem, a kto niewolnikiem, brutalnie obdzierając go z marzeń o ucieczce.

Yolande Kettle błyszczy szczególnie jako Mandy, wielka miłość Johnny’ego, która uwiedziona i dręczona przez Paula, szuka ratunku w samobójstwie. Jej cierpienie było niezwykle poruszające. W kilku innych rolach aktorka pokazała dużą wszechstronność, jednak to jej powrót, niczym zatopionej Ofelii, był najbardziej zapadającym w pamięć, upiornym obrazem.

To najlepsza produkcja Royal Court od dłuższego czasu, choć sama sztuka Stephensa nie należy do jego najwybitniejszych osiągnięć.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS