Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Grey Gardens, Southwark Playhouse ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

douglasmayo

Share

Grey Gardens

Southwark Playhouse

7 stycznia 2016

5 Gwiazdek

Kup Bilety

W 1975 roku filmowcy David i Albert Maysles wydali film dokumentalny zatytułowany Grey Gardens. Dokument ukazywał życie ekscentrycznych dam – Edie Bouvier Beale oraz jej matki Edith. Obie były jedynymi mieszkankami posiadłości Grey Gardens na Long Island. Film zyskał status kultowego, a „Duża Edie” i „Mała Edie” stały się postaciami współczesnego folkloru.

W 2006 roku historia obu pań Edie doczekała się adaptacji muzycznej, trafiając na deski teatrów Off-Broadway i Broadway, co przybliżyło opowieść o Grey Gardens nowej publiczności. Doug Wright, Scott Frankel i Michael Korie jako pierwszy zespół twórców z powodzeniem przełożyli dokument na język teatru muzycznego. Choć na polską czy nawet europejską premierę trzeba było czekać 9 lat, to dzięki produkcji Danielle Tarento i reżyserii Thoma Sutherlanda spektakl w końcu zawitał do Londynu – i zdecydowanie warto było czekać.

Wchodząc do teatru, od razu uderza nas widok upiornej ruiny Grey Gardens – domu, od którego musical wziął swoją nazwę. Scenograf Tom Rogers ma niezwykłe oko do detali; to jeden z najlepszych projektów, jakie widziałem w tej przestrzeni. Idąc do naszych miejsc przez scenę, słychać było widzów komentujących szokujący stan budynku: stare gazety, martwe liście i rupiecie są wszędzie, ściany się łuszczą, a każdy element wyposażenia dawno powinien wylądować na śmietniku. Dom jest bowiem głównym bohaterem tego dramatu – to scena, na której toczy się życie tych kobiet. Są odizolowane, a rozpad budynku symbolizuje ruinę ich stylu życia, zarówno w sensie materialnym, jak i psychicznym.

W tej właśnie scenerii poznajemy matkę i córkę: starsze, samotne, żyjące w brudzie. Przekomarzają się, dogryzają sobie i prowadzą specyficzne dialogi, które przyniosły im sławę jako bohaterkom dokumentu. Nigdy do końca nie wiadomo, czy te uszczypliwości naprawdę je bolą, ale w gruncie rzeczy to relacja, jaką wiele matek i córek miewa w domowym zaciszu.

Sheila Hancock i Jenna Russell wnoszą ogromną klasę i powagę w role obu Edie. Hancock przez większą część pierwszego aktu pozostaje w cieniu, podczas gdy Russell wciela się w młodszą wersję Dużej Edie. Znakomity casting Rachel Anne Rayham jako Młodej Edie zapewnia ciągłość postaci – upływ czasu staje się wiarygodny dzięki wspólnym detalom w grze aktorek. Można wręcz zacząć się zastanawiać, czy córki rzeczywiście stają się z czasem kopiami swoich matek. Russell i Hancock są po prostu fenomenalne.

Grey Gardens to dom przepełniony duchami przeszłości. W pierwszym akcie śledzimy wydarzenia z 1941 roku. Publiczność obserwuje, jak przyszłość Małej Edie zostaje zniszczona, gdy jej matka niemal wprost oświadcza narzeczonemu córki, Joe Kennedy'emu, że dziewczyna prowadzi się niemoralnie. Numer muzyczny Edie „Hominy Grits” upewnia nas, że Mała Edie od początku była skazana na porażkę. Jako widzowie stajemy się podglądaczami tego, co doprowadziło do ruiny, kończąc akt zerwaniem relacji matka-córka i wyjazdem Małej Edie.

Niewiele mówi się o 32 latach dzielących oba akty, ale jedno staje się jasne: z jakiegoś powodu Mała Edie wróciła! Życie nie obeszło się z nimi łagodnie; zastajemy je w nędzy. Dom opanowały koty, szopy i pchły. To w tym momencie na scenę wkracza ekipa filmowa, a publiczność wchodzi w ich rolę – postacie burzą czwartą ścianę, co pozwala nam zbliżyć się do nich jeszcze bardziej.

Zarówno Russell, jak i Hancock pozostają wierne swoim pierwowzorom z dokumentu, ale teatr pozwala nam zajrzeć głębiej w ich psychikę. Szczególnie poruszający jest strach Małej Edie przed chorobą psychiczną i potencjalnym zamknięciem w zakładzie, co groziłoby jej, gdyby została zmuszona do opuszczenia bezpiecznego schronienia, jakim jest dom.

To doprawdy mocny i gęsty materiał.

Aaron Sidwell gra Joe Kennedy’ego – jest czarujący i przystojny, dopóki Duża Edie nie zasiewa w jego umyśle ziarna skandalu, co zmusza go do ucieczki. Sidwell wyrabia sobie opinię jednego z naszych najbardziej wszechstronnych aktorów musicalowych; świetnie oddaje zarówno królewską wyniosłość Kennedy’ego idącego po prezydenturę, jak i rolę Jerry'ego, który w późniejszych latach pomaga starszym paniom, dostarczając proszek na pchły i robiąc drobne naprawy.

Jeremy Legat wciela się w postać George'a Goulda Stronga, utalentowanego akompaniatora Dużej Edie, zawsze gotowego z ciętą ripostą. Billy Boyle gra Majora Bouviera, krytycznie nastawionego do córki i jej wartości. Jego utwór z pierwszego aktu, „Little Girls Marry Well”, to apel do kobiet w rodzinie, by znajdowały sobie na mężów „statecznych młodych patrycjuszy-republikanów”.

Te postacie z pierwszego aktu powracają w drugim jako duchy. Reminiscencje przeszłości nieustannie nawiedzają obie Edie, a inscenizacja Sutherlanda sprawia, że dawne czasy są zawsze obecne w głowach bohaterek. Przed przeszłością nie ma ucieczki.

W spektaklu przewija się motyw miejsca, do którego kiedyś wszyscy chcieli się dostać, a teraz jego mieszkanki marzą o ucieczce. Znamienne jest to, że Mała Edie faktycznie wyjeżdża między aktami, ale z jakiegoś powodu wraca i mimo pokus zostaje, by opiekować się matką. Jej ostatnia próba odejścia pod koniec spektaklu kończy się fiaskiem, gdy widzimy histeryczny lęk Starszej Edie (Hancock), która uświadamia sobie swoją samotność.

Kierownictwo muzyczne nad Grey Gardens sprawował Simon Lee, a orkiestrą każdego wieczoru dyryguje Michael Bradley. Tempo ani na chwilę nie słabnie, a brzmienie jest na zmianę radosne i upiorne, zależnie od nastroju sceny.

Choreograf Lee Proud świetnie prowadzi ruch w numerach takich jak „Marry Well” czy „Choose To Be Happy”, zachowując jednocześnie pełen realizm w bardziej kameralnych scenach. Obie panie Beale mają w sobie coś teatralnego, a Sutherland i Proud dbają o to, by widz nigdy nie był pewien, czy bohaterki akurat „grają”, czy są sobą.

Technicznym bohaterem spektaklu jest reżyser światła Howard Hudson. Jego eteryczne oświetlenie pozwala nam przymknąć oko na ruinę domu w pierwszym akcie i idealnie nakłada duchy przeszłości na teraźniejszość. Subtelność bije z każdego kadru, a w połączeniu ze scenografią Rogersa i kostiumami Jonathana Lipmana, efekt jest piorunujący.

Trudno o lepszą produkcję tego musicalu. Dobór obsady w Grey Gardens graniczy z ideałem. Southwark Playhouse buduje solidną renomę teatru prezentującego wspaniałe nowoczesne musicale. Podobnie jak wcześniejsze hity tej sceny, ten spektakl na pewno wyprzeda się do ostatniego miejsca, więc nie przegapcie okazji. Grey Gardens w Southwark Playhouse do 6 lutego 2016 roku

Zdjęcia: Scott Rylander

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS