WIADOMOŚCI
RECENZJA: Cabaret, Studio 54 ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Alan Cumming w musicalu Cabaret w Studio 54. Fot. Joan Marcus Cabaret
Studio 54
17 kwietnia 2014
5 Gwiazdek
Dla wielu osób najbardziej kultowe i definiujące role w teatrze muzycznym to te znane z filmowych adaptacji scenicznych hitów. W przypadku Rexa Harrisona w My Fair Lady, Yula Brynnera w Królu i ja czy Julie Andrews w Dźwiękach muzyki, argumenty te są solidne – choć warto pamiętać, że "La Andrews" nie stworzyła roli Marii Von Trapp na scenie, ani później w teatrze jej nie grała. Była ona, podobnie jak inne gwiazdy, wybraną spośród wielu kandydatkę do zagrania głównej roli w adaptacji filmowej.
Oczywiście Dźwięki muzyki, jak na filmową adaptację przystało, nie odbiegały drastycznie od wersji scenicznej. Inne filmy muzyczne adaptowano z mniejszym poszanowaniem dla pierwowzoru, dzięki któremu w ogóle powstały. Hello Dolly z Barbrą Streisand czy Cabaret z Lizą Minnelli to właśnie takie przypadki: udane, zapadające w pamięć filmy z centralnymi rolami gwiazdorskimi, które mają niewiele wspólnego z założeniami, kluczowymi potrzebami czy wzlotami i upadkami oryginalnego spektaklu.
Problem polega na tym, że te filmy wyryły się w zbiorowej świadomości, więc widzowie przychodzący do teatru – co poniekąd zrozumiałe – oczekują podobnych wrażeń. Jednak w przypadku zarówno Dolly Levi, jak i Sally Bowles, prosta prawda jest taka, że ich sceniczne odpowiedniki mają niewiele, a czasem wręcz nic wspólnego z tymi filmowymi kreacjami.
Jednocześnie piosenki kojarzone z tymi postaciami stały się standardami i świat przywykł do słuchania takich numerów jak Maybe This Time, Cabaret czy Before The Parade Passes By w wielkim, brawurowym stylu z potężnym wokalem.
Oczekiwania mogą więc stanąć na drodze do docenienia ról zagranych idealnie w punkt według zamysłu twórców.
Ale trzeba by być doprawdy nierozsądnym, by pozwolić takim oczekiwaniom zepsuć sobie przyjemność z oglądania po prostu genialnego wznowienia Kabaretu, które jest obecnie wystawiane w Studio 54 na Broadwayu. Reżyserowana przez Sama Mendesa i Roba Marshalla (który odpowiada również za choreografię), jest to nowa odsłona nagrodzonej nagrodą Tony produkcji z 1998 roku. Bez wątpienia możliwe jest, że tamta oryginalna wersja była lepsza od obecnej, ale poza jednym małym szczegółem, wydaje mi się to wręcz niepojęte.
Jest to bowiem spektakl pyszny, olśniewający, subtelny i rozkosznie wywrotowy w każdym calu – to Kabaret z nazwy, formy i duszy. W jednej chwili bywa prześmieszny, by za moment stać się boleśnie tragiczny. Niektóre elementy są przerysowane (słusznie!), inne wyciszone (również słusznie, choć może zaskakująco), a radość z cudownych piosenek duetów Kander i Ebb jest nieustannie zestawiana z mrocznym, podłym i łamiącym serce losem głównych bohaterów.
Inscenizacja jest zwarta i precyzyjna. Często drewniana scena pozostaje pusta. Oświetlenie (Peggy Eisenhauer i Mike Baldassari) odgrywa ogromną rolę w wywoływaniu emocji, a sceniczne winiety nigdy nie są przypadkowe i zawsze wypadają idealnie. Prosty reflektor punktowy staje się niemalże kolejną postacią w dramacie.
Reżyseria jest niczym innym jak majstersztykiem. Tempo ani na chwilę nie słabnie – nawet w pauzach tętno utworu bije zdecydowanie do przodu. Choreografia zaś jest brudna, niezwykła, dopracowana do perfekcji i całkowicie porywająca. William Ivey Long przeszedł samego siebie w kwestii kostiumów: eleganckie i lubieżne, każde ubranie idealnie wpisuje się w reżyserską koncepcję.
Zespół wydaje się składać z samych wszechstronnych talentów: utalentowanych aktorów, śpiewaków, tancerzy i muzyków jednocześnie. Grają epizodyczne role, uwodzą publiczność, tańczą sugestywnie i sami wykonują całą muzykę. Są fenomenalni. A kiedy konferansjer mówi, że „orkiestra jest piękna”, wcale nie przesadza; orkiestra gra po prostu genialnie.
Kierownictwo muzyczne (Patrick Vaccariello) jest nienaganne, balans i brzmienie doskonałe, a nacisk na tekst wyraźny. Śpiew przez cały czas trzyma wysoki poziom, a harmonie są czyste i mocne.
Alan Cumming gra Mistrza Ceremonii z oszałamiającą furią. Jest w niesamowitej formie fizycznej i sprostał wszystkim wymaganiom tej najbardziej eklektycznej z ról. Wspaniale improwizuje, gdy nadarzy się okazja, a choć potrafi być niezwykle zmysłowy i zabawny, potrafi też pokazać głębię: jego wykonanie I Don't Care, w pełnym trybie dramatycznej ballady i błyszczącej sukni z cekinami, przeraża swoją intensywnością. Słuchając go, rozumie się, co naprawdę oznacza sformułowanie „wypruwać sobie żyły podczas śpiewu”.
Równie wzruszające i pięknie wykonane było If You Could See Her Through My Eyes, podane przez Cumminga tak, jakby utwór napisano wczoraj. Z kolei Two Ladies to komiczne, zmysłowe przedawkowanie, gdy Cumming wraz z partnerką i partnerem-partnerką dokazują w atmosferze nieskrępowanej, grzesznej przyjemności.
Mistrz Ceremonii w tej wersji nieustannie krąży po scenie, wyłaniając się z mroku, by siać chaos, podkreślić jakiś punkt, dołączyć do tanecznego układu, pokazać goły pośladek z wytatuowaną swastyką czy naświetlić istotny problem. Cumming nigdy się nie zatrzymuje, ani na chwilę nie traci energii, atakując rolę z niesłabnącą pasją. Jest rewelacyjny pod każdym możliwym względem.
Widziałem w życiu kilka wspaniałych odtwórczyń roli Fräulein Schneider, ale szczerze mówiąc, to, co Linda Emond robi z tą postacią, to czysta perfekcja. Śpiewa obie swoje piosenki z zaskakującą siłą głosu (kto by przypuszczał, że ma tak mocny, wykształcony warsztat wokalny?) i po mistrzowsku portretuje wrodzony smutek swojej bohaterki oraz ogromną szansę na szczęście, która najpierw się pojawia, a potem zostaje jej brutalnie odebrana. Jej nieskazitelna, pełna rozpaczy interpretacja What Would You Do? jest pod każdym względem oszałamiająca. To triumf.
Jako Herr Schultz, Danny Burstein jest wręcz wybitny. Serdeczny i pełen nadziei, jego poczciwy niemiecki Żyd to czysta przyjemność dla widza. Stanowi on fundament emocjonalnego horroru tego wieczoru i robi to bezbłędnie. Moment pod koniec pierwszego aktu, gdy jego świat legnie w gruzach wraz z nadejściem nazistów i ujawnieniem jego pochodzenia, jest wstrząsający, a podkreśla go melancholijne Tomorrow Belongs To Me.
Dwie najbardziej problematyczne role w tym spektaklu to Cliff i Ernst, ale ta wersja tekstu wygładza toporne krawędzie oryginału, a w rękach dwóch utalentowanych i czarujących aktorów stają się oni kimś więcej niż tylko papierowymi postaciami. Bill Heck gra męskiego, biseksualnego Cliffa, przejętego swoją karierą i niemocą twórczą, ale jednocześnie zafascynowanego światem, który oferuje Kit Kat Klub. Wnosi on swobodną pewność siebie do relacji z Sally, a jednocześnie buduje prawdziwą więź z Niemcem, Ernstem.
Aaron Krohn jest wybitny jako Ernst i w niezwykle trafny sposób ukazuje dychotomię dojścia nazistów do władzy: to zwykły Niemiec, patriota i zdroworozsądkowy obywatel, który przyjmuje retorykę i ideologię partii. Dzięki temu, że Krohn czyni Ernsta postacią sympatyczną, a nie śliską czy manipulacyjną, głęboki horror jego nazistowskiej przynależności jest odczuwalny niezwykle boleśnie. Tak jak czuje to Fräulein Schneider, czuje to i publiczność. A to wszystko pomaga nam zrozumieć Cliffa.
Gayle Rankin nie w każdej scenie jako Fräulein Kost trafia w dziesiątkę, ale udaje jej się to w większości przypadków. Być może to po prostu kwestia poziomu reszty obsady, ale w jej występie jest coś szorstkiego i niespójnego. Jednak przy tak wysokim poziomie całości, to tylko drobne zastrzeżenie.
W zespole na wyróżnienie zasługują zwłaszcza Leeds Hill (Bobby), Dylan Paul (Victor), Kristen Olness (Helga), Kayleigh Cronin (Lulu) oraz Evan D. Siegel w roli Rudy’ego. Każdy z nich wnosi do swojej pracy wyjątkowy blask – trudno oderwać od nich wzrok.
Jako Sally Bowles, Michelle Williams płonie żarem niespożytej energii i drżącej, bolesnej kruchości; jest nieskazitelna pod każdym względem.
Sally Bowles to drugorzędna artystka, angielska uciekinierka wiążąca koniec z końcem w Berlinie dzięki lubieżnym mecenasom i zepsutym kolegom z branży. Jako postać w spektaklu scenicznym czy w oryginalnej powieści Isherwooda, nie jest ona ognistą kusicielką znaną z ekranu dzięki Lizie Minnelli, jakkolwiek tamta postać była niewątpliwie fascynująca.
Otóż nie.
Sally Bowles tak naprawdę nie śpiewa dobrze, nie tańczy szałowo i jest złamaną, zagubioną postacią przypominającą lalkę, przyzwyczajoną do brutalnego traktowania. Ma marzenia, ale sama rzuca sobie kłody pod nogi. Choć potrafi zapłonąć jasnym blaskiem, zawsze szybko się wypala.
Williams oddaje tę postać idealnie. Jest naскroś brytyjska, przypomina niemal obłąkaną uciekinierkę z epoki jazzu. Rezolutna, dekadencka i skandalizująca, uosabia świadome dogadzanie sobie i wewnętrzną determinację.
Jej występy w Don't Tell Mama i Mein Herr były czystą zabawą – totalnym zaangażowaniem w rolę niespełnionej diwy. Z wielką wnikliwością i ogromnym efektem dramatycznym zamienia Maybe This Time w introspektywny lament pełen bólu, tęsknoty i oczekiwania na rozczarowanie. To nie jest odśpiewany na całe gardło hymn – to krzyk serca, pragnienie prawdziwej bliskości i uznanie marności, jaką jest życie. To wspaniałe.
Ale prawdziwa niespodzianka przychodzi w kulminacyjnym numerze, tytułowej piosence: Cabaret. Williams podchodzi do tego utworu ze świeżej i unikalnej perspektywy. Staje się on dla jej Sally tak samo oczyszczający, jak Rose's Turn dla Mamy Rose w Gypsy. Brzmiało to tak, jakby tę piosenkę słyszało się po raz pierwszy: każda nuta tętniła żalem, bólem i gniewem. Występ całkowicie oryginalny. Usłyszenie, jak przelewa swoją duszę w ten numer, będzie zaliczane do moich największych przeżyć na broadwayowskiej scenie.
I te oczy... przerażający wyraz jej oczu, gdy wspominała Elsie, a potem buntowała się przeciwko swemu losowi... wręcz hipnotyzujący.
Williams stworzyła tu wielką kreację – przemyślaną, całkowicie wiarygodną, kruchą, dekadencką i naznaczoną nieszczęściem oraz desperacją.
Jest ona, bez dwóch zdań, najlepszą Sally Bowles, jaką kiedykolwiek widziałem lub słyszałem.
Wybacz, Dame Judi.
To zdecydowanie najlepsza wersja Kabaretu, jaką widziałem. Zróbcie wszystko, by ją zobaczyć.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności