WIADOMOŚCI
RECENZJA: Gypsy, Savoy Theatre ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Lara Pulver i Imelda Staunton w musicalu Gypsy. Fot. Johan Persson Gypsy
Savoy Theatre
15 kwietnia 2015
6 Gwiazdek
Z Gypsy jest tak, że każdy ma wyrobioną opinię o tym, jak i dlaczego to działa i co jest niezbędne, aby inscenizacja odniosła sukces.
Są tacy, którzy uważają, że spektakl w swojej oryginalnej formie jest idealny pod względem muzyki i libretta i że bez względu na reżyserię czy obsadę, zawsze się obroni. Inni twierdzą, że sukces zależy wyłącznie od odtwórczyni roli Rose – musi to być pewna siebie artystka o potężnym głosie w typie Ethel Merman, bo to z myślą o niej pisano partyturę. Jeszcze inni uważają, że Rose może zagrać tylko prawdziwa aktorka dramatyczna, bo śpiew nie jest tak istotny dla wiarygodności załamania psychicznego w „Rose’s Turn”. Są też tacy, dla których Rose nie jest tak ważna jak sama Gypsy Rose Lee. Niektórzy żyją dla wspaniałego numeru tanecznego Tulsy „All I Need Is The Girl”. Są wreszcie i tacy, którzy uważają „Gypsy” za staroświecki ramot, który nie przystaje do współczesności.
Niezależnie od tego, która szkoła myślenia o „Gypsy” jest Wam najbliższa, wznowienie otwarte wczoraj w Savoy Theatre – transfer udanej produkcji z Chichester Festival Theatre sprzed roku – prawdopodobnie na zawsze zmieni Wasze postrzeganie tego tytułu. Choć tamta produkcja robiła wrażenie (Przeczytaj recenzję z Chichester), obecna wersja jest pod każdym względem lepsza.
To prawdopodobnie definitywna inscenizacja „Gypsy” dla całego pokolenia.
Savoy Theatre to idealny dom dla Gypsy. Miejsca, w których Rose marzyła o występach swojej trupy, mogły wyglądać właśnie tak jak Savoy, a jako ucieleśnienie wspaniałej, wielkiej teatralności, budynek ten ma w sobie ogromną siłę. Widok Rose samej na ogromnej, ciemnej scenie jest doprawdy poruszający.
Po dwóch tygodniach oglądania na Broadwayu perfekcyjnie wyćwiczonych, idealnie obsadzonych i cudownych spektakli muzycznych, starych i nowych, wykonywanych przez nieprawdopodobnie utalentowane zespoły, wyznam szczerze: obawiałem się, że ta ekipa może nie dorównać tamtym standardom. Ale dorównuje – nieskazitelnie.
I przebija je wszystkie.
Każdy w tym zespole jest wyborny w swojej roli, każdy potrafi naprawdę śpiewać, tańczyć i dostarczyć emocji zarówno w aktorstwie dramatycznym, jak i komediowym. To rzadki okaz: musical obsadzony z niebywałą precyzją, gdzie wymogi roli miały większe znaczenie niż potencjał komercyjny nazwiska czy popularność na Twitterze.
Zespół twórców jest u szczytu formy, współpracując harmonijnie, by tchnąć życie w ten wielki musical z genialną muzyką Jule’a Styne’a, librettem Arthura Laurentsa i tekstami piosenek Stephena Sondheima. Każdy aspekt produkcji – scenografia, kostiumy, światło, dźwięk – zyskał nową energię na scenie Savoyu, udowadniając, że jest to naturalne miejsce dla inteligentnie reżyserowanych musicali. Jonathan Kent stworzył autentyczne arcydzieło.
Przeniesienie spektaklu na scenę pudełkową z ogromnych przestrzeni Chichester Festival Theatre, z dodatkowym własnym łukiem prosceniowym, nadało całości intymności i podkreśliło autotematyczny charakter sztuki. Scenografia i kostiumy współgrają idealnie, dodając lub odbierając blichtru w zależności od potrzeb sceny. Przejścia są płynne, a światło nienaganne – cienie mają tu swoją moc i oddają różne warstwy akcji. Scena, w której Louise przeobraża się w Gypsy Rose Lee przy akompaniamencie życzeń szeptanych w kulisach, zapiera dech w piersiach: wszystkie elementy wizualne łączą się w urzekającą i niezwykle piękną metamorfozę.
Pełno tu upajających detali: choleryczny, zgryźliwy wujek Jocko w wykonaniu Billy'ego Hartmana; alpejskie trele małej June (Isla Huggins-Barr), która kradnie każdą scenę; kamienna groza małej Louise (Holly Hazelton), upokorzonej siwą brodą, którą musi nosić jako Wuj Sam; wspaniały kostium krowy; Imelda Staunton jako pani Worthington, bez wysiłku ratująca sytuację na scenie podczas występu córek; Julie Legrand jako kostyczna Miss Cratchitt, będąca godną przeciwniczką dla Rose; autentycznie smutne pożegnanie z chłopcami w wykonaniu Herbiego (Peter Davison); spektakularne wejście Louise Gold jako Mazeppy; chwila szczerego ciepła między Tessie (Anita Louise Combe) a zapłakaną Agnes (Natalie Woods); i wreszcie przezabawna, roztrzepana i nadużywająca trunków Electra (ponownie Julie Legrand). To momenty ekstazy w morzu doskonałości.
Peter Davison błyszczy jako Herbie i jest znakomitym wzmocnieniem obsady. Jego poczciwy, nieco melancholijny agent o wielkim sercu jest fascynujący. Razem z Larą Pulver wyczyniają cuda, budując niedopowiedzianą relację między Herbiem a Louise; to czysta magia obserwować, jak ich więź wyrasta z nieporozumień i niepewności do momentu, gdy on może ją nazwać córką, a ona rumieni się z radości.
Davison jest dowcipny i bije od niego szczerość. Stanowi wyborny kontrapunkt dla Rose w wykonaniu Staunton – w fazie zalotów, ciężkiej pracy, radości, aż po druzgocące rozstanie. To jedyny Herbie, jakiego widziałem, który naprawdę przekonuje, że zmuszenie Louise do striptizu przez Rose sprawiło, iż fizycznie się rozchorował. Równie swobodnie wypada w partiach śpiewanych i tańczonych – „Together Wherever We Go” to czysta przyjemność.
Jako trzy stare wygi ze swoimi „patentami”, trio striptizerek – Anita Louise Combe, Louise Gold i Julie Legrand – jest fenomenalne. Są całkowicie wiarygodne jako zmuszone do współpracy koleżanki, skazane na ten sam brudny świat burleski, ale znajdujące radość we wspieraniu się (i dogryzaniu sobie) nawzajem. To potężna praca zespołowa trzech inteligentnych aktorek, które potrafią śpiewać i kręcić biodrami lepiej niż ktokolwiek inny. Nie rywalizują ze sobą, lecz idealnie współgrają w „Gotta Have A Gimmick” – komicznym popisie, który zasłużenie wywołuje owacje na stojąco.
Combe jest szczególnie dobra w kluczowej scenie z Louise (Lara Pulver), gdy zasiewa w niej ziarno wiary we własne możliwości. Ta scena musi być zagrana punktowo, by dynamika opowieści wybrzmiała właściwie. Jej udawana wielkość baletowa jest przekonująca, a błysk w oczach Pulver, gdy postać Combe od niechcenia oferuje jej zmianę życia, jest elektryzujący. Gold jako Mazeppa to żywioł czystej seksualnej charyzmy, a Legrand jako wiecznie oszołomiona i komicznie „naga” Electra dopełnia ten spektakularny trójkąt talentu.
Dan Burton jest absolutnie idealny jako Tulsa. Kwintesencja męskiego amanta, genialny tancerz i wokalista – jego „All I Need Is The Girl” było upajającym studium opowiadania historii poprzez taniec. Moment, w którym zachęca Louise, by do niego dołączyła, był jednocześnie ekscytujący i łamiący serce. June w wykonaniu Gemmy Sutton była również trafiona w punkt – wyraźnie starsza wersja małej June, a momentami, co niepokojące, młodsza wersja samej Rose. Jej współpraca z Pulver była wyjątkowa, a „If Momma Was Married” to prawdziwe spotkanie siostrzanych dusz.
Z kolei Pulver zadbała o to, by być kontynuacją małej Louise – sceny otwarcia w typie chłopczycy pięknie kontrastują z elegancką, kobiecą syreną, którą staje się Gypsy Rose Lee. Pulver z niebywałą lekkością przeprowadziła postać przez ewolucję od szarej ćmy do idealnego motyla. Jej wykonanie „Little Lamb” było wzruszające i potrzebne, pokazując zalążki dobroci, którą ostatecznie okaże Rose. Jej bez słów wyrażone upokorzenie, gdy Tulsa żeni się z June, było porażające.
Przemiana z nieśmiałego podlotka w Pierwszą Damę Striptizu dokonuje się w sposób olśniewający. Pulver precyzyjnie dawkuje każdy krok. Wyraźnie widzimy moment, w którym porzuca Louise i staje się Gypsy, a potem jej swobodę w zmianach kostiumów i wyrafantowane droczenie się z wykwintną publicznością. Finałowe sceny, gdy luksus i „Vogue” należą do niej, są w pełni uzasadnione dzięki temu, jak umiejętnie Pulver poprowadziła tę drogę.
Kluczowa relacja między Staunton a Pulver jest bez skazy; każdy wzlot, każdy upadek, każdy błąd i każda prawda są oddane z pewnością i wyczuciem. Kiedy tulą się do siebie mocno po „Rose’s Turn”, nie sposób nie uronić łzy. Dodanie do tego duetu Davisona tworzy emocjonalny koktajl wstrząśnięty i zmieszany, pełen prawdy o ludziach.
Staunton jako Rose jest po prostu genialna. Pod każdym względem.
Kluczem do jej kreacji jest przerażająca autentyczność. Ziarna obsesyjnej, zdeterminowanej natury Rose zasiewa już w pierwszej scenie: rozprawia się z wujkiem Jocko z tą samą stalową nieustępliwością, z jaką stawia czoła zdradzie June i wyborowi kariery przez Louise. Jednocześnie cały czas posługuje się kobiecym sprytem, powołuje na „dobrą księgę”, sny i oszczędne życie, w którym rzekomo zawsze stawia córki na pierwszym miejscu. Pusty, upiorny obraz Rose jedzącej karmę dla psów z puszki precyzyjnie zapowiada jej rozpad w „Rose’s Turn”.
Traktując muzykę jako kolejny element swojego dramatycznego oręża, Staunton bezbłędnie radzi sobie z partyturą. Słusznie nie stara się przekrzyczeć kompozycji Styne’a. Czerpie impuls z tekstów Sondheima, używając wysokich dźwięków do stawiania akcentów i punktowania emocji. „Some People” jest pełne pędu i ambicji; „Small World” flirciarskie i zmysłowe; „Have An Eggroll” zszokowane, a potem desperackie; „You’ll Never Get Away From Me” uwodzicielskie; „Everything’s Coming Up Roses” szalone, wyrachowane, zrodzone z histerii; a „Together Wherever We Go” radosne i pełne nadziei.
Wreszcie „Rose’s Turn” – popis siły będący sumą wszystkiego, co wydarzyło się wcześniej, ale po raz pierwszy zrywający niezniszczalną maskę i obnażający zagubioną, rozczarowaną, samotną duszę. Staunton jest fenomenalna wokalnie, znajdując świeże sposoby na opowiedzenie historii Rose przez śpiew. Możecie myśleć, że znacie te piosenki na wylot, ale Staunton zaskakuje unikalną perspektywą. Dosłownie: nigdy nie słyszeliście, by ktoś wykonywał te utwory w taki sposób.
Swoim potężnym i wyczerpującym emocjonalnie wykonaniem „Rose’s Turn” rzuciła publiczność na kolana, a następnie wykorzystała burzę oklasków jako element gry aktorskiej – pozwalając nam zajrzeć w myśli i wyobrażenia swojej bohaterki. Nagle wiwatująca widownia stała się częścią tego, co działo się w głowie Rose. Był to niezwykły moment teatralnej jasności.
Aktorstwo Staunton jest bezbłędne, bezkonkurencyjne i jedyne w swoim rodzaju. Czy to wściekłość po zdradzie, nadzieja na nowy sen, przeszywająca cisza po potajemnym ślubie June, czarowanie mężczyzny dla własnych celów, czy zaciskanie dłoni na gardle Louise, by pokazać, jak mocno jest w stanie nacisnąć, by osiągnąć cel – Staunton oddaje każdą emocję z przekonującą przenikliwością.
Trudno uwierzyć, że kiedykolwiek istniała lepsza Rose niż ta, którą stworzyła tutaj Staunton.
Choreografia Stephena Meara jest magiczna i wciągająca. Czasem prosta, czasem wymyślna – taniec przez cały czas zaskakuje i jest idealnie dopasowany do fabuły. Jest tak dobry, że przez większość czasu nawet nie zauważasz, że to „numery taneczne”, bo stanowią integralną część tekstu. Kierownictwo muzyczne Nicholasa Skilbecka jest równie brawurowe – orkiestra brzmi odważnie i bogato, a śpiew jest czysty, w punkt i pełen blasku.
Na widowni zasiadła dziś Dame Angela Lansbury. Pierwsza Rose na deskach West Endu przyglądała się swojej następczyni. Pod każdym względem był to wieczór historyczny dla londyńskiego teatru.
Jeśli interesuje Was musical, to „Gypsy” jest wydarzeniem dekady.
Musicie to zobaczyć.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności