Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Good People, Hampstead Theatre ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Good People

Hampstead Theatre, obecnie na West Endzie

20 marca 2014

5 Gwiazdek

Co to znaczy być dobrym człowiekiem? Czy wystarczy po prostu żyć najlepiej jak się potrafi i dochowywać tajemnic, by chronić innych? Czy konieczne jest stawianie potrzeb innych ponad własne? Czy dobroć wynika z rodziny, pochodzenia, klasy społecznej, czy może jest kwestią wyboru?

Te pytania leżą u podstaw błyskotliwej, dynamicznej i niesamowicie zabawnej inscenizacji sztuki „Good People” w reżyserii Jonathana Kenta – nowej propozycji od laureata Nagrody Pulitzera, Davida Lindsay-Abaire'a.

Sztuka ta jest przy okazji rzadkim okazem teatralnym – dziełem, które wnikliwie przygląda się pojęciu klasowości w kontekście amerykańskim, a konkretnie bostońskim, skupiając się na dzielnicy South Boston, zwanej „Southie”. Nie żebyście poznali po akcentach obsady, że jesteśmy w Bostonie, ale to naprawdę drobne zastrzeżenie.

Mamy tu do czynienia ze znakomicie napisanym kawałkiem mięsistego, dowcipnego realizmu. W inscenizacji Kenta całość jest tak zwarta, napięta i fantastycznie zabawna, jak tylko można sobie wymarzyć.

Scenografia Hildegard Bechtler jest rewelacyjna. Oddaje surowy, małomiasteczkowy brud scen z Southie, by potem przeistoczyć się w stonowany, bezpłciowy i nieco kiczowaty luksus w kluczowej scenie drugiego aktu. Akcja przenosi się wtedy do domu w „Chestnut Hill”, należącego do zamożnego lekarza – niegdyś chłopaka z Southie, dziś aspirującego do elity specjalisty. Wykorzystanie obrotowej sceny daje znakomity efekt, symbolizując koło fortuny toczące się przez cały spektakl i przywodząc na myśl ruletkę. Scenografia nie tylko buduje tło dla konkretnych scen, ale pracuje razem z tekstem, rzucając światło na koncepcje i idee ukryte w dialogach.

Bo jest to sztuka o ryzyku, które się opłaca (lub nie), o wykorzystanych i przegapionych okazjach, o łucie szczęścia lub jego braku, o spłacaniu długów i ich ignorowaniu – ale przede wszystkim o prawości i o tym, gdzie przebiega granica między byciem dobrym a złym człowiekiem.

Całość spektaklu zyskuje niezmiernie dzięki absolutnie bezbłędnej obsadzie z prawdziwym klejnotem w samym centrum – lśniącą, drogocenną i twardą jak diament Imeldą Staunton.

Staunton to aktorka o niewiarygodnej skali i sile rażenia. W roli Margaret panuje nad każdym detalem, a jej występ od początku do końca trzyma w napięciu i zachwyca brawurą. Nie marnuje żadnej szansy, znajduje świeże i intrygujące sposoby na prowadzenie swojej bohaterki przez zdradzieckie ścieżki losu, a robi to wszystko bez grania pod publiczkę czy szukania taniego współczucia. Jest przy tym cudownie zabawna. Jej koszmarna fryzura i makijaż w pierwszej scenie drugiego aktu, gdy pojawia się na eleganckim przyjęciu, są komiczne, podobnie jak jej riposta „Skąd, kurczę, mam to wiedzieć?”, gdy gospodyni pyta ją, czy smakuje jej czerwone wino. Prośba o oprowadzenie po desce serów z cateringu to kolejny moment błodogiej komedii, a jednocześnie gorzki komentarz do przepaści klasowych.

Margaret to zwyczajna, prosta kobieta z prostego domu; dziewczyna z Southie z krwi i kości. Typowa „underdog”, wojowniczka, która nigdy nie miała w życiu szczęścia, ale ciężko pracowała i wiązała koniec z końcem, by zapewnić godny byt sobie i swojej niepełnosprawnej dorosłej córce, nie uciekając się przy tym do używek czy aspołecznych zachowań. Margaret stara się dostrzegać w ludziach to, co najlepsze i traktować ich sprawiedliwie, choć przyparta do muru walczy jak dzikie zwierzę chroniące młode – wtedy powie i zrobi wszystko, by postawić na swoim (choć zazwyczaj bezskutecznie).

Staunton pokazuje to wszystko z niezwykłą klarownością. Jej niemal nieskładna paplanina w chwilach skrępowania, wymowne milczenia, zaciśnięte usta, sztywna postawa, próby przybrania „swobodnej” pozy w „lepszym” towarzystwie, osuwanie się w skrajną ordynarność (tak, warto zapłacić za bilet tylko po to, by usłyszeć „La Staunton” rzucającą mięsem), czy wreszcie wybuchy długo tłumionej wściekłości na niesprawiedliwość losu – wszystko to jest wykonane po mistrzowsku. Co najlepsze, dopiero pod sam koniec sztuki wszystkie karty zostają odkryte i z perspektywy czasu rozumiemy, dlaczego Staunton w danym momencie zagryzała wargi, płakała, milczała czy była wspaniałomyślna. Wszystkie elementy układanki trafiają na swoje miejsce, zostawiając widza w niemym zachwycie nad jej warsztatem.

W centrum fabuły stoi poczwórny blef, który stanowi kręgosłup zwrotów akcji oplatających Margaret. Staunton ogrywa to genialnie, zadając ostateczny cios miękko, niemal mimochodem, co sprawia, że efekt jest jeszcze bardziej wstrząsający. To wybitna kreacja wielkiej aktorki.

Reszta obsady dotrzymuje jej kroku. Angel Coulby, tak słodka i przymilna jako Ginewra w serialu BBC „Merlin”, jest wyjątkowo dobra jako nieszczęśliwa „żona-trofeum” lekarza. Jest jednocześnie jadowita i jedwabista – jej konfrontacja z Margaret w wykonaniu Staunton to majstersztyk wieczoru. Coulby ma też świetne wyczucie komizmu.

Lloyd Owen początkowo wydaje się nie pasować do roli lekarza, ale w miarę jak akcja się rozwija, a jego przeszłość wychodzi na jaw, staje się jasne, że to obsadowy strzał w dziesiątkę. Jego bohater cały czas kogoś gra, więc to pierwotne poczucie sztuczności nie jest błędem aktorskim, lecz efektem głęboko przemyślanej kreacji. Pod fasadą opalonego, zamożnego profesjonalisty kipi niechęć do Southie, do własnej przeszłości i kłamstw, które musiał opowiedzieć, by zajść tak wysoko.

June Watson i Lorraine Ashbourne jako wieloletnie przyjaciółki, Dottie i Jean, są idealnie okropne, często przezabawne i do bólu prawdziwe. Watson tworzy postać naznaczoną czasem, która nie ma już ochoty na żadne konwenanse. Ashbourne wydobywa nowe pokłady z archetypu „białej biedoty”, ale to ona ma najważniejszy moment w sztuce ze Staunton i ogrywa go perfekcyjnie oszczędnie, co świetnie kontrastuje z bardziej ekspresyjnymi aspektami jej pyskatej postaci.

Obsadę uzupełnia Matthew Barker jako Stevie, pechowy menedżer dyskontu, który musi zwolnić Margaret z nisko płatnej posady albo sam straci pracę, a potem niezręcznie gra z nią i jej koleżankami w bingo. Barker jest bezbłędny. Jest bardzo zabawny, ale też bardzo zwyczajny, a jego rozmowy z Margaret okazują się ostatecznie najbardziej szczerymi relacjami, jakie ona posiada. Stevie stanowi kontrast dla Mike'a (lekarza): został w Southie, wykonuje swoją robotę, dobrze traktuje ludzi i bierze odpowiedzialność za swoje czyny.

Jest, w istocie, dobrym człowiekiem, dokładnie tak, jak zawsze mówiła o nim Margaret. A może stał się dobrym człowiekiem właśnie dlatego, że ona tak uważała?

Świetna sztuka, dobrze wyreżyserowana i zagrana perfekcyjnie.

Nic dziwnego, że po wyprzedanych spektaklach w Hampstead Theatre produkcja przenosi się na West End.

Pozycja obowiązkowa.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS