WIADOMOŚCI
RECENZJA: Jason Robert Brown In Concert, Royal Festival Hall ✭✭✭✭
Opublikowano
Autor:
stephencollins
Share
Od lewej: Caroline Sheen, Jason Robert Brown i Sean Palmer Jason Robert Brown w koncercie
Royal Festival Hall
26 maja 2015
4 Gwiazdki
Jason Robert Brown jest niczym brzydkie kaczątko wśród kompozytorów z Broadwayu – jedni kochają go właśnie za jego potknięcia; inni nienawidzą go z tego lub innego powodu; jeszcze inni darzą go bezgranicznym, wręcz kompulsywnym uwielbieniem, tylko dlatego, że jest tym „innym”. Jednak większość osób zainteresowanych światem musicali postrzega go jako łabędzia, który lada chwila rozwinie skrzydła. Kiedy nadejdzie jego czas?
Mowa o artyście, który ma na koncie trzy nagrody Tony: dwie za Co się wydarzyło w Madison County (partyturę będącą arcydziełem pod każdym względem – przeczytaj naszą recenzję tutaj) i jedną za Parade (kolejne wiekopomne dzieło). A jednak... z jakiegoś powodu powszechnie uważa się go za kogoś spoza ścisłej czołówki. Prawdopodobnie wynika to z faktu, że jego spektakle nie gościły na afiszu Broadwayu przez długie lata – ale cóż, to samo można powiedzieć o Sondheimie, a nikt przecież nie kwestionuje jego wielkości.
Brown padł ofiarą okoliczności. Jego pełnowymiarowe musicale nigdy nie stawały się natychmiastowymi hitami; to dzieła, które dojrzewają powoli, z czasem zyskując status kultowy. Czasem brakowało odpowiedniej reżyserii, czasem obsady, ale niemal zawsze muzyka była bezbłędna. Złożona, misterna kompozycyjnie, z elementami jazzu, bluesa i popu, czasem pastiszowa, czasem bardzo konkretna – Brown pisał pojedyncze piosenki, chorały, cykle pieśni i całe spektakle. Do tego dochodzą świetne, błyskotliwe teksty. Jego dorobek jest imponujący i w pełni zasłużenie dorobił się on wiernej rzeszy fanów.
Londyńska część tej społeczności stawiła się tłumnie we wtorek w Royal Festival Hall na koncercie poświęconym jego twórczości. Pod kierownictwem muzycznym samego Browna i Torquila Munro, z osiemnastoosobową orkiestrą (w tym ulubionym nowojorskim perkusistą kompozytora) i plejadą brytyjskich talentów, koncert zapowiadał się obiecująco i rzeczywiście okazał się wspaniałym świętem muzyki, pełnym porywających wykonań.
Obserwowanie Browna na scenie z orkiestrą, w otoczeniu znakomitych lokalnych artystów, pozwoliło zrozumieć, dlaczego może on nie cieszyć się taką popularnością, na jaką zasługuje. Brown to genialny kompozytor, wybitny aranżer, fantastyczny akompaniator i niezwykle świadomy wykonawca własnej muzyki – brakuje mu jednak skali i siły głosu, o których posiadaniu jest święcie przekonany. Jego piosenki brzmią lepiej, pełniej i zyskują na sile przekazu, gdy śpiewają je inni.
Brown otworzył i zamknął koncert utworami w swoim wykonaniu. Pierwszym był „I Love Betsy”, numer otwierający Honeymoon In Vegas, ostatni broadwayowski spektakl Browna. To świetna, radosna, zabawna i romantyczna piosenka – w wykonaniu Roba McLure’a na Broadwayu była autentycznie porywająca. Brown nie zdołał wydobyć z niej tego samego blasku. Podobnie było z finałowym „Someone To Fall Back On”. To właśnie nagranie Browna przyniosło tej piosence rozgłos, ale po usłyszeniu interpretacji takich artystów jak David Burnham, wersja autora wypada dość blado. Olivier Thomsett czy Sean Palmer, którzy dzielili z Brownem scenę, mogliby zaprezentować ten utwór znacznie silniej wokalnie. Jeśli wieczór miał jakikolwiek zbędny mankament, to był nim właśnie moment, gdy Brown brał się za śpiewanie własnych utworów.
Najwyraźniej było to widać przy nowym utworze „Melinda”, pochodzącym z nienazwanego jeszcze musicalu o życiu w Nowym Jorku lat 70., kiedy to mieszały się różne style (choćby disco i salsa), tworząc to, co Brown określił efektem „Bejrutu”. Sama piosenka jest fantastyczna – to fuzja stylów i energii, jakiej Brown dotąd nie pisał, co zwiastuje genialny musical taneczny – wymaga jednak czystszej linii wokalnej i wyraźniejszej dykcji.
Mimo to, ogólny zachwyt przeważał nad lekkim niedosytem wokalnym Browna, głównie dlatego, że jest on doświadczonym wykonawcą, który doskonale wie, jak uderzyć w emocjonalne struny swojego materiału. Potrafi „sprzedać” piosenkę. Jednak inni potrafią i śpiewać, i sprzedawać, a ten koncert opływał w takie talenty.
Niesamowita Cynthia Erivo dwukrotnie udowodniła, jak potężną mieszanką są słowa i muzyka Browna w rękach piosenkarki potrafiącej ożywić każdą nutę. Jej interpretacja „Stars And The Moon” była wyważona, poetycka i po prostu przepiękna – każde słowo płonęło emocją, każda nuta była czysta i głęboka. Jednak to wstrząsająco silne „I Can Do Better Than That” stało się punktem kulminacyjnym wieczoru, wywołując owacje na stojąco i zmuszając Erivo do wielokrotnych ukłonów. Miała rację widownia, a nie skromna artystka – to był absolutny moment wieczoru w programie pełnym innych, niemalże gwiezdnych wzlotów.
Amy Booth-Steel dała nam kuszący przedsmak Honeymoon In Vegas (spektaklu, który poradziłby sobie lepiej na Broadwayu z lepszą obsadą) wzruszającym wykonaniem „Anywhere But Here”. Oliver Thomsett, który nabrał pewności siebie i dojrzałości wokalnej, brawurowo zaśpiewał swoją partię w „The River Won't Flow”. Miał świetne wsparcie w chórkach (między innymi utalentowanej Claudii Kariuki), przy których Matt Henry jako drugi solista wypadł nieco słabiej.
Pomimo żartów Browna o braku prób i narzekań na pośpiech, w samej jakości występów nie było tego widać. Laura Pitt-Pulford, posągowa i olśniewająca jak zawsze, Bertie Carvel oraz Oliver Thomsett pokazali dobitnie, dlaczego za Parade Brown otrzymał statuetkę Tony. Ich interpretacje „The Old Red Hills Of Home”, „You Don't Know This Man”, „It’s Hard To Speak My Heart” czy „This Is Not Over Yet” przyprawiały o dreszcze i zakończyły pierwszy akt w sposób dramatyczny i wokalnie nieskazitelny.
Drugie akt przyniósł wspaniały materiał z artystycznego triumfu Browna, Co się wydarzyło w Madison County. Publiczność usłyszała pięć piosenek, z których absolutnym szczytem były występy Seana Palmera i Caroline Sheen – ich wykonania „Before And After You” oraz „One Second And A Million Miles” były bolesne w swojej autentyczności i przejmująco piękne. Widownia była zachwycona – miejmy nadzieję, że jakiś sprytny producent zadba o to, by Londyn szybko doczekał się pełnej inscenizacji Madison County (najlepiej z Hannah Waddingham i Palmerem w rolach głównych).
Pojawiły się fragmenty musicalu „13” w wykonaniu National Youth Musical Theatre, w tym popis Eleanor Worthington-Cox („What It Means To Be A Friend”). Zrozumiałe, biorąc pod uwagę premierę kinową, że część koncertu poświęcono The Last Five Years – prawdopodobnie największemu dotychczasowemu hitowi Browna. Booth-Steel zalśniła w „Still Hurting”, a „Moving Too Fast” w wykonaniu Thomsetta było fenomenalne. Stanął przed trudnym zadaniem występu tuż po popisowym numerze Erivo, ale wyszedł z tego obronną ręką.
Burzliwe oklaski i długa owacja na stojąco na koniec skłoniły Browna do bisu – usłyszeliśmy uwielbiane przez tłumy „Caravans Of Angels”, zaintonowane przez kompozytora z udziałem całej widowni w refrenie. Był to ciepły i jednoczący finał tego gwiazdorskiego pokazu dowodzącego, jak dobrą muzykę Brown tworzy i na co go stać.
Brown niemal błagał obecnych na sali producentów o przeniesienie jego spektakli do Londynu – nie powinien musieć tego robić. National Theatre mogłoby i powinno wystawić Madison County; Old Vic lub zespół Jamiego Lloyda bez trudu udźwignęłyby Honeymoon In Vegas; z kolei Parade czy The Last Five Years to już klasyka, którą może wystawić każdy. Potrzeba tylko genialnej obsady.
Ten koncert udowodnił, jak niesamowicie muzyka Browna ożywa w rękach prawdziwie utalentowanych śpiewaków. Jakiej jeszcze zachęty potrzebują producenci?
Najlepsze wieści z brytyjskich teatrów prosto do Twojej skrzynki – zapisz się na nasz newsletter
Zyskaj pierwszeństwo w zakupie najlepszych biletów, dostęp do ofert specjalnych i najświeższe wieści prosto z West Endu.
Możesz wypisać się w dowolnym momencie. Polityka prywatności