Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: Hadestown, Lyric Theatre w Londynie ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

timhochstrasser

Share

Tim Hochstrasser recenzuje Hadestown – obsypany nagrodami Tony musical prosto z Broadwayu, który zagościł właśnie na deskach Lyric Theatre na West Endzie.

Donal Finn i Grace Hodgett Young. Fot.: Marc Brenner Hadestown

4 Gwiazdki

21 lutego 2024

Lyric Theatre

Kup Bilety „Hadestown” w końcu zawitało na West End po ogromnym sukcesie i deszczu nagród na Broadwayu oraz przedpandemicznym przystanku w National Theatre w 2018 roku. Choć wysoka jakość realizacji tej produkcji nigdy nie budziła wątpliwości, krytycy wciąż są podzieleni co do spójności całego spektaklu – i to odczucie w dużej mierze pozostaje aktualne.

Zachary James i zespół. Fot.: Marc Brenner

Fabuła splata dwa wielkie greckie mity o świecie podziemnym – historię Orfeusza i Eurydyki oraz małżeństwo Hadesa z Persefoną. Na to nałożono współczesne wątki, akcentujące zmiany klimatyczne, ubóstwo, drapieżny kapitalizm i krytykę polityki kulturalnej ery Trumpa, choć są to raczej powierzchowne dodatki. Scenografia przywodzi na myśl lokal typu speakeasy w Nowym Orleanie z czasów prohibicji, co potęguje jazzowy charakter muzyki.

Zespół Hadestown. Fot.: Marc Brenner

Należy docenić determinację i ambicję Anaïs Mitchell, która rozwijała ten koncept przez niemal dwadzieścia lat. Finalny produkt ewoluował imponująco od swoich amatorskich początków w Vermont, oferując kilka znakomitych utworów z błyskotliwymi tekstami i zapadającymi w pamięć melodiami. Pozostaje jednak kilka problemów, których nie udało się w pełni rozwiązać. Połączenie dwóch potężnych mitów w jednym spektaklu sprawia, że rozwój dramatyczny obu na tym cierpi. Co więcej, narracja opiera się bardziej na opowiadaniu niż pokazywaniu, szczególnie w przydługim pierwszym akcie, przez co spektakl momentami przypomina bardziej album koncepcyjny niż spójny dramat.

Allie Daniel, Bella Brown i Madeline Charlemagne. Fot.: Marc Brenner

Skupmy się jednak na pozytywach. To wyborna obsada i zespół kreatywny bez słabych ogniw. Podobnie jak w operze, w musicalu jeden niedociągnięty element potrafi położyć całe widowisko – tutaj jednak tak się nie dzieje. Reżyserka Rachel Chavkin świetnie radzi sobie z wyzwaniem, jakie stawia mała scena Lyric Theatre, serwując spektakl pełen nieustannego, pomysłowego ruchu na wielu poziomach. Scenografia Rachel Hauck umieszcza znakomity zespół muzyczny po obu stronach schodów prowadzących na balkon, podczas gdy centrum sceny zajmuje trójdzielna obrotówka, która zapada się pod ziemię. Dzięki temu, mimo skromnej obsady, na scenie panuje ciągły ruch, a emocje i dynamika pozostają czytelne.

Zespół Hadestown. Fot.: Marc Brenner

Fundamentem dla partii wokalnych i tanecznych są dwa chóry, wykazujące się tu mistrzostwem zarówno w zbiorowym wyrazie, jak i indywidualnych kreacjach. Pięcioosobowa grupa zaczyna jako goście lokalu, by później, w Hadestown, zmienić się w umorusanych robotników fabrycznych, których budzącą się świadomość możemy obserwować. Towarzyszą im przebojowe Mojry – trzy kobiety w uszczypliwy sposób komentujące akcję, brawurowo zagrane przez Bellę Brown, Madeline Charlemagne i Allie Daniel.

Nad całością czuwa Melanie La Barrie jako Hermes, dumnie prezentująca się w błyszczącym, srebrnym garniturze. To znacznie więcej niż rola narratora – wnosi mnóstwo ciepła i wokalnej mocy, trzymając w ryzach ten momentami rozproszony materiał. W roli Hadesa, magnetycznego i majestatycznego czarnego charakteru, Zachary James emanuje naturalnym autorytetem, a jego niski, zachrypnięty głos sprawia, że jego numery uderzają z maksymalną siłą. Idealnie partneruje mu Gloria Onitiri jako Persefona. Jej głos to potężny instrument zdolny do generowania wysokiego napięcia, jak i delikatnych niuansów – w roli, gdzie dominującym i trudnym do utrzymania w ryzach dramatycznych uczuciem jest frustracja z powodu uwięzienia.

Gloria Onitiri. Fot.: Marc Brenner

Postacie Orfeusza i Eurydyki są nieco słabiej zarysowane scenariuszowo, co wynika z faktu, że jest to spektakl w całości śpiewany, bez partii dialogowych budujących motywacje bohaterów. Jednak Dónal Finn i Grace Hodgett Young wykorzystują każdą okazję wokalną z polotem i wyczuciem. Finn sprawnie gra na gitarze, która zastępuje lirę Orfeusza. Towarzyszy im siedmioosobowy zespół solistów, który porywa w wielkich numerach, dając jednocześnie każdemu muzykowi szansę na popis umiejętności. Całością od instrumentów klawiszowych kieruje Tarek Merchant.

Spektakl pozostawia mieszane wrażenie. Pod względem wykonawczym to produkcja na pięć gwiazdek, która w pełni zasłużyła na owacje rozentuzjazmowanej (momentami aż nadto) publiczności premierowej. Jednak samo dzieło nigdy do końca nie staje się czymś więcej niż sumą swoich części. Podobnie jak sam Orfeusz, spektakl nie potrafi w pełni wyrwać się z pętli własnej złożoności.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS