WIADOMOŚCI
RECENZJA: Fool For Love, Samuel J Friedman Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Samotność we dwoje (Fool For Love)
Samuel J Friedman Theatre
7 października 2015
5 Gwiazdek
Pokój hotelowy gdzieś na Zachodzie. Podrzędny. Pustynia Mojave jest niemal namacalna.
Ona leży na łóżku, pognieciona pościel sugeruje niedawne zbliżenie. Jej włosy spływają kaskadą na twarz, skrywając rysy. On rozsiadł się na fotelu – niczym energetyczny rdzeń reaktora nuklearnego, w stałym napięciu. Kapelusz kowbojski zsunięty na czoło, brązowe buty emanujące męskością, siłą i aurą tajemnicy.
Im dłużej patrzysz na ten pokój, tym wydaje się marniejszy. Dziwne znaki na ścianach. Porzucone lassa lub sznury. Oświetlenie jest równie napięte co ludzkie ciała. Dźwięk jest mocny, przeszywający, zgrzytliwy, wręcz wybuchowy.
Mężczyzna, starszy człowiek, siedzi w fotelu po prawej – nie do końca wiadomo, czy jest częścią sceny, czy widzem z zewnątrz. Ta niepewność utrzymuje się przez cały spektakl. Czy jest wytworem wyobraźni mężczyzny? A może to starszy człowiek wyobraża sobie rozgrywającą się akcję? Czy może dzieje się tu coś zupełnie innego?
Niezależnie od tego, co jest prawdą, scena tętni, pulsuje i promieniuje głęboką energią zmysłową. Mamy tu do czynienia z żądzą, która jest tyleż fascynująca, co przerażająca. Kim są ci ludzie i dlaczego znaleźli się w tym pokoju? I jakie jest miejsce intruza w całym tym układzie, gdy ten w końcu się pojawia?
Oto „Fool For Love” Sama Sheparda z 1983 roku w napiętej, całkowicie porywającej inscenizacji Daniela Aukina, wystawianej obecnie w Samuel J Friedman Theatre przez Manhattan Theatre Club. To 80 minut nieustępliwej, brutalnej i naładowanej erotyzmem teatralnej pilności.
W centrum sztuki znajduje się para byłych kochanków, Eddie i May. Choć słowo „byli” jest tu dyskusyjne. Tak czy inaczej, przed chwilą się kochali. Chcą się kochać nadal. I najwyraźniej są przyrodnim rodzeństwem. Wiedza o pokrewieństwie w żaden sposób nie osłabia magnetycznej siły ich przyciągania; pożądanie nie traci na ostrości. Nawet obecność obecnego wielbiciela May, niezdarnego lecz poczciwego Martina, nie stępia tytanowej siły ich uczuć – bez względu na konsekwencje.
Shepard posługuje się oszczędną, sugestywną prozą, by tchnąć życie w tę opowieść. Słuchając jego słów w tej bezbłędnej produkcji, uderza fakt, że Shepard zasługuje na znacznie wyższy status, niż mu się przypisuje. Jego surowe, bezlitosne słownictwo dorównuje najlepszym tekstom Pintera i bije na głowę wiele z tego, za co nieustannie chwalony jest Mamet.
O ile język bywa lakoniczny i momentami wybuchowy, w innych fragmentach staje się liryczny i wspaniale angażujący. Gdy mężczyzna opowiada o nocy, w której ojciec zabrał go przez pola na spotkanie z przeznaczeniem, pojawia się niesamowita sekwencja o sowach pikujących w poszukiwaniu zdobyczy. Zestawienie obrazów rodziny i łowów jest czułe, a jednocześnie jaskrawie wstrząsające. Wręcz czuje się oddech chłopca, przerażonego ptakami, a zarazem przyciąganego do domu, do którego prowadzi go ojciec.
Sztuka obfituje w monologi i rwane, staccatowe dialogi. To mogłoby być wyzwaniem dla widza – ale nie tutaj. Dykcja, precyzja i przejmująca intensywność sprawiają, że każde słowo znajduje swoje miejsce w tej wszechogarniającej symfonii. Na przykład, gdy postać ojca w końcu przemawia, krzyczy, eksploduje – efekt zapiera dech w piersiach.
W miarę jak wygrywana jest ta werbalna tarantela, gdy pięści uderzają w ściany, łóżka trzeszczą, lassa świszczą, a strzelby idą w ruch, napięcie i strach osiągają poziom wulkaniczny. Istota seksualnego pociągu zostaje obnażona do cna.
Całość jest tym bardziej ekscytująca, że nigdy nie mamy pewności, gdzie leży prawda. Czy kochankowie naprawdę są rodzeństwem i po prostu nie mogą lub nie chcą przestać? Czy może to tylko kłamstwo, które im wmówiono w desperackiej próbie odseparowania dwóch światów ojca? A może to sam ojciec we własnej głowie rozpamiętuje winy płynące z dawno uwolnionej żądzy? Fabuła i gra aktorska mogą być pod tym względem niejednoznaczne, ale w każdym innym aspekcie są niezawodne.
„Odurzający” to jedyne adekwatne słowo.
Kluczem do siły tego spektaklu jest genialna obsada pary tragicznych kochanków, Eddiego i May.
Nina Arianda jako May w „Fool For Love”. Fot.: Joan Marcus
Nina Arianda, wielbicielka tej sztuki od najmłodszych lat, jest absolutnie fenomenalna jako May. Potężnie zmysłowa, niemożliwie pociągająca, a jednocześnie przyziemna i zwyczajna – Arianda oferuje głęboko fizjologiczną kreację, opartą na intensywnym teatrze ciała. Nawet w chwilach pozornego spokoju i obserwacji, jej bohaterka jest w ciągłym czuwaniu, planując kolejny krok.
Rzadko widzi się aktorów, którzy używają całego ciała, od koniuszków palców po wnętrzności, by ożywić postać – a tego właśnie wymagała rola May, i Arianda wywiązuje się z tego całym sercem. Jej poczucie osaczenia, zdecydowany opór i duszna uległość mogłyby wypalić ślad na hotelowej ścianie – tak gorący i potężny jest ten surowy, wszechogarniający portret. Porażająca rola.
Co zdumiewające, Sam Rockwell dotrzymuje jej kroku, a momentami podbija stawkę jeszcze wyżej. Emanuje przytłaczającą intensywnością, którą przeplata bólem i niezdecydowaniem, nakładając na to kowbojskie tropy pełne testosteronu, które w jego wydaniu wydają się świeże, prawdziwe i niebezpieczne. Intymność, jaką buduje z Ariandą, jest fascynująca – bez cienia wątpliwości wierzymy w ich wzajemny pociąg, zarówno ten przeszły, jak i obecny.
Chodzi jak kowboj, macha lassem jak kowboj, pije i wścieka się jak kowboj, a jednocześnie cicho skomle z tęsknoty za kobietą, którą uważa za przyrodnią siostrę i dla której zrobiłby wszystko, łącznie z przejechaniem tysięcy mil przez pustynne bezdroża. Rockwell przeszedł w tej roli całkowitą transformację – jest genialny, gwałtowny, delikatny, zupełnie pochłonięty i niemal złamany. To kreacja, o której będzie się mówiło latami.
Sam Rockwell jako Eddie w „Fool For Love”. Fot.: Joan Marcus
Gordon Joseph Weiss jest po mistrzowsku sękaty jako starzec, ojciec, który w ten czy inny sposób jest źródłem bólu dzielonego przez Eddiego i May – ale oczywiście również ich przyjemności. Weiss idealnie wyważył zgorzknienie swojej postaci, dodając do mieszanki precyzyjnie wymierzoną dawkę niebezpieczeństwa i mściwości.
Świetnie radzi sobie również Tom Pelphrey jako Martin, obecny partner May, który chce po prostu pójść z nią do kina, a nagle zdaje sobie sprawę, że być może przyjdzie mu stanąć do pojedynku z wściekłym Eddiem. Z wielką swobodą oddaje on poczucie oszołomienia widza przytłoczonego relacją głównej pary.
Każdy aspekt oprawy wizualnej wspiera niezwykle precyzyjną wizję Aukina. Podrzędna scenografia Dane'a Laffreya emanuje upałem pustyni, żarem uczuć i wspomnień. Jest jednocześnie pospolita i groźna. Zawiłe oświetlenie Justina Townsenda potęguje wrażenie gorąca, nieustannie podkreślając cienie kłębiące się na obrzeżach opowieści, które nawiedzają Eddiego, May i starca. Agresywna, wybuchowa oprawa dźwiękowa Ryana Rumery'ego czyni namacalnymi podskórne prądy pożądania i konsekwencji. Kostiumy Anity Yavich są w punkt – absolutnie trafione.
To nadzwyczajny, niezwykle erotyczny teatr. Pozycja obowiązkowa.
Nominacje do nagród Tony wydają się być pewne.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności