WIADOMOŚCI
RECENZJA: Tajemnice lasu (Into The Woods) – ekranizacja musicalu. Polska premiera w kinach: 13 lutego 2015
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Tajemnice lasu: Film
Reżyseria: Rob Marshall
W kinach od 9 stycznia 2015
Jak to szło w tej starej piosence? „Kto wejdzie w las, ten zdziwi się nie raz...”. Trudno o bardziej trafne słowa w kontekście ekranizacji musicalu Stephena Sondheima i Jamesa Lapine’a z 1987 roku w reżyserii Roba Marshalla. Filmowa wersja Tajemnic lasu (ang. Into The Woods) jest bowiem pełna niespodzianek.
Pierwszą z nich jest absolutnie zachwycająca instrumentacja muzyki Sondheima. Jest po prostu przepiękna – a jeśli wsłuchacie się uważnie w muzykę ilustracyjną, odnajdziecie tam kolejne smaczki. Fragmenty motywów z innych musicali Sondheima tworzą wymowny i zabawny kontrapunkt dla akcji na ekranie.
Drugim zaskoczeniem jest sposób, w jaki wykreowano królestwo i samą rzeczywistość Lasu. Jest on jednocześnie piękny i splątany, rozległy i pełen detali. To kraina baśni, która wydaje się całkowicie wiarygodna, a zarazem na wskroś magiczna – ze swoimi ścieżkami, strumieniami, wieżami, grobami, zamkami i urwiskami. Całość jest wspaniale, nastrojowo oświetlona, budząc niepokój i fascynację.
Trzecia niespodzianka to znakomite efekty magiczne. Może to nie do końca zaskoczenie, bo kino zawsze daje większe możliwości niż scena, ale tutaj iluzja jest wyborna: gwałtowne pojawianie się i znikanie Wiedźmy, przemiana sukni Kopciuszka, fasola pnąca się do nieba czy niesamowity finał utworu Last Midnight. Magia jest tu namacalna i przekonująca.
Czwarta niespodzianka obejmuje zmiany w fabule, postaciach i partyturze. Jest ich mnóstwo, a niektóre wręcz szokują. Widzowie znający musical sceniczny mogą poczuć się co najmniej skonfudowani, a w najgorszym razie – przerażeni.
Pamiętajmy jednak, że to adaptacja filmowa – nie próbuje odtworzyć magii teatru, lecz tworzy własną. Sceny z Roszpunką nigdy nie wyglądały lepiej, podobnie jak spotkanie dwóch braci-książąt, które kończy się wybornym duetem „Agony”. Sceneria leśnych polan i górskich wodospadów dodaje temu momentowi niespotykanej urody. Niemniej, nie wszystkie zmiany cieszą. Skrócenie narracji i partytury ma swoje konsekwencje. W pierwszej połowie brakuje poczucia pośpiechu; postacie (z wyjątkiem Wiedźmy) nie wydają się zdeterminowane, by spełnić swoje życzenia. Kopciuszek od początku wydaje się niepewny co do Księcia, co odbiera radość z ich ślubu. Zabrało też radosnej kulminacji z końca pierwszego aktu – tego momentu czystej euforii, gdy każda postać świętuje spełnienie marzeń w „Ever After”. Brakuje więc prawdziwego punktu szczytowego.
Przez to późniejszy upadek w mrok, nieszczęście i bolesną prawdę jest mniej dotkliwy, niż powinien. Bez prawdziwej celebracji, żal i smutek tracą swoją siłę rażenia.
Mam jeden poważny zarzut: film próbuje uprościć złożoność tekstów Sondheima i libretta Lapine’a. Wycięcie utworu No More oraz repryzy Agony zasadniczo zmienia dynamikę opowieści. Pominięcie drobnych chwil muzycznej refleksji ograbia film z niuansów i wglądu w psychologię postaci, które czynią Tajemnice lasu tak bogatym doświadczeniem.
No More to emocjonalny fundament wersji scenicznej. To moment, w którym Piekarz konfrontuje się ze swoją przeszłością i podejmuje decyzję, by walczyć o przyszłość swojego dziecka. To jego „moment w lesie”, który – podobnie jak wcześniej u jego żony – wpływa na wszystkich pozostałych bohaterów.
W filmie ten motyw został ograniczony do kilku linijek, Jamesa Cordena szlochającego jak porzucone młode morsa oraz niewyjaśnionego pojawienia się Simona Russella Beale’a w roli ojca. To bardzo marny substytut jednej z najbardziej przejmujących pieśni Sondheima.
Może jednak był to wybór mniejszego zła. Śpiew Jamesa Cordena zdecydowanie nie sprawia, że chce się słuchać więcej. Jego interpretacja jest od początku do końca pospolita i pozbawiona polotu. Choć obsadzenie go w roli narratora ma uzasadnienie fabularne, sposób, w jaki podaje tekst, jest tak nużący, że czyni narrację zbędną. To występ bezbarwny, pełen pretensjonalności i niewykorzystanych
szans. Piekarz w jego wykonaniu śpiewa It Takes Two, jakby tekst brzmiał „Liczę się tylko ja”.
Jest to tym bardziej rażące, że Emily Blunt jako Żona Piekarza to czysta poezja. Blunt z niezwykłą precyzją oddaje wachlarz emocji swojej postaci; jest sercem tego filmu. Widz szczerze jej kibicuje w dążeniu do posiadania dziecka czy spotkania z Księciem. Jej Moments In The Woods to prawdziwa aktorska perełka.
Anna Kendrick jako Kopciuszek idealnie balansuje między postacią z bajki a żywą kobietą. Jej wspólne sceny z Blunt są wspaniałe, a utwór Steps of the Palace to dla mnie absolutny punkt kulminacyjny filmu. Kendrick śpiewa z niesamowitą precyzją, dbając o każdą nutę i słowo. Olśniewa urodą, a jej finałowa rozmowa z Księciem granym przez Chrisa Pine’a jest poruszająco gorzka.
Pine jest rewelacyjny jako ucieleśnienie jednowymiarowego, „disneyowskiego” księcia o lśniących zębach. Szkoda tylko, że nie został ogolony – jego niechlujny zarost sprawia, że skok w bok wydaje się zbyt przewidywalny. Mimo to, genialnie bawi się swoją rolą, wykazując się świetnym wyczuciem komediowym w Agony.
Billy Magnussen dotrzymuje mu kroku w roli Księcia Roszpunki. Rywalizacja braci jest pokazana z humorem, a Magnussen kreuje postać idealnie ułożonego chłopaka z sąsiedztwa – tyle że w skórzanych spodniach. Sceny z Roszpunką promieniują ciepłem, a moment uzdrowienia jego oczu jest prawdziwie magiczny.
Film daje Roszpunce większe pole do popisu, a Mackenzie Mauzy w pełni to wykorzystuje. Śpiewa bosko, a jej relacja z Wiedźmą hraną przez Meryl Streep jest niezwykle złożona. Stay With Me staje się poruszającym duetem, w którym milczenie Mauzy jest równie wymowne co śpiew. Streep natomiast, jak zwykle, hipnotyzuje. Wykorzystuje każdą szansę w tekście, tworząc postać Wiedźmy zdesperowanej i bolesnej. Jej Last Midnight jest wykonane brawurowo – to wykonanie na najwyższym poziomie, pełne triumfu i pasji.
Tracey Ullmann jako Matka Jacka jest wyjątkowo trafnie obsadzona. Podobało mi się jej zdroworozsądkowe podejście, pogarda dla krowy Milky White i lęk przed biedą. Jej końcowe sceny są bardzo wzruszające.
Joanna Riding idealnie wciela się w ducha matki Kopciuszka, Annette Crosbie jest świetną Babcią, a znakomita Frances de la Tour tworzy postać żony Olbrzyma, która budzi współczucie, mimo morderczych zamiarów.
Nie przekonali mnie ani Jack, ani Czerwony Kapturek; tak młodzi wykonawcy nie są w stanie oddać głębi tych postaci. Johnny Depp zaproponował świeże spojrzenie na Wilka, ale wiele zginęło przez brak podwójnej obsady roli Wilka i Księcia. Zaskakująco blado wypadły Christine Baranski, Tammy Blanchard i Lucy Punch jako rodzina Kopciuszka – to kolejna niewykorzystana szansa.
Film, dzięki zbliżeniom, pozwala aktorom na środki wyrazu typu „mniej znaczy więcej”, co zazwyczaj się sprawdza. Choć wersje sceniczne mogły być bogatsze pod względem interpretacji wokalnej, nie umniejsza to większości wykonanej tu pracy.
Problemem tego filmu – poza fatalnym castingiem Cordena – jest fakt, że zbyt mało materiału scenicznego trafiło na ekran. Produkcja utknęła w połowie drogi: nie jest ani wierną adaptacją sztuki, ani w pełni autonomicznym dziełem. Przez to film nieco gubi tempo po pojawieniu się żony Olbrzyma, choć nie jest to błąd dyskwalifikujący.
Rzecz w tym, że Sondheim, jak zwykle, przewidział tę sytuację. W ustach Żony Piekarza umieścił słowa:
„Świadomość, że miało się „i”, gdy wraca się do „lub”, sprawia, że to „lub” znaczy więcej niż kiedykolwiek. Teraz rozumiem.” Ten film dodaje to „i”. Można cieszyć się obiema wersjami, ale moim zdaniem film tylko udowadnia, jak wielkim dziełem jest oryginalny musical. Tajemnice lasu to arcydzieło; film Roba Marshalla pozwala to wyraźnie dostrzec.
Nie przegapcie go. Ale uważajcie, o czym marzycie...
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności