WIADOMOŚCI
RECENZJA: Clarence Darrow, Old Vic Theatre ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Kevin Spacey w roli Clarence’a Darrowa. Fot. Manuel Harlan Clarence Darrow
Old Vic Theatre
4 czerwca 2014
3 gwiazdki
Akt drugi. Kevin Spacey jest w swoim żywiole, gestykuluje gwałtownie i buduje atmosferę słusznego oburzenia, odtwarzając jedną z mów końcowych Clarence’a Darrowa – wyjątkowo żarliwą i przejmującą. Głos Spacey’ego grzmi, pełen głębokiego rezonansu. Nagle, niczym brzęczenie komara, przez ogrom przebudowanej sceny typu in-the-round w Old Vic przebija się inny dźwięk, który dziwnie i irytująco przecina dykcję aktora. Czyżby harmonizował sam ze sobą? Dźwięk staje się coraz głośniejszy, nabiera pulsującej, drażniącej natarczywości; brzmi jak byk wpadający do składu porcelany i jak sopranistka operowa, której czkawka rozbija kieliszki do szampana. To zimny, bezosobowy i groteskowy dźwięk, przyspieszający tempo i intensywność, desperacko błagający, by ktoś w końcu odebrał ten pieprzony telefon i zakończył to natrętne, świdrujące wycie wulkanicznego horroru.
Ale nikt nie odbiera.
Zniecierpliwiony Spacey, który szczerze próbował brnąć dalej, by w głowach widzów nie zostało nic poza jego własnym głosem, gubi rytm i odwraca się, chwytając krawędzi stołu. W tym samym momencie ta akustyczna plaga cichnie, a Spacey burczy pod nosem: „Jeśli ty tego nie odbierzesz, ja to zrobię”.
Widownia wybucha śmiechem i nagradza „mistrza Spacey'ego” gorącymi brawami.
Wszyscy rozglądają się, by zobaczyć, kto sięga po telefon. Teatry z widownią wokół sceny są dla publiczności bezlitosne. Ale nikt się nie rusza. I nikt inny, kto wciąż ma włączony ten cholerny aparat na sali, również go nie wyłącza, ignorując ryzyko zniszczenia kolejnej sceny. Później telefony dzwoniły jeszcze dwa razy, a co najmniej trzy osoby uznały za stosowne odebrać najwyraźniej „ratujące życie” e-maile lub wiadomości.
Ale Spacey interweniował tylko raz. A gdy już to zrobił, poświęcił chwilę, by zwrócić się do większości publiczności z szelmowskim uśmiechem, wysyłając w świat przekaz w stylu: „To go, kurczę, nauczy”.
Ciekawe było to, że Spacey w tych momentach nie wyszedł do końca z „roli”. Choć brzmi to dziwnie, odebrano to po prostu jako kolejny moment interakcji z ławą przysięgłych w wykonaniu Darrowa.
Sztuka „Clarence Darrow” autorstwa Davida W. Rintelsa, oparta na powieści Irvinga Stone’a „Clarence Darrow for the Defense” w reżyserii Thei Sharrock, wystawiana w Old Vic, stała się wczoraj wieczorem areną słynnego już „momentu z telefonem Spacey'ego” podczas pokazu prasowego.
Darrow jest uważany za jednego z najwybitniejszych, o ile nie najwybitniejszego amerykańskiego prawnika wszech czasów. Był barwnym mówcą, który podejmował się niepopularnych spraw i wygrywał, zmienił oblicze prawa pracy w Ameryce i przez całe życie pozostawał zagorzałym przeciwnikiem kary śmierci. Miał także syna o imieniu Paul – to ciekawostka dla fanów serialu „Blake’s 7”.
Jest to monodram, który pod wieloma względami stanowi argument przeciwko tej formie jako skutecznemu gatunkowi dramaturgicznemu. (Choć istnieją też błyskotliwe argumenty „za” – jak choćby genialny popis Eileen Atkins w roli Ellen Terry).
Przez całą sztukę Darrow wchodzi w interakcje z różnymi postaciami i niemal nie sposób oprzeć się wrażeniu, że wszystko byłoby celniejsze, czystsze i bardziej ekscytujące, gdyby na scenie pojawili się inni aktorzy, ożywiający te postacie.
Sharrock i Spacey robią co mogą, by zapewnić inscenizacji różnorodność, ale już na wstępie zapada decyzja, że Spacey gra co najmniej dwie wersje Darrowa: Darrowa „tu i teraz”, odtwarzającego słynne sceny, oraz Darrowa refleksyjnego, patrzącego wstecz na swoje życie. Podkategorią tej drugiej wersji są miniaturowe wykłady historyczne, które Darrow wygłasza, by nakreślić tło dla głównych scen.
Spacey nie gra jednej postaci; on jest Darrowem i jednocześnie go obserwuje. Porusza się w granicach sceny, a zarazem burzy czwartą ścianę. Dlatego też incydent z telefonem wydał się niemal integralną częścią spektaklu.
Problem polega jednak na tym, że materiał ten niemal na pewno lepiej sprawdza się w lekturze niż na scenie. Pod względem wizualnym i dramatycznym to dość nużący wieczór w teatrze.
Częściowo wynika to z faktu, że Spacey zbyt mocno „gra”. Nigdy nie widzimy Darrowa jako prawdziwego człowieka; przez cały czas jest to konstrukcja Spacey’ego. To zdecydowanie popis gwiazdorski Kevina Spacey’ego – bliżej temu do kabaretu niż do dramatu.
Nie oznacza to, że brak tu wartościowych momentów – te się zdarzają. Poruszająca jest scena, w której mowa o końcu pierwszego małżeństwa Darrowa, a fragmenty, w których fakty dotyczące sprawy bombowej przytłaczają bohatera, są trzymające w napięciu. Spacey bez trudu oddaje też swojską, ludzką naturę Darrowa.
Jednak przez cały czas, a zwłaszcza w sekcji dotyczącej procesu o nauczanie teorii ewolucji Darwina, spektakl był zaledwie bladym cieniem teatralnych emocji znanych z „Kto sieje wiatr”, gdzie Spacey grał Drummonda – postać wzorowaną na Darrowie. Dzieje się tak dlatego, że – w przeciwieństwie do wspomnianej wcześniej Atkins – Spacey nie buduje postaci w sposób spójny.
Zgodnie z przewidywaniami, publiczność zgotowała Spacey'emu owację na stojąco. Czy był to podziw dla jego pamięci, uznanie dla kunsztu, z jakim poradził sobie z telefonem, czy po prostu entuzjazm dla „faceta z House of Cards” – trudno orzec.
Na pewno nie była to owacja za najwybitniejszą rolę w jego karierze.
Na widowni zasiadła Joan Plowright – w kapeluszu, wyglądająca na kruchą i drobną. Uśmiechała się nieustannie. Zapewne wyobrażała sobie, co z taką rolą zrobiłby Olivier w tym samym teatrze, który był przecież kolebką National Theatre. A może wiedziała, że on by się tego nie podjął – bo to w rzeczywistości nie jest prawdziwy teatr.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności