Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

Od 1999 roku

Wiarygodne wiadomości i recenzje

26

lata

To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

Oficjalne bilety

Wybierz miejsca

  • Od 1999 roku

    Wiarygodne wiadomości i recenzje

  • 26

    lata

    To, co najlepsze w brytyjskim teatrze

  • Oficjalne bilety

  • Wybierz miejsca

RECENZJA: It's Only Life, Union Theatre ✭✭✭

Opublikowano

Autor:

julianeaves

Share

Julian Eaves recenzuje It's Only Life – rewię piosenek Johna Bucchino, którą można teraz zobaczyć w Union Theatre.

Obsada It's Only Life w Union Theatre. Foto: Pamela Raith It's Only Life Union Theatre

15 czerwca 2018

3 gwiazdki

Zarezerwuj bilety

John Bucchino to amerykański kompozytor mało znany na brytyjskich wyspach, a po wysłuchaniu kompilacji 23 jego utworów dość łatwo zrozumieć dlaczego.  Prezentuje on wszystkie cnoty – i przywary – amerykańskiego musicalu, które u nas są najmniej cenione, posiadając jednocześnie niewiele z tych atutów, które brytyjska publiczność najbardziej podziwia w tym gatunku.  Niezrażona tym Katy Lipson (Aria Entertainment) przenosi ten montaż jego twórczości do kameralnego Union Theatre, idealnie trafiając w zapotrzebowanie na lekką, wczesnoletnią rozrywkę, wolną od niewygodnych nawiązań do Brexitu, Mundialu czy czegokolwiek, co dotyczy współczesnego świata.  Równie dobrze moglibyśmy przenieść się do Greenwich Village około 1958 roku: niewiele zmieniło się w wizji świata prezentowanej w tej rewii.  Pierwotnie wystawiona przez Daisy Prince – córkę legendarnego Harolda – produkcja mogłaby powstać pokolenie lub dwa temu. Biorąc pod uwagę, że jej nazwisko wciąż widnieje w programie, można przypuszczać, że wymogi licencyjne uniemożliwiają następcom jakąkolwiek zmianę tego, co ona i sam Bucchino (współtwórca dzieła) zapisali w kontrakcie.

Foto: Pamela Raith

Ich gust wyraźnie skłania się ku wyrafinowanym, dobrze skrojonym piosenkom, które są nienagannie ugrzecznione, rzadko wykazują nadmiar emocji i mają wyraźną skłonność do „balladyzacji”: preferowany jest tu tryb powolny i refleksyjny, pełen wstrzymującej oddech introspekcji z sercem na dłoni, z wszystkimi typowymi dla amerykańskich cykli pieśni gestami.  Prince reżyserowała również pierwsze wystawienia „The Last Five Years” i „Songs For A New World” Jasona Roberta Browna; Bucchino to nieco skromniejsza wersja tego stylu.  Przejął po mistrzu zamiłowanie do rozbudowanego, niemal symfonicznego akompaniamentu fortepianowego (wspaniale oddanego tutaj przez niestrudzonego kierownika muzycznego Nicka Barstowa, który trzyma wszystkich w ryzach, nawet gdy musi dyrygować zza ich pleców!).  Jednak Bucchino brakuje daru JRB do melodyjnych „haczyków”, jego skali emocjonalnej, instynktu dramaturga do sytuacji komicznych, czy wreszcie – wyraźnie zdefiniowanego głasu. Zamiast wytyczać własną ścieżkę, zdaje się przypominać nam, że idzie śladami innych.  To wydaje się kluczowe dla jego raison d’être: jest to godne podziwu, ale nigdy nie sprawia wrażenia świeżości.  Co więcej, Bucchino zdaje się być owładnięty specyficznymi przekonaniami, które dominują w jego tekstach: wyobraźcie sobie ewangelikalnego Sondheima, a zrozumiecie, dokąd chce nas zaprowadzić.  Do wspólnej modlitwy.  To może zjednać mu amerykańską widownię, dla której Bóg bywa miłym sąsiadem zza ściany, ale sceptyczni Brytyjczycy mogą uznać go za zbyt pobożnego jak na ich eschatologiczne apetyty.  Efekt jest taki, że zamiast teatru otrzymujemy kazania.

Obsada It's Only Life w Union Theatre. Foto: Pamela Raith

Powinniśmy zatem uznać, że reżyserka Tania Azevedo wyciska, co się da, z materiału dość odpornego na dramatyczne napięcie.  Azevedo zachwyciła londyńską scenę błyskotliwą produkcją „Hello Again” w Hope Theatre i przy materiale takiej klasy – jednych z najlepszych utworów Michaela Johna LaChiusy – rozwija skrzydła.  Bucchino niestety zdaje się trzymać swoich interpretatorów nie tylko blisko ziemi, ale wręcz w bezruchu.  Co gorsza, sekwencja piosenek nie ma zauważalnej logiki, co uniemożliwia reżyserce nadanie całości teatralnego kształtu – musi to być frustrujące dla twórczyni, której siła tkwi właśnie w tym aspekcie.  Nawet gdy choreografia Williama Wheltona wprowadza ruch i energię, odnosi się wrażenie walki z tekstem i partyturą, a nie współpracy z nimi. Potęguje to wysiłek zaangażowanej obsady, która musi mierzyć się z dodatkowymi przeszkodami (o których za chwilę).  Do tego, choć Justin Williams i Jonny Rust dwoją się i troją, by na nowo wymyślić tę przestrzeń (to najbardziej kreatywni scenografowie tego teatru), tworząc uroczy, pastelowy apartament z Greenwich z lśniącą podłogą w stylu Hollywood lat 40., ta pomysłowość sugeruje, że na scenie powinno dziać się znacznie więcej niż w rzeczywistości.

Obsada It's Only Life w Union Theatre. Foto: Pamela Raith

To samo dotyczy występów.  Jordan Shaw podsumowuje problemy tego dzieła w świetnym numerze śpiewanym z krzesła na środku sceny, przy wsparciu aktywnego reżysera świateł, Clancy'ego Flynna: to czysto wewnętrzna eksploracja nastroju, a dzięki samej sile woli Shaw sprawia, że piosenka brzmi świeżo; jednak gdy wsłuchać się w słowa, trudno tam znaleźć coś więcej niż konwencjonalne frazy.  Dodatkową komplikację stanowi – po raz kolejny – przedziwna akustyka tego miejsca.  Nienagłośnione głosy wykonawców (mimo że siedziałem w drugim rzędzie tego skromnego teatru fringe) zdają się ulatywać prosto w sklepienie, tracąc tam swoją moc.  Dla kontrastu, akompaniament muzyczny uderza w nas poziomo, sprawiając, że aktorzy są ledwo słyszalni.  Jennifer Harding, mimo świetnych warunków wokalnych, również padła ofiarą tej przypadłości, choć robiła co mogła, by tchnąć życie w utwory.  Noel Sullivan, dysponujący rockandrollową mocą w głosie, walczył, by jego dźwięk dotarł do nas – budynek zdawał się go pożerać.  Sammy Graham nie miała więcej szczęścia, mimo precyzyjnej dykcji i niuansowania postaci.  A słodki, miękki tenor Willa Careya został niemal całkowicie zduszony przez salę, która ewidentnie sprzysięgła się przeciwko jego występowi.

Obsada It's Only Life w Union Theatre. Foto: Pamela Raith

To wielka szkoda.  Cykl pieśni opiera się na tym, by wykonawcy byli słyszalni.  Trzeba to powtarzać: akustyka tego miejsca jest zabójcza dla tego typu formy.  To głęboko niesprawiedliwe zarówno dla obsady, jak i widzów.  Czy ktoś może pomóc?  Tymczasem musimy pogodzić się z faktem, że Bucchino chce, abyśmy uznali go – jako autora – za najważniejszy element dzieła.  Widzowie z pewnością to wyczują i wątpię, by wielu z nich było zachwyconych.  Idziemy do teatru, by dać się ponieść aktorom.  Wszystko inne to rzemiosło, które powinno być jak najmniej widoczne i zawsze służyć opowieści.  Tutaj pan Bucchino zdaje się wywracać tę tradycję, stawiając siebie i swoje ambicje na pierwszym planie.  Gdyby miał do powiedzenia coś o większej wadze, może byłoby to wybaczalne, ale mimo pretensjonalnej pozy, to lekki materiał.  Być może otrzymał – jak głosi jedna z jego piosenek – list od Stephena Sondheima, ale krótka notka to jeszcze nie entuzjastyczna recenzja.

I ta recenzja również taka nie jest.

Gramy do 7 lipca 2018

BILETY NA IT'S ONLY LIFE

Udostępnij artykuł:

Udostępnij artykuł:

Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter

Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.

Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności

OBSERWUJ NAS