WIADOMOŚCI
RECENZJA: Carrie, Southwark Playhouse ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Kim Criswell i Evelyn Hoskins w Carrie The Musical. Zdjęcie: Calire Bilyard Carrie
Southwark Playhouse
9 maja 2015
5 Gwiazdek
Zapomnij o absolutnie wszystkim, co czytałeś lub słyszałeś o musicalu Carrie. Zapomnij, że jego premiera przygotowana przez Royal Shakespeare Company w 1988 roku okazała się spektakularną klapą, mimo gwiazdorskiej obsady z Barbarą Cook i reżyserii Terry'ego Handsa. Zapomnij, że premiera na Broadwayu, również w 1988 roku z Betty Buckley, zeszła z afisza po zaledwie 21 przedstawieniach i przyniosła ponad siedem milionów dolarów straty. Zapomnij o filmie Briana De Palmy i powieści Stephena Kinga. A przede wszystkim zapomnij o tych wszystkich, którzy o pierwszym podejściu do tego musicalu mówili: „Co oni sobie myśleli?”, oraz o słynnej książce z 1992 roku zatytułowanej „Not Since Carrie: Forty Years of Broadway Musical Flops”.
Zapomnij o tym wszystkim.
Kup bilet na wznowienie Carrie wystawiane obecnie w Southwark Playhouse i podejdź do niego z otwartą głową. Bowiem ten dziwny, niemal operowy utwór (muzyka: Michael Gore, teksty piosenek: Dean Pitchford, libretto: Lawrence D. Cohen) to znacznie bardziej klasyczna tragedia niż broadwayowska klapa; to raczej epopeja w skali mikro niż chybiona parodia, po prostu dostarczająca więcej rozrywki niż niejeden współczesny musical. W reżyserii Gary'ego Lloyda, który odpowiada również za choreografię, Carrie okazuje się wszystkim, czym musical być powinien: świetnie zaśpiewanym, wciągającym, zagranym z pełnym oddaniem przez w większości bardzo utalentowaną obsadę i pełnym emocji spektaklem.
Duża scena w Southwark Playhouse okazuje się idealna dla Carrie. Przestrzeń ta daje poczucie klaustrofobii, a jednocześnie przypomina szkolną salę gimnastyczną, co znakomicie się sprawdza. Intymność między wykonawcami a widownią jest uderzająca i pozwala wybrzmieć podskórnym tematom – presji rówieśniczej, ostracyzmowi, miłości, fanatyzmowi, oddaniu czy nienawiści do inności. Każdy widz znajdzie tu postać lub sytuację, która w jakiś sposób z nim zarezonuje.
Reżyseria Lloyda jest rzeczowa i sprawia, że tempo ani na chwilę nie spada, a narracja podtrzymuje zainteresowanie. Najbardziej kontrowersyjnym aspektem produkcji jest przeniesienie akcji w czasy współczesne, gdzie selfie i iPhone'y są nieodłącznym elementem szkolnej rzeczywistości. Często wywołuje to zgrzyt i odnosi się wrażenie, że sztuka broniłaby się znacznie lepiej, gdyby pozostała osadzona w swoich oryginalnych realiach.
Najbardziej godne podziwu w wizji Lloyda jest to, że nie próbuje on odtwarzać filmu, książki ani nawet poprzednich inscenizacji tego musicalu. Nie stara się stworzyć muzycznego horroru – zamiast tego serwuje nam musical dramatyczny z elementami grozy. Ostatecznie bowiem prawdziwym horrorem w tej opowieści nie jest masowa destrukcja dokonana siłą telekinezy przez bohaterkę doprowadzoną do ostateczności. Nie. To historia o tym, jak człowiek przyparty do muru przez siły, nad którymi nie ma kontroli, a które nieustannie go osaczają, w końcu pęka i morduje zarówno niewinnych, jak i swoich oprawców, aż w końcu, w morzu krwi, kończy się jego własne życie.
Jeśli brzmi to znajomo, to nie bez powodu. To w gruncie rzeczy ten sam schemat narracyjny co w Sweeney Toddzie. Różnice są oczywiście wyraźne, ale główny motyw jest zaskakująco podobny. Nikt nie wątpi, że Sweeney Todd to doskonały materiał na teatr muzyczny. Nikt też nie powinien wątpić, że Carrie jest równie odpowiednim tematem.
Libretto Cohena bywa miejscami nieco toporne, ale nie jest to wadą dyskwalifikującą. Bardzo dobrze oddaje atmosferę szkolnego nękania i szczeniackich zachowań panujących w szkole Carrie, a także duszne, ponure i beznadziejne życie domowe, jakie znosi dziewczyna – pełne religijnego fanatyzmu i trudnej miłości.
Historia opowiedziana jest w prosty sposób. Carrie to nieśmiała, niezdarna dziewczyna, pogardzana przez „popularne” dziewczyny w szkole. W domu jest kontrolowana i terroryzowana Biblią przez matkę – surową, nieco niezrównoważoną kobietę, która zastąpiła pismo święte wszystkim innym w swoim życiu i dla której określenie „fanatyczka” to mało powiedziane. Kiedy Carrie dostaje pierwszą miesiączkę pod prysznicem po lekcji WF-u, jest przerażona i szuka pomocy u koleżanek. Jednak pod wodzą bogatej i złośliwej Chris, dziewczyny wyśmiewają Carrie i dręczą ją, rzucając w nią podpaskami. Carrie jest tak roztrzęsiona, że niechcący aktywuje swoją telekinetyczną moc i rozbija lampę. Interweniuje życzliwa nauczycielka, panna Gardner, a Carrie zostaje wysłana do domu. Tam jednak nie znajduje pocieszenia – matka surowo ją karze, przypominając o biblijnej „klątwie krwi”.
Jedna z koleżanek Carrie, Sue, zaczyna żałować swojego zachowania i sprzeciwia się okrucieństwu Chris. Atmosferę podgrzewa panna Gardner, nalegając, by wszystkie dziewczyny, które dręczyły Carrie, przeprosiły ją. Chris odmawia i dostaje zakaz wstępu na bal maturalny. Wściekła Chris planuje upokorzyć Carrie. Sue prosi swojego chłopaka, Tommy'ego – ideał sportowca, piszącego wiersze i będącego uosobieniem „chłopaka z sąsiedztwa” – aby to on zabrał Carrie na bal. Nie robi tego dlatego, że nie chce z nim iść (bardzo chce), ale dlatego, że pragnie pokazać Carrie, iż ludzie potrafią być mili. Tommy waha się, ale zgadza się, bo w gruncie rzeczy jest porządnym facetem.
Carrie i jej matka kłócą się o wyjście na bal. Jednak Carrie testuje granice swoich telekinetycznych zdolności i demonstruje je matce, która zaczyna się jej bać, wierząc, że córka jest czarownicą. Carrie idzie na bal z Tommym i wbrew swoim obawom bawi się świetnie. Jest szczęśliwa, być może po raz pierwszy w życiu.
Dzięki sfałszowaniu wyników głosowania, Chris sprawia, że Carrie i Tommy zostają wybrani królową i królem balu. Na podium, w chwili największej radości, Carrie i Tommy zostają nagle oblani świńską krwią – zemsta Chris dopełnia się. Po początkowym szoku, uczniowie (z wyjątkiem Tommy'ego i Sue) wybuchają śmiechem, czerpiąc z jej upokorzenia niemal instynktowną satysfakcję. Ale Carrie pęka i pozwala swoim mocom uderzyć, zabijając najpierw Tommy'ego, a potem wszystkich oprócz Sue, której udaje się uciec z pożogi. Niszcząc budynek szkoły, Carrie brnie do domu, zakrwawiona i zrozpaczona. Jednak w domu czeka na nią matka z nożem w ręku, gotowa zabić swoje „dziecko czarownicy”.
Największym problemem tego spektaklu jest jednowymiarowość głównych czarnych charakterów – rozpieszczonej Chris i jej chłopaka, „złego gościa” Billy’ego Nolana. Przyczyniają się do tego nie tylko piskliwe, jednostajne kreacje (Gabriella Williams i Dex Lee), ale także dialogi Cohena i sposób prowadzenia tych postaci. Byłoby lepiej, gdyby otrzymali duet ilustrujący ich niepewność co do planu lub jasno wyjaśniający, dlaczego uważają swoją zemstę za uzasadnioną; być może chwila wahania dałaby im więcej głębi, zamiast pokazywania nam jedynie, jak przygotowują pułapkę ze świńską krwią.
Nagłośnienie również odgrywa tu negatywną rolę. Dużo z tego, co śpiewają Williams i Lee, ginie, ponieważ proporcje między instrumentami a głosami są niewłaściwe. Nie pomaga to ich występom. Projektant dźwięku Dan Sampson ma jeszcze sporo do poprawienia, zwłaszcza w numerach zespołowych. Ważne teksty piosenek znikają w nawale dźwięku.
Pomijając te kwestie, jest to znakomita, angażująca produkcja.
Kim Criswell jest wspaniała jako matka Carrie. Jej głos jest w niezwykłej formie, a trudną partyturę śpiewa z brawurową lekkością. Criswell bywa krzykliwa i potężna, gdy tego wymaga sytuacja (And Eve Was Weak, Evening Prayers), by za chwilę stać się głęboko powściągliwą, emanującą szczerym bólem. Jej wykonanie utworu When There's No-One w drugim akcie to prawdziwy popis techniki wokalnej i nieskazitelnej barwy. To drapieżna, bezkompromisowa rola pełna goryczy i białej gorączki; całkowicie przekonująca. Criswell triumfuje; jej autentyczność w połączeniu z potężnym głosem daje kreację, której nikt z widzów nie zapomni.
Biorąc przykład z Criswell, wielu aktorów podchodzi do materiału w podobny sposób: szczerze i z pełnym zaangażowaniem. Jodie Jacobs jest doskonała jako panna Gardiner, a jej wykonanie repryzy Unsuspecting Hearts to najwyższa klasa. Greg Miller-Burns jest doprawdy świetny jako Tommy; udaje mu się przekonująco połączyć wizerunek przystojnego sportowca z wrażliwym, ludzkim poetą. Mało kto nie wzruszy się przy jego pięknym Dreamer In Disguise czy uroczej piosence o miłości You Shine.
Sarah McNicholas dzielnie mierzy się z rolą Sue, która pod pewnymi względami jest najtrudniejsza. Przez sposób prowadzenia narracji, jej los oraz to, co straci, jest jasne od samego początku. McNicholas robi jednak wszystko, by nie zdradzić zakończenia, a jej sceny z Tommym, a później z Carrie, wydają się szczere i prawdziwe. Dysponuje również świetnym głosem. Mimo że musi mierzyć się z dość niezręcznymi dialogami, udaje jej się nadać im sens. Ostatnie chwile przed tragedią mogłyby być jednak rozpisane czyściej – autor libretta powinien poświęcić więcej uwagi spójności tej postaci.
Niektórzy członkowie zespołu tworzą świetne kreacje charakterystyczne, ale wszyscy bez wyjątku śpiewają harmonie z werwą i tańczą z ogromną energią (Lloyd potrafi budować nastrój oraz poczucie czasu i miejsca za pomocą precyzyjnych kroków tanecznych). Na szczególne wyróżnienie zasługują Patrick Sullivan jako „bi-ciekawy” George, Bobbie Little jako Frieda oraz Olly Dobson jako Stokes. Z drugiej strony, dość bezbarwne i niepotrzebnie przygaszone występy odnotowali David Habbin (Pan Stephens), Molly McGuire (Norma) i Emily McGougan (Helen). Lloyd powinien poświęcić tym wykonawcom tyle samo uwagi co reszcie – w tak kameralnej wersji każda postać ma znaczenie.
Zespołowi udało się bardzo dobrze oddać poczucie zwyczajności i rówieśniczych relacji, co jest kluczowe, aby przyjąć ich za grupę maturzystów w miejscu, które mogłoby być gdziekolwiek. Carrie działa tylko wtedy, gdy kontrast między zwykłym życiem a wszechpotężną siłą jest wyraźny. I tutaj zdecydowanie tak jest.
Oczywiście spektakl nie miałby szans bez fenomenalnej odtwórczyni roli tytułowej, a w osobie Evelyn Hoskins reżyser znalazł prawdziwą gwiazdę. Hoskins jest idealna. Jest stłamszona, pełna poczucia odrzucenia i niezrozumienia, a jednocześnie przerażona religijnym faszyzmem matki i własną, rosnącą mocą. Ze spuszczoną głową i niemal pustym spojrzeniem, Hoskins uosabia niepewność każdego aspektu życia Carrie. Ale jak każde zastraszone stworzenie, potrafi oddać – a kiedy to robi, czyni to z pełną furią skrzywdzonego zwierzęcia, które szczerzy kły i łaknie krwi.
Sceny Hoskins z McNicholas i Miller-Burnsem pozwalają jej pokazać szeroki wachlarz emocji, co wykorzystuje bezbłędnie. Proste, delikatne momenty z Tommym są idealnie wyważone i pokazują Carrie prawdziwie szczęśliwą, choćby przez chwilę. Podobnie sceny między Criswell a Hoskins wyraźnie kreślą drogę od sterroryzowanego dziecka do zbuntowanej młodej kobiety – moment, w którym Carrie unosi matkę w powietrzu siłą woli, podczas gdy sama spokojnie je kolację, jest autentycznie wstrząsający.
Dysponując potężnym i ciekawym głosem, Hoskins śpiewa swoją partię bez kompleksów, jak rodząca się diva. Unsuspecting Hearts zachwyca, podobnie jak finałowe I Remember How Those Boys Could Dance (oba utwory z Criswell), a jej krzyk bólu w Why Not Me jest trafiony w punkt. Duety w drugim akcie pokazują jej wszechstronność, zwłaszcza łagodny moment w Dreamer in Disguise z Tommym.
Kierownik muzyczny Mark Crossland wykonał kawał świetnej roboty. Warstwa muzyczna stoi na najwyższym poziomie. Siedmioosobowy zespół gra wyśmienicie, a tempa są energiczne i trafione. Gdy tylko zostaną rozwiązane problemy z nagłośnieniem, będzie to wykonanie godne zarejestrowania dla potomności.
Doskonałą pracę wykonały działy efektów specjalnych (Jeremy Chernick) i efektów kaskaderskich (Flying By Foy). Lewitacja Criswell jest zrealizowana szczególnie dobrze, podobnie jak sztuczki towarzyszące odkrywaniu mocy przez Carrie i niszczeniu szkoły. Mądrze postawiono na sugestywność zamiast na przesadę, co przyniosło świetne rezultaty. Niemniej jednak, lepkiej, czerwonej krwi nie brakuje!
Patrząc na to z dowolnej perspektywy, jest to sprawna i wartościowa inscenizacja dzieła, które przez długi czas było potępiane przez pryzmat dawnych wyborów artystycznych lub ówczesne opinie „teatralnej inteligencji”. Carrie jest w rzeczywistości tak samo dobra, jeśli nie lepsza od wielu ostatnich produkcji: z pewnością przewyższa Made in Dagenham, Kobiety na skraju załamania nerwowego, Love Never Dies, From Here To Eternity czy Stephen Ward – a przynajmniej ta konkretna inscenizacja jest lepsza niż ich ostatnie londyńskie wystawienia.
Po części wynika to z siły samego materiału. Po części z faktu, że obsada pracuje niestrudzenie, będąc w pełni „tu i teraz”, zawsze starając się grać szczerze i służyć muzyce, tekstowi oraz choreografii. Wynika to również z faktu, że centralny kwartet – Hoskins, Criswell, Miller-Burns i McNicholas – ma w sobie to „coś”. A wreszcie dlatego, że wizja Lloyda jest prosta: opowiada historię, pozwalając mówić muzyce, i nie próbuje tworzyć kiczowatego hołdu.
Aby doświadczyć radości, jaką oferuje ta Carrie, potrzebujesz tylko jednego: otwartej głowy. Resztę załatwi ta znakomita produkcja.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności