Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: How To Succeed In Business Without Really Trying, Royal Festival Hall ✭✭✭✭

Opublikowano

Autor:

stephencollins

Share

Cynthia Erivo, Jonathan Groff, Clive Rowe i Hannah Waddingham. Zdjęcie: Darren Bell How To Succeed In Business Without Really Trying

Royal Festival Hall

19 maja 2015

4 Gwiazdki

Zupełnie słusznie musical „How To Succeed In Business Without Really Trying” (dla dobra naszej pamięci i zdrowia psychicznego będziemy go od tej pory nazywać „How To Succeed”) zdobył w 1962 roku Nagrodę Pulitzera. To genialnie skonstruowane dzieło teatru muzycznego, które może poszczycić się wpadającą w ucho melodyjną partyturą Franka Loessera oraz pełnym dowcipu, satyrycznym librettem autorstwa Abe’a Burrowsa, Jacka Weinstocka i Williego Gilberta. To niemal idealny przykład rasowego musicalu (book musical).

Jak większość ideałów, wymaga on jednak uważnego podejścia. Koncertowa wersja „How To Succeed”, zaprezentowana wczorajszego wieczoru jako pierwsza z tegorocznego cyklu trzech musicali w formie koncertowej (kolejny to „Of Thee I Sing” 30 lipca; trzeci jeszcze nie został ogłoszony) w Royal Festival Hall, nie zawsze mogła liczyć na taką troskę. Wielka szkoda, bo było naprawdę blisko, by stać się najlepszym koncertowym wykonaniem musicalu w Londynie od czasu „Merrily We Roll Along” w Donmar Warehouse w 2010 roku.

Znaczne problemy pojawiły się w kwestii orkiestry. Równowaga między wokalistami a muzykami zbyt często szwankowała, a tempa narzucone przez kierownika muzycznego i dyrygenta, Mike’a Dixona, były wielokrotnie zbyt wolne – zarówno dla energii i stylu muzyki Loessera, jak i dramatycznych potrzeb tekstu. Przykładowo, początek „Brotherhood of Man” był tak powolny, że to, co w swej naturze jest porywające, stało się po prostu nużące. Nie chodzi o to, że Royal Philharmonic Concert Orchestra grała źle; problem polegał na tym, że to, o co ich proszono i w jaki sposób, było skazane na porażkę.

Nie podano informacji, kto przygotował orkiestrację na ten koncert, ale nie brzmiało to jak żadna z trzech broadwayowskich odsłon „How To Succeed”. Momentami aranżacje przypominały raczej koncert Franka Sinatry czy Ricky’ego Martina – całkiem przyjemne, ale zupełnie pozbawione energii potrzebnej do budowania narracji.

Kolejnym obszarem, w którym koncert rozczarował, był trzeci kluczowy składnik starego, dobrego broadwayowskiego musicalu – choreografia. W zasadzie w ogóle tu nie tańczono, co pozbawiło spektakl jednej z jego głównych radości. Niektóre piosenki bez odpowiedniego ruchu po prostu nie działają tak, jak powinny: „Coffee Break”, „A Secretary Is Not A Toy”, „Company Way”, „Stand Old Ivy”, „Rosemary” czy „Brotherhood of Man”. Taniec jest wpisany w DNA tych numerów i jego brak był co najmniej zastanawiający.

W istocie, od czasu do czasu wykonawcy, a zwłaszcza Jonathan Groff, pozwalali sobie na drobne fragmenty własnej choreografii – i wtedy wszystko nagle nabierało rumieńców i smaku. Na przykład chaotyczne, baletowe wygłupy Groffa podczas przerwy na Griega w utworze „Rosemary” były cudownym urozmaiceniem.

Wreszcie, choć pojawiło się kilka zabawnych efektów świetlnych, a starannie zaplanowane przemieszczanie się między staroświeckimi mikrofonami radiowymi miewało swoje momenty, koncert tak naprawdę nie wiedział, czym chce być. Niektóre kostiumy miały dawać ogólne pojęcie o tym, co dzieje się w fabule (najbardziej ucierpiało na tym „Paris Original”), ale nie była to wersja pół-inscenizowana; był to koncert typu „stań i zaśpiewaj” z rzadkimi przebłyskami koloru i ruchu. Być może lepiej sprawdziłoby się wyjście wszystkich w strojach wieczorowych z kilkoma trafnymi rekwizytami. Przyjęta tu połowiczna forma sprawiła jedynie, że publiczność miała oczekiwania, których reżyser Jonathan Butterell nigdy nie spełnił.

Z tego wszystkiego może wynikać, że koncert był niemal katastrofą – ale to wcale nieprawda. Było mu bliżej do doskonałości niż do klapy. I właśnie ta świadomość – jak dobra mogłaby być ta produkcja przy kilku prostych korektach – sprawia, że chciałoby się, aby Royal Festival Hall dawało twórcom więcej czasu i środków. Sądząc po tej pierwszej, nieśmiałej próbie, takie koncerty mogłyby stać się konkurencją dla nowojorskiej serii „Encores!” czy australijskiego „Production Company”.

Przejdźmy więc do rzeczy naprawdę znakomitych... zaczynając od trzech odtwórczyń głównych ról żeńskich.

Londyn ma prawdziwe szczęście do artystek o zdumiewającym talencie, skali głosu i umiejętnościach. Jak wiedzą moi stali czytelnicy, nieustannie dziwi mnie, dlaczego producenci obsadzają w musicalach kobiety (zazwyczaj aktorki telewizyjne lub filmowe), które nie potrafią śpiewać ani właściwie „sprzedać” piosenki, bez względu na ich sławę, podczas gdy wokół jest mnóstwo talentów chętnych do pracy. Co więcej, reżyserzy obsady mają tendencję do szufladkowania ludzi i nie dają wiary, że uznani wykonawcy mogą pokazać szeroki wachlarz umiejętności. Ten koncert „How To Succeed” powinien być dla nich wszystkich cenną lekcją.

Cynthia Erivo była po prostu fantastyczna jako Rosemary, sekretarka z jasną wizją swojej przyszłości. To rola, którą często traktuje się po macoszemu lub sprowadza do poziomu grzecznej dziewczynki w stylu Donny Reed. Ale nie u Erivo. Piękna pod każdym względem, z wspaniałym, ciepłym i całkowicie czarującym głosem, który niczym wysokiej klasy miód jest słodki, elegancki i pełen głębi, Erivo włożyła w Rosemary mnóstwo energii, wdzięku i prawdziwego ducha. Jej Rosemary była tak przekonująca i ujmująca, że kiedy Finch wybuchnął radosną, wylewną pieśnią o jej imieniu, miało to absolutny sens. Była też autentycznie zabawna, znajdując humor tam, gdzie niewielu go wcześniej dostrzegało. Popis godny prawdziwej gwiazdy.

Amy Ellen Richardson, niezwykle wszechstronna i utalentowana aktorka i wokalistka, jako Smitty była idealną partnerką i dopełnieniem dla Rosemary w wykonaniu Erivo. Ukrywając swoją naturalną urodę za śmiesznymi okularami i uroczym kostiumem z epoki, Richardson wycisnęła z tej roli wszystko co najlepsze: była ironiczna, rozchichotana, tajemnicza, zszokowana, rezolutna, rozbawiona, a momentami wręcz szalona. Zajrzała w każdy zakamarek postaci Smitty i oświetliła go swoim blaskiem. Szczególnie cieszył jej występ w „Coffee Break” i „Been A Long Day” – idealnie wyważona dawka bezczelnego cynizmu i nadziei. Czysta radość.

Wątpię, czy znalazłby się w Londynie producent lub reżyser obsady, który choćby rozważył Hannah Waddingham do roli Hedy La Rue w pełnowymiarowej inscenizacji „How to Succeed”. Jak Waddingham bez wysiłku udowodniła zeszłej nocy, tacy ludzie mają po prostu ograniczoną wyobraźnię. Jej kreacja zmysłowej, kształtnej pożeraczki męskich serc, o złotym sercu i ciele zdolnym złamać postanowienie każdego mężczyzny, była błyskotliwym komediowym triumfem. Każda kwestia wywoływała salwy śmiechu; wyczucie czasu, sposób podania tekstu, genialny akcent postaci, a do tego oszałamiający wokal – każdy element dynamicznego występu Waddingham był perfekcyjny.

Imponujące było to, że Hedy w wykonaniu Waddingham pulsowała energią niczym reaktor jądrowy, mimo że J.B. Biggley Granta Petersa był tak słabo przygotowany i bezbarwny. Kiedy mogła dzielić scenę z Finchem Jonathana Groffa, deski teatru drżały od czystego kunsztu. Gdyby trafiła na partnera, który rozumie postać Biggleya i daje jej pole do interakcji, jej Hedy przeszłaby do historii. W obecnej formie był to po prostu najbardziej błyskotliwy i dopracowany występ wieczoru. Jak na nagrodę pocieszenia – całkiem nieźle.

Groff jest zbyt wyluzowany, zbyt ładny i zbyt słodki, by być ideałem do roli Fincha, ale z pewnością znalazł sposób, by uczynić tę postać swoją. Jest niezaprzeczalnie czarujący i emanuje ciepłem oraz komediową inteligencją, co sprawia, że nie sposób oderwać od niego wzroku. Częściej nucił niż śpiewał pełnym głosem, co było dziwne, biorąc pod uwagę, że kiedy już naprawdę śpiewał, brzmiało to spektakularnie. Można podejrzewać, że kierownictwo muzyczne narzuciło styl w niektórych numerach – szczególnie w „I Believe In You”. Czysty, jasny i zwinny tenor Groffa jest idealny do muzyki Fincha; powinien mieć więcej okazji do wokalnego popisania się. „Rosemary” wypadło szczególnie dobrze, podobnie jak „Grand Old Ivy” i „Brotherhood of Man” (kiedy oba utwory już nabrały tempa).

Groff miał doskonałe wsparcie w Erivo. Grając Rosemary jako postać twardszą i mądrzejszą, Erivo stworzyła dla Fincha idealne dopełnienie. Finch to wyrachowany, podstępny, ale sympatyczny i uroczy karierowicz. Groff naturalnie taki nie jest (albo przynajmniej na scenie na takiego nie wygląda) i z jakiegoś powodu nie chciał go tak grać. Postawił na własne atuty i wdzięk, co uszło mu na sucho głównie dzięki silnej kreacji Erivo. Podobnie Waddingham oraz Clive Rowe jako Wally Womper dostarczali Groffowi świetnych okazji do odegrania komediowej niepewności. W efekcie Groff był naprawdę świetny – i pozostał niedosyt, by zobaczyć go w roli głównej w pełnej inscenizacji, z tańcem w programie i z Erivo oraz Waddingham (i Richardson) u boku.

Oczywiście postaciami, które zazwyczaj dają największe pole do popisu w relacji z Finchem, są Bud Frump i J.B. Biggley. Groff nie miał tu szczęścia. Ashley Robinson jako Frump grał jakby w zupełnie innym musicalu, być może w „Carrie”. Przerysowany, zbyt głośny i fatalnie narcystyczny występ Robinsona odebrał Frumpowi jakąkolwiek szansę na bycie realnym zagrożeniem dla Fincha i zniszczył komediowe oraz dramatyczne napięcie leżące u podstaw fabuły. Wulgarność i krzyk nie budują postaci. Peters z kolei grał tak powściągliwie, że niemal znikał ze sceny. Był tam, ale nie zostawił po sobie żadnego wrażenia. Genialna, czysto komediowa scena prowadząca do „Grand Old Ivy” została właściwie zmarnowana, a punkty zdobywał w niej tylko Groff.

Rowe był mało interesujący jako pracownik z 25-letnim stażem, pan Twimble; zapomniał części tekstu, ale Groff płynnie pociągnął scenę dalej. Nicholas Colicos był znakomitym panem Brattem, zabawnym i dysponującym głębokim, potężnym bas-barytonem; jego „Głos Książki” był świetnie wyważony. Anna-Jane Casey doskonale radziła sobie w scenach jako Miss Jones (ona również świetnie współpracowała z Finchem Groffa, porzucając schemat starej jędzy na rzecz czegoś subtelniejszego), ale jej śpiew nie był wystarczająco potężny, by porwać publiczność w kulminacyjnym momencie „Brotherhood of Man”. Mógł to być problem z nagłośnieniem, ale trudno było nie marzyć o tym, by te wysokie sopranowe nuty wyśpiewała Waddingham.

Zespół był fenomenalny – wszyscy całkowicie zaangażowani, w swoich postaciach i w świetnej formie wokalnej. Bis w postaci „Brotherhood of Man”, kiedy śpiewała cała obsada, wywoływał autentyczne dreszcze emocji.

Dla Royal Festival Hall była to nowa formuła. Jak na pierwszy raz, był to nie lada sukces. Przy lepszej obsadzie ról drugoplanowych i zręczniejszej reżyserii, zwłaszcza w kwestiach wokalnych, mógł to być wieczór roku. Mimo to, wspaniale było zobaczyć, jak Groff, Erivo, Richardson i niezrównana Waddingham tchnęli życie w jeden z najlepszych musicali wszech czasów.

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS