WIADOMOŚCI
RECENZJA: First Daughter Suite, Anspacher Theatre, The Public ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
First Daughter Suite
Anspacher Theatre, The Public
11 października 2015
5 Gwiazdek
Musical o kobietach – córkach i matkach – które mieszkały w Białym Domu w ciągu około trzydziestu pięciu lat od zaprzysiężenia Richarda Nixona, brzmi jak opis wyjątkowo nużącego widowiska. A jednak olśniewający „First Daughter Suite”, nowy musical Michaela Johna LaChiusy w reżyserii Kirsten Sanderson, wystawiany obecnie w The Public Theatre, udowadnia, jak można miażdżyć stereotypy i ożywiać gatunki, tworząc teatralną i muzyczną radość najwyższej próby.
Nie byłoby zaskoczeniem, gdyby „First Daughter Suite” okazał się trzecim z rzędu wielkim sukcesem The Public, idąc w ślady „Fun Home” (tegorocznego zdobywcy nagrody Tony dla najlepszego musicalu) oraz „Hamiltona” (który niemal na pewno zdobędzie tę statuetkę w przyszłym roku). To dojrzałe, wyrafinowane, radosne i ambitne dzieło muzyczne, w równej mierze zabawne, co rozdzierające serce. Bez wątpienia to prawdziwy triumf.
Co najlepsze, na scenie występuje wyłącznie żeńska obsada: osiem genialnych aktorek i wokalistek, z których każda z osobna byłaby wystarczającym powodem, by pójść na dowolny spektakl. Musicale oparte na samych kobietach zdarzają się rzadko, ale gdy są tak dobre i tak wyśmienicie zagrane, człowiek zastanawia się, dlaczego nie stanowią standardu. Napięcie wytwarzane przez kobiety pogrążone w konfliktach i procesie pojednania ma bowiem wyjątkową moc i hipnotyzująco wciąga widza.
W programie Oskar Eustis, dyrektor artystyczny The Public, stwierdza:
„First Daughter Suite, podobnie jak jego poprzednik First Lady Suite, decyduje się nie skupiać na mężczyznach wybranych do sprawowania niemal niewyobrażalnej władzy, lecz na kobietach w ich otoczeniu. Te żony i córki są, w ujęciu Michaela Johna, protagonistkami własnych historii – złożonych, zachwycających i poruszających. Paradoksalnie, dramaty te malują również silne portrety nieobecnych Prezydentów, będących mężami i ojcami tych niezwykłych kobiet.
Dostrzeganie polityki przez pryzmat spraw osobistych oraz odnajdywanie ludzi wewnątrz polityki to jedna z rzeczy, które teatr robi najlepiej. Splątana wyobraźnia Michaela Johna dotycząca tego prywatnego życia, toczonego tak niezręcznie na widoku publicznym, daje nam niezwykły obraz tych kobiet oraz naszego narodu”.
Eustis trafia w samo sedno. Gdy już zobaczycie ten musical, niezależnie od waszych przekonań politycznych, poczujecie coś innego wobec tych kobiet i mężczyzn, których poślubiły, a którzy sprawowali prawdopodobnie najważniejszy urząd na świecie. Co najważniejsze, ten spektakl
zmusza do zaakceptowania fundamentalnej prawdy: politycy i ich rodziny to w rzeczywistości istoty ludzkie.
Choć LaChiusa posiłkuje się wyobraźnią, tworząc sceny i sytuacje, w których odkrywamy te kobiety z Białego Domu, to w każdej frazie – mówionej czy śpiewanej – drzemie prawda, a każda z postaci została nakreślona z niezwykłą dbałością i precyzją. Partytura jest bogata, złożona i wymagająca, ale pełna żywiołowych fragmentów, lśniących linii melodycznych oraz głęboko odczuwanych harmonii.
Twórca nie ogranicza się do jednego stylu: tak jak różne są kobiety prezydentów, tak zróżnicowana jest muzyka, którą LaChiusa ożywia ich myśli. Cudownie jasne i zwariowane tony towarzyszące Betty Ford to świat zupełnie inny niż niemal wagnerowskie, operowe brzmienia definiujące tutaj Barbarę Bush; nazwa „Suite” (Suita) nie pojawia się tu bez powodu. Niezwykła rozpiętość talentu kompozytorskiego LaChiusy jest tu w pełni widoczna.
Dzieło składa się z prologu, w którym pojawiają się wszystkie bohaterki, dając przedsmak tego, co nastąpi, a następnie z czterech scen. Każda ma inny ton i odnosi się do innego okresu administracji Białego Domu: kobiety z rodziny Nixonów skupiają się na nadchodzącym ślubie najstarszej córki; rodziny Carterów i Fordów spotykają się w wątku Amy Carter marzącej o „rozrywkowej” matce, takiej jak Betty Ford; Nancy Reagan relaksuje się przy nieskazitelnym basenie, torturując swoją buntowniczą córkę dobrocią i uśmiechem; wreszcie Barbara Bush, nieustępliwa i kapryśna, z uporem sprzeciwia się życzeniom syna (przekazywanym przez jego żonę, Laurę), ponieważ ma własne, ważne cele.
Choć każda z tych czterech scen jest kompletnie inna – niektóre są diabelnie zabawne, inne brutalnie surowe – każda została niemal perfekcyjnie napisana i zrealizowana. Reżyseria Sanderson jest błyskotliwie skuteczna, ton każdej sceny trafiony w punkt, a tempo akcji eleganckie, ale nie ślamazarne. Kluczowym i najgłębszym składnikiem jest tutaj szczerość, co stanowi o sukcesie Sanderson. Reżyserka prezentuje postacie uczciwie, dbając, by każda aktorka grała z wewnętrzną pewnością i zewnętrznym realizmem. Nawet ekstremalne zachowania są w pełni autentyczne – co daje porywający, potężny efekt teatralny.
Scenografia Scotta Paska jest trafnie uproszczona, błyskawicznie sugerując miejsca akcji. Poczucie sterylnej perfekcji w scenie z Reaganami jest kruche i precyzyjne, tak jak nawiedzona, eteryczna przestrzeń nad oceanem, gdzie wytyczane są linie frontu Barbary Bush, wydaje się lodowata, smagana wiatrem i okrutna. Meble dobrano bezbłędnie, a podłoga – prawdziwy cud designu – dzięki pomysłowemu oświetleniu Tylera Micoleau może stać się dowolnym miejscem. Kostiumy Tony-Leslie James są znakomite, a sam czerwony kostium kąpielowy Nancy Reagan zasługuje na nominację do nagrody Tony.
Każdy element wizji projektowej i reżyserskiej jest dopracowany z pasją i ogromną szczegółowością, pozostawiając utalentowanej obsadzie pole do bycia po prostu fenomenalną – co każda z tych wspaniałych aktorek osiąga z pozorną lekkością.
Gdyby ktoś mi powiedział, że poczuję sympatię do Barbary Bush, prawdopodobnie bym go wyśmiał. Nie brałem jednak pod uwagę niezwykłej mocy i talentu Mary Testy, która sprawia, że starsza pani Bush staje się siłą, z którą trzeba się liczyć – postacią zarówno niezwykle emocjonalną, jak i błyskotliwą intelektualnie. Testa nasyca tę postać tak zrozumiałą wściekłością, żalem i uporem, że nie sposób nie pokochać tej pełnej pasji matki. Jej potężny, wspaniały głos wydobywa każdą emocję ukrytą w muzyce, a partytura oferuje ich mnóstwo.
Znakomicie partnerują jej Teresa McCarthy jako łaknąca czułości Robin Bush oraz Rachel Bay Jones w roli poważnej, zdeterminowanej i cicho, lecz stanowczo domagającej się swego Laury Bush. Razem to trio tworzy wybitny teatr muzyczny, bolesny i boleśnie prawdziwy. Moment, w którym pozornie uległa Laura przeciwstawia się szalejącemu żywiołowi, jakim jest Barbara w wykonaniu Testy, wyśpiewując jej kilka słów prawdy, to jedna z najbardziej elektryzujących chwil, jakie można przeżyć w teatrze.
Jones jest również znakomita w scenie z rodzinami Carterów i Fordów, budując fascynująco odmienne portrety obu kobiet. Dysponuje soczystym, czystym głosem, który z wielką przyjemnością prowadzi słuchacza przez partyturę LaChiusy. Nie jest jedyną aktorką grającą więcej niż jedną znaczącą rolę: Caissie Levy wciela się w córki Nixona i Reagana, zaś Betsy Morgan gra inną z córek Nixona oraz córkę Forda. Obie są rewelacyjne, szczególnie jako kłócące się rodzeństwo Nixonów, podirytowane przygotowaniami do ślubu, ale równie sprytne w kreowaniu zupełnie innych postaci w pozostałych scenach. To także wspaniałe wokalistki o świetnej dykcji i nienagannej intonacji.
Levy przechodzi całkowitą transformację jako buntownicza, trudna Patti; jej partia jest pięknie napisana, a aktorka naświetla każdy jej aspekt. Morgan wyciska maksimum ze swojej roli jako Susan Ford, która łatwo mogłaby zostać przyćmiona przez inne postacie. Prezentuje przy tym swoje nieprzeciętne umiejętności, w czym niemały udział ma również imponująca Carly Tamer jako przedwcześnie dojrzała Amy Carter.
Świetną robotę wykonują również Barbara Walsh (stoicka, majestatyczna Pat Nixon) oraz Isabel Santiago (zaufana asystentka Nancy Reagan, Anita). Obie po mistrzowsku operują ciszą jako narzędziem dramatycznym i obie wspaniale śpiewają.
Jednak kreacją wieczoru jest występ nieprawdopodobnie wszechstronnej Alison Fraser. Jej wcielenie w radosną, nieco zwariowaną, być może lekko pod wpływem alkoholu i absolutnie przezabawną, tańczącą Betty Ford to komediowa perfekcja, podszyta – jak każda dobra komedia – niezaprzeczalnym patosem. Z kolei jako Nancy Reagan, Fraser jest bezlitośnie podła, stanowi obraz makiawelicznej pewności siebie, będąc jednocześnie piękną i odpychającą. Fraser jest po prostu zjawiskowa, a jej siła głosu i prezencja są powalające. Jej wykonanie choreografii Chase’a Brocka ogląda się z zachwytem.
Należy również wspomnieć o niezwykłych perukach autorstwa Roberta-Charlesa Vallance'a: każda jest idealna, zwłaszcza te dla Pierwszych Dam – peruki Bushowej i Reaganowej stają się niemal osobnymi bohaterkami widowiska.
Podobnie jak wcześniej „Hamilton” i „Fun Home”, „First Daughter Suite” jest unikalnym doświadczeniem teatru muzycznego. Oszałamia jakością partytury, bogactwem postaci i kunsztem wykonawców. To dzieło wielkiego formatu.
Pozostaje mieć nadzieję, że – podobnie jak w przypadku „Here Lies Love” – londyński National Theatre wykaże się dalekowzrocznością i sprowadzi tę produkcję (z tą samą obsadą) do Londynu.
Spektakl „First Daughter Suite” grany jest w Public Theatre do 15 listopada.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności