Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: High Fidelity w Turbine Theatre w Londynie ✭✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

rayrackham

Share

Ray Rackham recenzuje musical „High Fidelity” (Wierność w stereo) autorstwa Toma Kitta, Amandy Green i Davida Lindsaya Abaire'a. Spektakl oparty na powieści Nicka Hornby’ego można obecnie oglądać w The Turbine Theatre w Battersea.

Obsada „High Fidelity”. Fot. Mark Senior. Jeśli rzadko piszę lub tweetuję o musicalach tuż po premierze, to tylko dlatego, że wierzę, iż serce może naprawdę zabić mocniej tylko wtedy, gdy obcujemy z czymś wybitnym. Co więcej, tylko dzięki rzeczom wyjątkowym stajemy się lepszymi ludźmi. Potraktujcie tę recenzję jako list miłosny do „High Fidelity”, a raczej jako „mixtape” pełen uznania dla tego niezwykłego spektaklu z nowego Turbine Theatre.

Broadwayowska wersja tego tytułu sprzed ponad dekady przetrwała zaledwie tydzień, spotkała się z chłodnym przyjęciem i niemal odeszła w zapomnienie. Oglądając londyńską premierę, doprawdy trudno zrozumieć dlaczego. „High Fidelity” to pięknie przemyślany, świetnie skomponowany i oryginalny musical, który wydaje się jednocześnie bliski sercu i odświeżająco nowoczesny. To zabawna i wzruszająca „strona A” pełna geniuszu, z fenomenalną obsadą i znakomitymi rolami. Ten recenzent dał się całkowicie oczarować już po pierwszych szesnastu taktach numeru otwierającego.

Obsada „High Fidelity”. Fot. Mark Senior

Będąc urokliwą adaptacją powieści Nicka Hornby’ego z 1995 roku oraz filmu z roku 2000, „High Fidelity” mogło łatwo stać się zwykłym jukebox musicalem z b-side’ami z połowy lat 90. Jednak rockowa ścieżka dźwiękowa Toma Kitta i błyskotliwe, konwersacyjne teksty Amandy Green doskonale oddają puls tamtej epoki, serwując nam czułe pastisze ikon popkultury – od Arethy Franklin po Nirvanę, przez Neila Younga aż po samego „Bossa”, Bruce’a Springsteena. Libretto Davida Lindsaya-Abaire’a zostało odświeżone w duchu #MeToo przez Vikki Stone, która z sukcesem przeniosła akcję z Brooklynu z powrotem na Holloway Road, wygładzając przy tym toksyczną męskość, która dominowała w oryginale z Broadwayu.

Bobbie Little (Liz), Robbie Durham (Barry) i Robert Tripolino (Ian). Fot. Mark Senior

Tym razem poznajemy wiecznego malkontenta Roba (niezwykle czarujący Oliver Ormson), który bardziej obserwuje życie, niż w nim uczestniczy, marnując czas na układanie „top 5” list wszystkiego w swoim sklepie płytowym w północnym Londynie (ze świetną scenografią Davida Shieldsa). Towarzyszą mu równie niedostosowani koledzy: urwisowaty Carl Au jako Dick i rozkosznie gburowaty Robbie Durham w roli Barry’ego. Gdy na samym początku dowiadujemy się, że anielska Laura (zagrana z wielkim sercem przez Shanay Holmes) postanowiła go rzucić, wyruszamy z Robem w podróż ku samopoznaniu. To droga przez lata egocentrycznych projekcji dotyczących jego byłych miłości. Perspektywa roku 2019 sprawdza się tu znakomicie, zwłaszcza w połączeniu z pomysłową inscenizacją sekwencji fantazji Toma Jacksona Greavesa, w których pojawia się „top pięć” byłych Roba. Najlepszą z nich jest „Number Five With a Bullet” – idealne połączenie komicznego utworu i genialnej choreografii z balonami helowymi w roli głównej. Elementy fantastyczne sprawiają, że publiczność staje się powiernikiem Roba i zaczyna autentycznie kibicować mu w drodze do odkupienia.

Carl Au (Dick) i Oliver Ormson (Rob). Fot. Mark Senior

I to w zasadzie tyle. Historia o tym, jak chłopak traci dziewczynę i wyciąga lekcję z tego doświadczenia. To, co chroni tę wersję „High Fidelity” przed przeciętnością, to zdolność do kreowania postaci jako ludzi z krwi i kości, pełnych wad, a przy tym zagranych przez wyśmienitą obsadę. Widzimy Roba w totalnej rozsypce w przezabawnej scenie z nowym chłopakiem Laury – guru new-age Ianem, którego Robert Tripolino gra z „ekologiczną” wręcz precyzją. Jesteśmy świadkami, jak Bobbie Little jako Liz spektakularnie zawodzi w roli neutralnej przyjaciółki (jej utwór „She Goes” to absolutny hit pierwszego aktu). Z zażenowaniem i uśmiechem patrzymy, jak sklepowe „duże dzieci” próbują odnaleźć się w relacjach z realnym światem i potencjalnymi partnerkami.

Shanay Holmes (Laura) i Robert Tripolino (Ian). Fot. Mark Senior

W prawdopodobnie najbardziej poruszającym momencie spektaklu, na początku drugiego aktu, oglądamy scenę symultaniczną: Roba i Laurę z nowymi kochankami. Ich życia wciąż są do siebie podobne, a jednak dzieli ich przepaść – co pięknie podkreśla piosenka „I Slept with Someone…”.

High Fidelity może i poległo na Broadwayu, ale w Battersea to murowany hit z szczytu listy przebojów. To doskonała propozycja od jednego z najmłodszych londyńskich teatrów, która podnosi i tak już wysoką poprzeczkę scenom typu Off-West End.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS