WIADOMOŚCI
RECENZJA: Hotel For Criminals, New Wimbledon Studio ✭✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
julianeaves
Share
Hotel For Criminals
New Wimbledon Studio
20 października 2016
5 gwiazdek
Już od pierwszej chwili, gdy wchodzisz po schodach New Wimbledon Studio i uderza Cię rozdzierająca uszy ambientowa „uwertura” – brzmiąca niczym mieszanka Varese’a i Xenakisa, a będąca w istocie „dźwiękiem” ruchu planetoidy Pluton – staje się jasne, że ten tak zwany „musical” ma na celu zastraszenie widza. Cóż, skoro Stephen Sondheim twierdzi, że celem „Sweeney Todd” jest straszenie ludzi i nic poza tym, to ten zamysł wydaje się równie dobry jak każdy inny. Chwytasz więc program – autentyczny nowojorski Playbill – i wchodzisz do Studia. Tam kipiąca, agresywna fala muzyki staje się jeszcze bardziej natarczywa, a cała przestrzeń, zalana ostrym białym światłem, atakuje wzrok czarno-białym, geometrycznym designem przypominającym kamuflaż typu „dazzle”. Wrażenie konfrontacji i zagrożenia potęguje barierka odgradzająca scenę od widowni, nad którą wisi tryptyk z pleksiglasu z nabazgranym tytułem spektaklu. Podobne, toporne gryzmoły zdobią ściany sceny. Panuje atmosfera brutalnej powagi. Dziwnie ubrana, niemal zmumifikowana postać jest już na scenie, bezmyślnie notując coś w zeszycie. Potem, jeden po drugim, bohaterowie w kostiumach z epoki belle époque wsuwają się na widok niczym automaty i zastygają w dziwnych, pozbawionych celu, mechanicznych ruchach lub przybierają niezdarne pozy, z twarzami ukrytymi za błyszczącymi plastikowymi maskami lub pokrytymi groteskowym makijażem. Wygląda na to, że trafiliśmy do nihilistycznego cyrku. I właśnie to – drodzy czytelnicy – nas czeka.
Gdy publiczność już się zgromadziła (nie sądzę, by słowo „rozgościła” było tu na miejscu w tej niezwykle dziwnej i niepokojącej atmosferze), światła powoli gasną (co będzie się powtarzać wielokrotnie w trakcie spektaklu, zawsze w tym samym tempie, niczym wczesne „przenikanie” w niemym kinie). Kiedy nowoczesne orkiestrowe melizmaty po raz ostatni cichną, rozlega się upiorny sygnał klaksonu, a po nim słyszymy ludzki, choć mało kojący głos narratora – będziemy go jeszcze wielokrotnie słyszeć razem z tym klaksonem. Ponuro, niemal z lubieżnym namaszczeniem, obwieszcza on, że to, co zaraz zobaczymy, oparte jest na serii popularnych filmowych kryminałów osadzonych w Paryżu przed Wielką Wojną, z udziałem niezwykłego inspektora Judexa (tego, który pojawia się w garniturze z czarnych piór, z głową i dziobem ptaka, wymierzając nieuchronną sprawiedliwość złoczyńcom). Brytyjska publiczność może kojarzyć tę postać i inne z tego spektaklu – o ile w ogóle – z kolorowych remake'ów z lat 60.: „Judex” i „Fantomas”.
Kolejne 75 minut to jedna konkretna przygoda, przedstawiona poprzez następujące po sobie (choć niekoniecznie płynnie połączone) sceny – od krótkich niczym haiku, po bardziej rozbudowane. Groteskowe postaci tego świata – goście i pracownicy tytułowego hotelu – sztywno odgrywają szkielet „fabuły”, krążącej wokół uwięzienia niewinnej osoby przez gang zbirów. Jednak przejrzysta narracja zdecydowanie nie jest domeną tego stylu teatru. Wanderlust Productions, którzy budują oddaną i pełną pasji widownię swoimi intelektualnie rygorystycznymi inscenizacjami (ostatnio widzieliśmy ich tutaj interpretujących Czechowa jako twórcę rubasznych sitcomów z lat 70.), nie zapraszają na zwykłe opowiadanie historii. Każda gwałtownie przerwana scena zastyga w melodramatyczny „tableau vivant”, a gdy powolne wyciemnienie wygubia obraz, w ciemności znów ryczy klakson, przenosząc nas do kolejnej sekwencji. (Fiona Mountford byłaby zachwycona!)
Twórcą tego dzieła jest Amerykanin Richard Foreman: napisał libretto i teksty piosenek do niespokojnej stylistycznie, modernistycznej partytury Stanleya Silvermana. Razem stworzyli kilkanaście utworów, które dyscyplinują narracyjny teren tych uproszczonych postaci. Ich muzyka nie przypomina niczego, co można obecnie usłyszeć w Londynie, z wyjątkiem – co istotne – „Adding Machine” w The Finborough. Zarówno muzyka, jak i słowa wywodzą się z awangardy, z „poważnej”, a zarazem egalitarnej sztuki intelektualistów z Lewego Brzegu, progresywnych salonów i artystycznej cyganerii. To nie jest estetyka West Endu, a jednak muzyka jest znacznie bardziej melodyjna i zapadająca w pamięć niż większość komercyjnych produkcji. Style przeskakują od Satiego do Lully'ego, przez Offenbacha i Chabriera, kłaniając się Mistinguett i Piaf, czerpiąc z Aurica, Weilla, Strawińskiego czy Honeggera; mamy tu marsze, one-stepy, galopy i barokowe chorały. Wszystko to podane z dyscypliną i lekkością. Zespół pod kierownictwem Kierana Stallarda gra te trudne kompozycje z drobiazgową precyzją.
Stanley Silverman przyjechał ze Stanów specjalnie na premierę prasową – brytyjską premierę swojego dzieła. Ten rześki 78-latek prezentuje się niezwykle elegancko: wysoki, o siwych włosach i orlim nosie, zachowujący intelektualny dystans do otoczenia. W jego CV znajdziemy współpracę z Anthonym Burgessem, Arthurem Pennem czy Mike'em Nicholsem, a także muzykę do jedynego musicalu Arthura Millera „Up From Paradise” (wystawionego przez ten zespół nie tak dawno temu). Jego utwory wykonywali Pierre Boulez, Michael Tilson Thomas, a współpracował nawet z takimi gwiazdami jak James Taylor, Sting czy Paul Simon. Fakt, że kompozytor takiego kalibru prezentuje swoje dzieło w małym studiu fringe'owym, mówi wiele o nim samym, jak i o renomie tego miejsca.
Obsada Wanderlust świetnie radzi sobie z wyzwaniami spektaklu, przechodząc przez jego zawiłości z brawurową pewnością siebie: Niccolo Curradi o głębokim głosie jako manipulator Fantomas; fantastyczna Kate Baxter z USA jako femme fatale Irma Vep (udająca francuską pokojówkę) o imponujących możliwościach wokalnych; liryczny tenor Alistair Frederick (z niebotycznymi górami) jako być może uwięziony dziennikarz Max; Madelaine Jennings jako nie do końca niewinna Helene oraz rzezimieszki w wykonaniu Bena Rawlingsa, Nicka Brittaina, Louisa Rayneau i cudownie przerysowanego Tom Whalleya. Ale kim jest Judex? W programie jego nazwisko zostało zamazane! Tajemnica trwa.
Nie wiemy jednak, że ta historia to zaledwie pierwszy akt znacznie większej sagi, w której Fantomas i Irma Vep kontynuują swoje rządy terroru, ścigani przez niezniszczalnego Judexa. Sequel przenosi akcję do obu Ameryk, poszerzając rozmach widowiska. Miejmy nadzieję, że nie będziemy musieli długo czekać na jego wystawienie w Londynie.
Nad całością czuwał sprawny zespół produkcyjny z Caroline Fox i Robem Cookiem na czele. Jednak prawdziwym bohaterem wieczoru jest niesamowicie energiczny i wizjonerski Patrick Kennedy. Producent, reżyser, scenograf, choreograf (i założę się, że także projektant światła i dźwięku) – ten człowiek potrafi zrobić praktycznie wszystko. Jesteśmy mu winni ogromną wdzięczność i podziw za to, że w czasie wolnym od pracy zawodowej w Dewynter’s, wkłada tyle wysiłku w sprowadzanie na londyńską scenę dzieł o tak niezwykłej świeżości i dziwacznym uroku. Kto da mu większy budżet i reklamę? Całkowicie na to zasługuje.
Spektakl grany do 29 października 2016
KUP BILETY NA HOTEL FOR CRIMINALS
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności