WIADOMOŚCI
RECENZJA: I Love You, You're Perfect, Now Change, Above The Arts ✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Fot.: Piers Foley Kocham Cię, Jesteś Idealny, Teraz się Zmień
Above the Arts
3 lipca 2015
3 Gwiazdki
Gdy obsada kłaniała się podczas premiery, Julie Atherton zwróciła się do publiczności i wyszeptała: "Jest kurewsko gorąco!". Tak jak w każdym innym elemencie jej występu tego wieczoru, wyczucie czasu miała nienaganne – przekaz musiał uderzyć z maksymalną siłą. Całkowicie się z nią zgadzając, wiwatujący tłum nagrodził jej szczerość dodatkowymi owacjami.
Niezależnie od temperatury na ulicach londyńskiego West Endu, wewnątrz sali Above the Arts panowało południe na Saharze: gorąco, wilgotno, a wentylator jedynie przemieszczał masy upalnego powietrza. Choć uprzejma obsługa teatru serwowała hojne ilości wody, atmosfera była wyczerpująca.
I choć dla czwórki wykonawców warunki musiały być nieskończenie gorsze – biorąc pod uwagę choreografię, błyskawiczne zmiany kostiumów i pracę w świetle reflektorów – nikt nie stracił fasonu. Nie dali po sobie poznać, że nie czują się w pełni swobodnie. To był profesjonalizm pisany wielką literą.
"Kocham Cię, Jesteś Idealny, Teraz się Zmień" (I Love You, You're Perfect, Now Change) w reżyserii Kirka Jamesona to Off-Broadwayowski musicalowy szkicownik z 1996 roku. To seria luźno powiązanych scen o relacjach damsko-męskich, przetykana piosenkami. W stylu Gilberta i Sullivana czy niektórych dzieł Szekspira, posiada on podtytuł: "Wszystko, o czym kiedykolwiek potajemnie myślałeś w kwestii randkowania, romansu, małżeństwa, kochanków, mężów, żon i teściów, ale bałeś się przyznać".
Libretto i teksty piosenek Joe Dipietro oraz muzyka Jimmy'ego Robertsa tworzą (przeważnie) cyniczny zbiór obserwacji na temat typów ludzkich, jakie można spotkać w Nowym Jorku (stąd kilka skeczy opartych na żydowskich tropach). Spektakl angażuje niemal każdy wyobrażalny banał dotyczący zalotów, związków i wojny płci. To materiał mało subtelny, doprawiony seksualnymi przekomarzankami i aluzjami, momentami autentycznie zabawny, a niespodziewanie w innych miejscach – wzruszający.
Muzyka jest przyjemna, lecz mało zapadająca w pamięć; mimo że od finału minęła zaledwie godzina, żadna fraza nie kołacze się w głowie. Brak tu przebojów, które nucilibyśmy pod prysznicem, ale czy to aż tak ważne? "Wpadanie w ucho" przy pierwszym przesłuchaniu jest przecież mocno przeceniane. Wrażenie, jakie zostawia partytura, przypomina stan po wytrawnym martini z kiepskich składników: było całkiem miło, gdy trwało, ale na koniec zostaje tęsknota za czymś lepszym.
Fot.: Piers Foley
Wyróżnia się kilka utworów: "Why? Cos I'm A Guy", "He Called Me", "Always A Bridesmaid" oraz "Shouldn't I Be Less In Love With You?". Po namyśle jednak wynika to bardziej z kunsztu wykonawców niż z samej jakości materiału.
W tym właśnie tkwi sedno – siła i słabość tego spektaklu. Sam w sobie jest on raczej średnio interesujący, nie oferuje świeżych przemyśleń, ale może stanowić – i w tym przypadku stanowi – genialną witrynę dla talentów czwórki wyjątkowych aktorów. Tutaj reżyser Jameson pokazał klasę: dobór obsady jest wyśmienity.
Obserwując magię, jaką czarują Julie Atherton, Simon Lipkin, Gina Beck i Samuel Holmes – indywidualnie, w parach i jako kwartet – trudno nie odnieść wrażenia, że tchnęliby życie w dowolny tekst, wznosząc go wyżej, niż na to zasługuje. Nadają temu przedstawieniu energię, entuzjazm i nieopisaną radość, która znacznie wykracza poza oczywisty potencjał sztuki.
Atherton jest genialna w tworzeniu nieco zwariowanych, nieszablonowych, a przy tym niezwykle uroczych postaci kobiecych. Eklektyczna galeria femme fatale, którą tu prezentuje, jest wyśmienita. Jej komizm jest unikalny – szczególnie dobra była jako matka-faszystka w wersji "bezpiecznej dla dziecka". Jednocześnie Atherton pokazała kruchą, gorzką wrażliwość w monologu, w którym jej bohaterka nagrywa wideo na portal randkowy: "The Very First Dating Video of Rose Ritz". To aktorka grająca na najwyższych obrotach, zawsze czujna na każdą sceniczną możliwość. Jej oczy lśnią zrozumieniem i obietnicą.
Zmienny i silny Lipkin wnosi dreszcz nieprzewidywalności do wszystkiego, co robi. Podejmuje nieoczywiste wybory, co owocuje komediowymi perełkami oraz błyskawicznymi zmianami tonu i charakteru postaci. To aktor grający całym ciałem, bez lęku i z ogromnym wdziękiem. Tuliś, obojętny wyrachowany gracz, kochający, znudzony, zdesperowany, spanikowany czy przerażony – głos, twarz, oczy, postawa i chód bez wysiłku budują każdy obraz, który Lipkin chce przywołać. Niczym niespodziewana petarda, nadaje on barw i głębi każdej swojej chwili na scenie.
Gina Beck, przez cały czas opanowana i stylowa, bawi się setnie. Od popijającej koktajle kobiety sukcesu, która chce przejść przez wszystkie etapy związku na pierwszej randce, po żydowską wdowę dającą się poderwać na pogrzebie nieznajomemu z kanapką z salami – Beck tworzy gamę intrygujących, żywych postaci. Trafia w ich cechy charakterystyczne z laserową precyzją. Sprawia, że słowa tekstu śpiewają nawet tam, gdzie nie ma muzyki. Jej solówka "Always A Bridesmaid" to popis wieczoru – wykonany z genialnym, zmysłowym znużeniem.
Fot.: Piers Foley
Podczas gdy Lipkin zajmuje się postaciami typowo męskimi, Holmes błyszczy w rolach typu "Brooks Brothers i absolwent Harvardu". Świadomy, ironiczny i konkretny – jego postacie płyną w lęku, niezdecydowaniu i niepewności. Pozwala to Holmesowi stworzyć świetną przeciwwagę dla bohaterów kreowanych przez kolegów. Pedantyczny, nieco udręczony, momentami powierzchowny – Holmes bawi do łez, czy to jako ojciec-geek kochający swój samochód, neurotyk szykujący się na randkę, pogrzebowy oportunista czy robotyczny tata sprawdzający zabezpieczenia dla dzieci z fetiżem do pokazów slajdów. Wszystko tu gra.
Poza aktorstwem, cała czwórka dysponuje świetnymi głosami, a ich wspólne harmonie są czyste i urzekające. Trudno uwierzyć, by ta partytura została kiedykolwiek zaśpiewana lepiej, więc wielkie brawa dla Scotta Morgana za kierownictwo muzyczne.
Sam Spencer-Lane przygotował nieszablonową i świeżą choreografię; problem polega jedynie na tym, że jest jej za mało. Niektóre numery aż krzyczały o więcej ruchu. To jednak, co otrzymaliśmy, działa znakomicie, a obsada radzi sobie z tym z lekkością i pewnością siebie.
Reżyseria Kirka Jamesona zapewnia dynamiczne tempo, niemal cykloniczne – co zresztą pasuje do sztuki. Zdarzają się jednak momenty ciszy w "oku cyklonu", które pozwalają na chwilę oddechu w tym pędzie do finału, co wychodzi całości na dobre. Niestety, nie pomyślano o pokonaniu mankamentów samej sali – pomijając upał, scena znajduje się na tym samym poziomie co widownia, przez co spora część akcji jest całkowicie niewidoczna. To wymaga pilnej interwencji.
To produkcja z obsadą znacznie lepszą, niż zasługuje na to sam materiał. "Kocham Cię, Jesteś Idealny, Teraz się Zmień" to sztuka nieco przestarzała i przywiędła. Przypomina pomarszczony balon, który swoje najlepsze chwile na słońcu ma już za sobą. Cały trik polega na tym, że ci utalentowani aktorzy wpompowali w niego świeży tlen, dzięki czemu urósł ponad oczekiwania, niemal do pęknięcia.
Niemal.
Brawo dla obsady.
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności