WIADOMOŚCI
RECENZJA: Elektra, Old Vic Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fotografia: Johan Persson Elektra
The Old Vic
17 października 2014
5 Gwiazdek
Znajdujesz się na jałowym wzgórzu. Możesz sobie wyobrazić, że z tego punktu roztacza się wspaniały widok na okoliczne wzniesienia. Ziemia jest sucha, piaszczysta i surowa, a głęboko w niej zakorzenione jest poczucie upału i nieustannego rozkładu; z ziemi wyrasta jedynie pojedynczy kran – jedyny ukłon w stronę życia i czystego orzeźwienia. Sękate, prawdopodobnie martwe drzewo wznosi się złowieszczo z tego pustkowia; potężne, złowróżbne, czujne. Prawie jak obelisk; być może latarnia morska, gdyby zawiesić na nim światło, zaledwie ze śladem lub może szczątkami życia niczym upiorny całun. Nieco za drzewem znajdują się ogromne, imponujące drzwi – być może grobowca, zamku lub wieży strażniczej. Imponujący gmach, pełen mrocznych, gwałtownych i przerażających zapowiedzi. To nie jest miejsce, w którym chciałoby się zostać uwięzionym.
Tak sugestywną scenografię przygotował Mark Thompson do inscenizacji „Elektry” Sofoklesa w reżyserii Iana Ricksona, wystawianej obecnie w The Old Vic. Irlandzki dramaturg Frank McGuinness przygotował przekład, w którym czuć dziedzictwo irlandzkiego dramatu, przenikające całą sztukę i grę aktorską. W tej wersji „Elektry” znalazło się miejsce na wisielczy humor, momentami zaskakująco zabawny. W postaci Orestesa widać też rys irlandzkiego chłopaka, szczególnie w scenie, w której podstępem przekonuje Elektrę, że przyniósł jej prochy jej ukochanego, tragicznie utraconego brata.
Język jest mięsisty, surowy i plastyczny; napięty historią, a jednocześnie tętniący nowoczesną wrażliwością. Projekt Thompsona (scenografia i fuzja kostiumów współczesnych z historycznymi) odzwierciedla tę dwoistość. Wszystko dzieje się jednocześnie teraz i wtedy, tutaj i tam, jest bezpośrednie i zapamiętane zarazem. To spójne, inteligentne i porywające połączenie tekstu i oprawy wizualnej, które dopełnia tę wspaniałą, bogatą w detale produkcję.
Aby zrozumieć Elektrę, kluczowa jest jej historia. Wszystko zaczyna się od Heleny Trojańskiej.
Menelaos bierze ją za żonę, a jego brat, Agamemnon, poślubia jej siostrę, Klitajmestrę; Elektra jest jednym z ich czwórki dzieci. Wojna trojańska zabiera Agamemnona z domu na około dekadę, a on sam szuka przychylności bogów, składając siostrę Elektry, Ifigenię, w ofierze bogini Artemidzie. Ten czyn niesie za sobą lawinę konsekwencji.
Jedną z nich jest romans Klitajmestry z ambitnym Egistem; inną – wygnanie jedynego męskiego dziedzica Agamemnona, Orestesa, dla jego własnego bezpieczeństwa. Elektra traci dwoje ukochanego rodzeństwa, a jej matka dopełnia aktu szaleństwa, mordując Agamemnona po jego powrocie z bitwy (przywiózł ze sobą piękną Kasandrę jako łup wojenny) i wiążąc się z Egistem. Mijają lata, a Elektra i jej siostra Chryzotemis żyją w cieniu śmierci ojca, cudzołożnej pychy matki i – w przypadku Elektry – bolesnego oczekiwania na dzień, w którym Orestes powróci, by pomścić morderstwo rodzica.
Sztuka Sofoklesa opowiada o wpływie, jaki ta historia i życie wywarły na Elektrę. Jak ujął to Frank McGuinness: „Elektra to żeński Hamlet, podający w wątpliwość całe życie, kobieta całkowicie obnażona przez własne przerażenie”. Z pewnością pod koniec sztuki Elektra osiąga upragnioną zemstę – ale jakim kosztem? Czy to triumf, czy po prostu skok w inną przepaść niepewności i wszechobecnej nędzy oraz strachu?
Zdefiniowana przez uwielbienie dla niedoskonałego ojca i nieobecnego brata, Elektra spędziła życie uwięziona wraz z siostrą w grobowcu, jakim jest dom jej matki. Choć nienawidzi Klitajmestry, Elektra jest od niej zależna, by przeżyć. Ta dwoistość jest kluczem do zrozumienia udręczonych konfliktów, które napędzają Elektrę – chce pomsty za ojca, ale potrzebuje matki, by przetrwać. W jej przekonaniu jedyną nadzieją jest powrót Orestesa – on może pomścić śmierć ojca, a potem się nią zaopiekować.
Lecz tutaj sprawa nie jest tak prosta. Ten Orestes to bardziej skomplikowana postać. Przybył, by dokonać zemsty, zamordować matkę i Egista, ponieważ tak nakazał Apollo, a nie dlatego, że jego siostra tak bardzo tego pragnęła. Po przyjeździe pogrywa z Elektrą, udając posłańca niosącego prochy Orestesa, zamiast ujawnić swoją tożsamość. A kiedy zabija matkę, chłodna determinacja, którą wykazuje, nie rokuje dobrze dla jego roli „brata-opiekuna”, o której marzyła Elektra. Bohaterka musi zmierzyć się z możliwością, że życie napędzane myślami o zemście oślepiło ją na realia świata, w którym ta zemsta już się dokonała.
Czy po stronie Orestesa może stać się bardziej uwięziona, bardziej przerażona i bardziej spustoszona niż przy Klitajmestrze? Finałowy obraz tego przedstawienia – Elektra rzucająca się na okryte całunem, zakrwawione ciało matki i ściskająca je – sugeruje taką ewentualność. Jest to wstrząsające. I stanowi dobitne przypomnienie, że choć zemsta wydaje się świetnym pomysłem, nigdy nim nie jest. (Myśl ta ma szczególne znaczenie w świecie obecnie ogarniętym obsesją na punkcie odwetowych zabójstw o wszelkich formach i motywacjach).
Niczym głodna, dzika kotka z płonącymi oczami i wysuniętymi pazurami, Kristin Scott Thomas krąży po piaszczystym pustkowiu, grzebiąc w nim, przesiewając piach i taczając się w nim – odnosi się wrażenie, że to właśnie tutaj zginął Agamemnon, a ona obcuje z każdym śladem jego krwi i esencji, który mógł tam pozostać. To wybuchowa rola pełna surowego, namiętnego i trawiącego bólu; skupiona i hipnotyzująca w każdym calu.
Skowyty oburzonej wściekłości i przeszywającego, dzikiego rozczarowania, które targają każdą komórką jej ciała, gdy myśli, że Orestes nie żyje, zostały wykonane po mistrzowsku – to portret rozpaczy, udręki i gniewu, szczegółowy i dynamiczny.
Jadowita wymiana zdań z Klitajmestrą w wykonaniu Diany Quick pulsuje latami wypowiedzianej i niewypowiedzianej wściekłości oraz pogardliwej wrogości – po obu stronach. Quick dotrzymuje kroku dynamicznej Scott Thomas, prezentując pewny siebie matriarchat. Jest przekonująca pod każdym względem.
Jack Lowden po raz kolejny udowadnia swój aktorski kunszt. Orestes nie ma zazwyczaj zbyt wiele do powiedzenia ani zrobienia i często bywa traktowany po macoszemu, ale nie u Lowdena. Tutaj Orestes jest postacią pełnokrwistą – to energiczny, męski wojownik, który nie zna swojej siostry, nie ufa jej, bawi się nią, a potem robi to, co uważa za słuszne. W grze Lowdena jest wiele godnych podziwu szczegółów – zwłaszcza sposób, w jaki pokazuje Orestesa niemal seksualnie podnieconego wizją morderstwa matki, a potem tym, co następuje, gdy jej krew moczy jego dłonie. Kontrastuje to silnie z jego znacznie chłodniejszą, beznamiętną egzekucją Egista.
Podczas gdy Scott Thomas grasuje i warczy jak dziki, koci duch, Lowden przyjmuje inne cechy drapieżnika – czujność, stałą gotowość do skoku, a gdy ofiara jest blisko, niecierpliwe swędzenie rąk, napędzane elektryzującą świadomością, że coś może pójść nie tak, a cel może uciec.
W scenach wspólnych Scott Thomas i Lowden są doprawdy niezwykli. W ogóle nie są do siebie podobni, ale fizyczność, którą udaje im się wykreować, wraz z poczuciem wspólnej, rodzinnej i zmysłowej historii, jest zniewalająca. Są ze sobą idealnie zgrani.
Liz White jako Chryzotemis ma bardzo trudne zadanie. Zajmuje przestrzeń pozostawioną przez potężne cienie Elektry i Klitajmestry i jest to przestrzeń niezwykle ciasna. Gra siostrę, która zaakceptowała wszystko, co spotkało jej rodzinę – tę cichą, lękliwą i uległą; tę, która próbowała sprawić, by matka i córka, jeśli nie zawarły pokoju, to przynajmniej koegzystowały. Oczywiście poniosła porażkę, co czyni jej rolę tym trudniejszą. White przekazuje to wszystko z nawiedzoną, nieśmiałą precyzją, stanowiącą doskonałą przeciwwagę dla naddatków emocjonalnych Elektry.
Peter Wight jest znakomity jako sługa Orestesa; jego bogaty i przekonujący głos zapewnia jasny i przykuwający uwagę początek spektaklu. Bije od niego szczerość, a zaangażowanie w sprawę Orestesa jest krystalicznie czyste. Z kolei każda z trzech kobiet tworzących Chór – Julia Dearden, Golda Rosheuvel i Thalissa Teixeira – emanowała wymowną, ponurą i czujną obecnością w miarę rozwoju tragedii.
Jedynie Tyrone Huggins nie sprostał zadaniu – jego Egist był bogaty w efekty wokalne, ale brakowało mu głębi pod każdym innym względem. Na tle złożonego i sprawnego aktorstwa pozostałych wykonawców wypadł nieco absurdalnie.
Nie psuje to jednak ogólnej skuteczności wizji Ricksona, która jest pewna, celowa i starannie przemyślana. Tętniąca energią, przepełniona fizyczną, przerażającą wściekłością i poczuciem całkowitej grozy, jaką niosą tylko rodzinne tragedie – ta „Elektra” to ogromne osiągnięcie.
Jeśli reszta ostatniego sezonu Kevina Spacey w The Old Vic będzie tak niezwykła jak ta inscenizacja, będzie to zwieńczenie godne mistrza.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności